Valkiria Network | V-Game | Gry komputerowe | Ogniem i Mieczem | Gry fabularne | Dzikie Pola | Neuroshima | Świat Mroku | Warhammer
Film | Star Wars | Literatura | Andrzej Pilipiuk | Jacek Komuda | Zmierzch | Komiks | Planszówki | Karcianki | Wędrowycz | Bitewniaki | II wojna światowa
Valkiria - Polub nas na Fejsie
  
Ostatnio jestem złym sukinsynem...
Wywiad z Jackiem Komudą
 04-12-2007, 12:07
 ARTUT
 14251 x przeczytano

Artur „ARTUT” Machlowski: W całym kraju jesteś zdecydowanie kojarzony jako autor easternów, których akcja dzieje się w Rzeczpospolitej Szlacheckiej, a główni bohaterowie to Sarmaci. Krótka przygoda z Francois Villonem nie zmieniła tego zjawiska. Skąd nagle u Ciebie pomysł i zainteresowanie powieścią marynistyczną?

Jacek Komuda: Po pierwsze byłem już zmęczony dawną Rzeczpospolitą i szlachtą, chciałem odpocząć trochę od żupanów, koni i szabel. A po drugie, historie związane z morzem to moja dziecięca fascynacja, której nabawiłem się podczas czytania Wyspy Skarbów, czy Robinsona Crusoe. Już mając bodaj osiem, czy dziewięć lat byłem w stanie nazwać prawie wszystkie części dawnego żaglowca, wiedziałem co to bukszpryt, grot, czy bezan. Z biegiem czasu poczęły interesować mnie dzieje wielkich wypraw w XV i XVI wieku, a także niepobożne i niepospolite żywoty ludzi morza i wszelakich awanturników: piratów, korsarzy i kaprów, począwszy od Stortebekera, a skończywszy na Teachu Czarnobrodym. Nie ukrywam, że w pewnym sensie źródłem tej fascynacji, były - poza awanturniczymi powieściami - także, a może przede wszystkim dawne okręty. Piękno dawnego żaglowca jest bezdyskusyjne – to jedno z najwspanialszych dzieł ludzkiej ręki, które porównuję śmiało ze średniowiecznymi katedrami, czy najpiękniejszymi końmi z polskich stad. Uskrzydlony statek to, obok konia, ucieleśnienie moich marzeń o swobodzie i wolności. Ja oczywiście daleki jestem od idealizowania – doskonale zdaję sobie sprawę, że w rzeczywistości XVII-tego, czy XVIII-tego wieku życie na żaglowcu było piekłem dla marynarzy. Głodzonych, bitych, zmuszanych do krwawej pracy przy linach i żaglach, oszukiwanych przy wypłacie, a w razie najmniejszego nieposłuszeństwa bezlitośnie chłostanych i przeciąganych pod stępką.
A chociaż ich kariera często kończyła się na dnie lub na konopnym stryczku na noku grotrei, to jednak ci ludzie zaciągali się na statki. Po co? Bo na morzu była wolność. Dla niej marynarze woleli nawet pójść na dno, znosić chłostę, głód i poniewierkę, ale zobaczyć błękitne morza, kolorowe wyspy, dotknąć okruchu raju, o którym opowiadali księża z ambon. Takie życie było lepsze, niż gnicie przy warsztacie, czy praca w polu, w szarej, brudnej i cuchnącej Europie. Taka właśnie tęsknota - za morzem i okrętem - powróciła do mnie po latach, wręcz zmusiła do chwycenia za pióro. Wątpię, bym kiedykolwiek rozstał się z tą tematyką.
Chcę też dodać, że nie uważam się za wielkiego matrosa. Nigdy nie pływałem, nie wiem, czy nie schowałbym się na samo dno zęzy, gdybym miał lawirować pod wiatr wokół przylądka Horn przy, delikatnie mówiąc – niesprzyjającej pogodzie - na stupięćdziesięciotonowym galeonie, wielkości Golden Hinda Drake’a. Mniejszym niż niejeden rybacki kuter, z którego dzisiaj łowi się śledzie na Bałtyku. Dlatego uważam się bardziej za teoretyka żeglarstwa, opisuję w Galeonach działania wojenne, statki i śledztwo zmierzające do odnalezienia Lewiatana, ale nie chcę popisywać się wspomnieniami z niebezpiecznych rejsów, czy srogich nawałnic.

AM: W Galeonach Wojny używasz całej masy fachowych nazw części okrętów. Nie brakuje dialogów pisanych różną gwarą i różnymi językami. Opis Gdańska wygląda na bardzo dokładny i rzeczywisty. W jaki sposób przygotowywałeś się do napisania nowej powieści i ile czasu Ci to zajęło?

JK: Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, dlaczego w Polsce mamy tak mało powieści marynistycznych, chociaż czytelnicy przepadają za takimi książkami. Otóż, żeby pisać o dawnych żaglowcach, trzeba się na nich znać; umieć odróżnić forkasztel od gretingu, a stengę od bramstengi czy wanty. A to już wymaga wydłużonego procesu twórczego, bo trzeba pójść do biblioteki, poczytać trochę o dawnych żaglowcach, co nie jest proste, bo książek o budowie galeonu nie ma ani na lekarstwo. Oczywiście księgarnie pełne są dzieł w rodzaju: Zostań żeglarzem w weekend, ABC żeglarstwa, Mały żeglarz, Duży żeglarz i tak dalej. Ale nie sposób znaleźć między nimi: Instrukcji obsługi pełnorejowego galeonu z XVII wieku. Dzisiejszy jacht nie ma nic wspólnego z okrętem sprzed trzystu lat. Zmieniło się wszystko – począwszy od linii kadłuba, a skończywszy na żaglach, masztach i linach. Rzadko który współczesny żaglowiec ma pełnorejowe ożaglowanie, bo jego obsługa wymaga wchodzenia na maszty – chociażby po to, aby sprzątnąć żagle.
Zatem pisanie książki marynistycznej – oczywiście mam na myśli książkę o historycznym żeglarstwie – trwa długo i wymaga nawału pracy. Oczywiście można pracować tak jak pani Andre Norton, która nie bawiła się w opisy mieczy, jakie pojawiały się w ręku bohatera i w ogóle pominąć zagadnienia techniczne. Wielu autorów fantasy tak robi – pisząc, że żaglowiec skręcił w prawo, skręcił w lewo, popłynął i wyszedł na morze, wszedł do portu i rzucił kotwicę z łańcuchem. Ale po pierwsze za takie dictum każdy szanujący się żeglarz będzie chciał obić autora kołkiem z kołkownicy, wybijając mu po jednym zębie za każdy błąd, który tu podałem. A po drugie, jaka będzie moc i wymowa takiej książki? Skoro piszę książkę o dawnym żeglarstwie, tedy do kroćset, powinienem opisywać jak wyglądały statki i żegluga w XVII wieku. Nie tworzę przecież sto dwudziestego siódmego tomu Zdradzonej i namiętnej, czy też opisu kolejnej nocy poślubnej Dody. Choć przyznam, że fascynuje mnie, co też zrobiłaby z nią wyposzczona załoga pirackiego slupa, po pięciu miesiącach żeglugi, w której za jedyną kobietę na pokładzie musiała starczyć kapitańska koza.
Wybacz, ale ostatnio jestem złym sukinsynem i antyfeministą. Chyba przejąłem tę cechę od moich bohaterów. Kto z kim przestaje, ten taki się staje. Przypominam też, że od pisania miłych, wzniosłych i wzruszających historii w tym kraju jest Anna Brzezińska, Wit Szostak oraz cały kierdel młodych i gniewnych autorek Runy. Ja jestem od pisania prawdy, choćby miała ona posmak sucharów z robakami, przepijanych śmierdzącą wodą po czterech miesiącach morskiej podróży.
Swoją drogą kiedyś takie suchary uważano za zdrowe. Dawni żeglarze bali się jak ognia świeżych, gdyż mogły stać się przyczyną zatrucia.
Wracając jednak do dawnego żeglarstwa – nie chciałbym oczywiście przestraszyć czytelnika morską terminologią – dlatego w Galeonach Wojny znalazły się przypisy i wytłumaczenia wszystkich elementów dawnych żaglowców. W pewnym sensie można zatem rzec, iż jeśli ktoś nie zna się na dawnym żeglarstwie, to się pozna, kiedy przeczyta tę książkę.


AM: Jak wyglądał proces tworzenia książki? Czy pisałeś z marszu, stopniowo szukając informacji do kolejnych rozdziałów, czy też mając już zarys powieści przygotowałeś wszystkie niezbędne materiały by zacząć pisać Galeony Wojny?

JK: Zawsze, zanim siądę do pisania książki, wymyślam całą fabułę łącznie z detalami, zwrotami akcji, postaciami i pomysłami na scenerie, w których rozgrywają się przygody bohaterów. To bardzo długi i wyczerpujący etap prac. Zwykle łączę go z poszukiwaniem materiałów źródłowych. Dla przykładu praca nad Galeonami Wojny rozpoczęła się w lutym tego roku, natomiast do pisania siadłem dopiero po trzech miesiącach, kiedy, po pierwsze: gotowy był już cały plan książki, a po drugie: poznałem już w wystarczającym stopniu dawne żeglarstwo, Gdańsk i realia walk na morzu w pierwszej połowie XVII-tego wieku. Samo pisania trwało krócej – zaledwie dwa miesiące i dziesięć dni.
Nie wszyscy oczywiście mają taki plan pracy. Rafał Kosik na przykład był bardzo zdziwiony, kiedy dowiedział się, że siadając do pisania z góry wiem, co się stanie na końcu książki. On z kolei wymyśla fabułę na bieżąco. No cóż – co kraj to obyczaj. Jednak w moim przypadku przygotowanie sobie dokładnego planu wydarzeń sprawia, że w czasie pisania mogę poświęcić się tylko i wyłącznie pracy nad językiem, a więc opisaniem wszystkich zdarzeń mocnym językiem i ciekawymi dialogami.

AM: Skąd ten tytuł? Czy miałeś jakieś inne pomysły?

JK: Powieści marynistyczne nie mają dobrych tytułów. Większość z nich to robocze synonimy, pokazujące na przykład kolejne szczeble kariery bohatera. Weźmy na przykład jednego z najsłynniejszych twórców w tym temacie: Cecil Scott Forester i jego cykl hornblowerowski opowiadający o przygodach Horatio Hornblowera, oficera marynarki brytyjskiej w czasie wojen napoleońskich. Książki te noszą tytuły: Pan midszypmen Hornblower, Porucznik Hornblower, Hornblower i jego okręt, czy wreszcie Komodor i pokazują, jak tytułowy bohater awansował i wprawiał się w nikczemnym szarpaniu floty Cesarza. Podobnie ma się rzecz z drugim sławnym cyklem powieściowym – Patricka O’Briana o jebace, pijaku i podrywaczu, kapitanie Jacku Aubrey’u. Tom pierwszy to Dowódca Sophie, czyli w wersji angielskiej Master and Commander, tom drugi to z kolei Kapitan, w więc tytuły znowu konkretne, zrozumiałe dla miłośników tematyki marynistycznej. A jednocześnie mało romantyczne. Dlatego ja, dla mojej powieści szukałem czegoś bardziej poetyckiego, oddziaływującego na wyobraźnię.
Galeony Wojny to właśnie taka literacka transkrypcja terminu galeon wojenny, który zaznaczył się w połowie XVI wieku, kiedy w szkutnictwie europejskim pojawiła się tendencja, aby okręty wojenne stały się zupełnie inną klasą jednostek pływających. Do tej pory każdy galeon uzbrojony był w działa i tak pozostało aż do XIX wieku, ale okręty przeznaczone do działań wojennych zaczęto uzbrajać silniej, wzmacniać ich kadłuby, przygotowywać do długotrwałych walk i abordaży. Jeszcze później z galeonów wojennych wyewoluowały galeony królewskie – ogromne, bogato zdobione okręty, które miały reprezentować na morzach i oceanach majestat ich władców. Takim okrętem był na przykład sławny Vasa, który zatonął w czasie pierwszego rejsu w 1628 roku, a potem, już w wieku XX został wydobyty i odrestaurowany – dziś można oglądać go w muzeum w Sztokholmie. Na ciekawostkę zasługuje fakt, iż początkowo winą za jego katastrofę obarczono... polskich agentów, którzy jakoby zmienili plany konstrukcyjne, chociaż tak naprawdę zawinił nawet nie budowniczy Henryk Hybertson, ale pycha Gustawa Adolfa, który kazał zbudować na Vasie dodatkowy pokład działowy. W ten sposób środek ciężkości okrętu znalazł się za wysoko i galeon po prostu położył się na burtę, a przez otwarte furty działowe wdarła się do środka woda. Co ciekawe, na pokładzie, wśród wielu innych zdobień znajdowały się na przykład posągi przedstawiające polskich szlachciców, które, aby pokazać im pogardę dla naszego narodu umieszczono w latrynach na dziobie. W dodatku szlachcice zostali umieszczeni pod ławami, pod którymi chowają się przed szwedzką potencją i spod których odszczekują zuchwałe słowa i kalumnie rzucane na Gustawa Adolfa – widać Szwedzi znali dobrze staropolskiego prawo, które nakazywało potwarcom odszczekiwać łgarstwa na kolanach.
Jak jednak widać Pan Bóg pokarał luterską pychę, bo Vasa, który miał być użyty w wojnie z Rzeczpospolitą nie był w stanie przepłynąć Bałtyku i zatonął zaraz po wyjściu z portu. Cała zresztą marynarka szwedzka nie warta była funta kłaków. Nikt nie chciał służyć na okrętach, często Gustaw Adolf kazał urządzać prawdziwe polowania na ludzi, jak zresztą marynarka angielska w XVIII i XIX wieku. Szwedzi dali kilka pokazów kompletnej nieznajomości żeglugi, jak choćby w 1628 roku, kiedy wielki galeon wojenny Kristina (270 łasztów, o ile dobrze pamiętam), wpadł na mieliznę koło Helu, dokładnie na wprost szańców obsadzonych przez polską piechotę. A wpadł dlatego, że Szwedzi nie umieli zrobić dobrze zwrotu przez sztag.

AM: Czy Galeony Wojny to jednorazowy romans z powieścią marynistyczną, czy też planujesz uraczyć swoich czytelników kolejnymi „morskimi opowieściami”?

JK: Wątpię, abym rozstał się z tą tematyką, bo jest zbyt piękna, a dawne okręty oddziałują na moją wyobraźnię tak bardzo, że nigdy chyba nie pozbędę się marzeń o dawnych żaglowcach, morskich nawałnicach, abordażach i salwach całoburtowych. Oczywiście nie znaczy to, że porzucam tematykę staropolską i nie będę już pisał o szlachcie polskiej. Ale znaj proporcje mociumpanie - nie można bez przerwy opisywać koni, szabel i warchołów, bo każdemu się to w końcu znudzi.

AM: W środowisku znany jesteś jako miłośnik zacnych trunków. Czy Galeony Wojny w jakiś sposób wpłynęły na Twoje gusta? Częściej teraz pijasz gdańską wódkę lub rum?

JK: Gdańską złotą wódkę trąbię z miłą chęcią, ale szczerze mówiąc rum wchodzi mi tylko z pepsi colą, albo rozcieńczony. Natomiast ostatnio przekonałem się do whisky. Old Smuggler... to brzmi naprawdę dobrze, zwłaszcza, że pierwsze opowiadanie w moim najnowszym zbiorze opowiadań traktuje o XVII-wiecznych przemytnikach, ich ciemnych sprawkach i krwawych porachunkach.
Ogólnie rzecz biorąc coraz więcej piję – niestety zwłaszcza na konwentach, co po części jest kwestią tego, że w całej Polsce mam znajomych, a także wynika z faktu, iż zaczęła dotykać mnie depresja po napisaniu kolejnych książek. Sam kiedyś nie wierzyłem, że coś takiego istnieje, a jednak... Po oddaniu do druku każdej kolejnej pozycji jestem tak nieludzko zmęczony, że gdy tylko wyjadę poza Warszawę, mam ochotę wyrzucić z pamięci wszystko, co wiąże się z ostatnią książką. A najlepszym sposobem na to jest właśnie alkohol, zwłaszcza pity w dobrym towarzystwie. Pewnie, gdybym traktował literaturę wyłącznie instrumentalnie, odklepując co wieczór określoną liczbę stron, nie miałbym takich problemów. Ale ponieważ mam do niej wielce emocjonalne podejście, więc każdą kolejną książkę odchorowuję w ciężkiej depresji. Proszę też pamiętać, że piję w zasadzie wyłącznie na konwentach i imprezach – nie wyobrażam sobie pisania po alkoholu. Jeśli jestem w stanie po spożyciu, na kartach książki wychodzi mi bełkot, który może zrozumieć tylko zaawansowany pijanica w ostatnim stadium rozkładu wątroby.
A tak na poważnie, to choruję na pewną tropikalną chorobę. Zaraziłem się nią na Ukrainie. Tam zapadło na nią większość społeczeństwa.
Ale co ja się tłumaczę! Za swoje piję! A zresztą Mickiewicz, żeby żył, to też by z nami pił!

AM: Jakie masz plany na najbliższą przyszłość? Co już piszesz, a co wkrótce planujesz?

JK: Jeszcze w grudniu oddaję do Fabryki Opowieści Czarnej Bandery – zbiór opowiadań o najgorszych sukinsynach, którzy żeglowali po morzach i oceanach – piratach, przemytnikach, bukanierach i handlarzach niewolnikami. W sumie będzie tam sześć solidnych mikropowieści, których akcja rozgrywa się w XVII i XVIII stuleciu. Większość z nich nie była jeszcze nigdzie publikowana – w żadnych antologiach, ani pismach, z czego jak sądzę Czytelnicy powinni być zadowoleni. Oczywiście wierny prawdzie historycznej nie zamierzam niczego upiększać, stąd książka ta nie będzie zgoła pensjonarską literaturą dla dorastających panien – choć być może znajdą się i takie, które będą czytać ją pod łóżkiem z wypiekami na twarzach. To zbiór opowieści o plugawych i nikczemnych ludziach, sztormach, morskich walkach i abordażach. Napisałem go, bo chciałem po prostu odpocząć po Diable Łańcuckim i Galeonach Wojny i spłodzić coś lekkiego, do poczytania dla wszystkich, zamiast przerzucać prawdy dziejowe o ciężarze kamieni młyńskich.
Natomiast, jeśli idzie o inne moje plany, to wolałbym zachować powściągliwość. Chętnie pogadam przy piwie o moich pomysłach, ale wolałbym nie afiszować się z tym, co mam w dalszych planach na łamach popularnego serwisu. Niestety na rynku zaczynają pojawiać się naśladowcy i wyrobnicy pióra (imię ich cztery litery), którzy usiłują wykorzystać sukcesy Diabła Łańcuckiego oraz Bohuna. Dlatego ograniczę się do stwierdzenia, że jestem w zasadzie przed rozpoczęciem prac nad naprawdę długą i dużą książką, która zapewne nie zakończy się na pierwszym, ani na drugim tomie. A przy okazji traktować będzie o doniosłych wydarzeniach historycznych – wielkich bitwach, wojnach i rzeziach z XVII wieku, które raz na zawsze zmieniły oblicze historii.

AM: Dziękuję za wywiad.


Przygotowanie: Artur "ARTUT" Machlowski
Redakcja: Marcin "Sharn" Byrski

Informacje dodatkowe:
 

Komentarze:


 
23-03-2009, 19:46 | Heos | Komentarzy w sumie: 9
Poza Sarmacją, podobnie jak bohatera wywiadu mnie także zawsze interesowały morskie opowieści i chociaż nigdy aż tak nie zagłębiałem się chociażby w budowę okrętu to jakąś wiedzę na ten temat mam i nie jedną rzecz o tym przeczytałem. Dodajmy, że prócz sesji w Dzikich Polach prowadzę tylko w 7th Sea więc te dwa nurty wyraźnie się odznaczają. „Galeony Wojny” więc bez dłuższego zastanawiania się trafiły na mój regał obok „Czarnej Szabli”, „Bohuna” i reszty dzieł Komudy.
Co do samego autora książek to zawsze, z jednej strony bawiła mnie a z drugiej ciekawiła jego bezpośredniość w wypowiedziach, bo sam uważam się za człowieka mówiącego wprost i bez owijania w zbędną bawełnę. Co z tym idzie zawsze chętnie słucham wypowiedzi Jacka Komudy.
Odbiegam trochę w dwie różne strony od tematu, więc powiem, że wywiad oczywiście podobał się i zrobiony jest bardzo dobrze, ciekawie. Oby więcej takich.


 
26-01-2008, 15:15 | Rakrzes | Komentarzy w sumie: 3
Dobry wywiad, a książek Komudy zachwalać przecież nikomu nie trzeba ;) Zabieram się w końcu za Diabła... czekał na półce na lepsze czasy.


 
19-01-2008, 17:47 | Stilgar | Komentarzy w sumie: 78
Wywiad przeprowadzony z Komudą przez Artura, nic dodac, nic ująć, mile poczytac! Jak zawsze :)


 
18-01-2008, 21:18 | Yuri84 | Komentarzy w sumie: 6
Wzorcowy wywiad - nawet analfeabete by zachęcił do przeczyatania. I do Old Smugglera <lol>


 
06-12-2007, 16:19 | Islam Gerej III | Komentarzy w sumie: 111
W weekend mam plan skonsumować "Galeony..." więc ten wywiad tylko mnie nakręcił. Cieszy fakt, że Jacek pisze na pełnych obrotach, świetnie zapowiada się ta antologia o morskich odpowiednikach Diabła Łańcuckiego.
A i prośba do naszego Mistrza: Jacku prosimy częściej na imprezy sarmackie, rzecz jasna nie o spożywanie tu chodzi :P

Pozdrawiam


 
04-12-2007, 20:11 | Sharn | Komentarzy w sumie: 1070
Mnie rozwalił tekst Jacka, który wykorzystałem dając tytuł wywiadowi. Boski. Uwielbiam ludzi, którzy mają dystans do siebie.
Trzeba przyznać, że i odpowiedzi świetne i pytania dobre. Czyli kawał świetnej roboty.


 
04-12-2007, 19:43 | ARTUT | Komentarzy w sumie: 4597
Ja akurat tu niewiele zrobiłem, ot kilka pytań.

Brawa dla Jacka za odpowiedzi. Czytałem już wiele wywiadów, sam kilkanaście przeprowadziłem, ale nie przypominam sobie równie ciekawych odpowiedzi.

Komuda robi kawał dobrej roboty. Wkłada w swoje książki dużo pracy i serca, a nie idzie po najmniejszej linii oporu. Talent to nie wszystko, trzeba go jeszcze umieć rozwijać i Komudzie świetnie to wychodzi.

Przyznać jednak trzeba, że wydawnictwo Fabryka Słów przykłada się do sukcesu Jacka. Jego książki nie są drogie, są wydawane bardzo ładnie i nie brakuje w nich świetnych ilustracji. Oby tak dalej!


 
04-12-2007, 18:27 | Wiewiór | Komentarzy w sumie: 942
Machlowski i Komuda, więcej komentarza nie potrzeba ;)


 
04-12-2007, 14:50 | Micronus | Komentarzy w sumie: 363
Krótko: świetny wywiad.



Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   

* * * * *

Zapraszamy wszystkich miłośników literatury na oficjalne strony:

Andrzeja Pilipiuka

Jacka Komudy

* * * * *
Profil użytkownika
Pseudonim

Hasło

Zapisz login

Przypomnij hasło!
Rejestracja

Szukaj





Na służbie:
Żołnierze: 0

Cywile: 29

Statystyki wizyt:
Wizyty: 2932798
Dziś gości: 89
Ten miesiąc: 3331
Rekord gości: 2237
Gości wczoraj: 166

Sojusznicy















V-Sklep poleca!

Zamów w V-Sklepie

więcej...