ARTUT wymusił na mnie relację z tegorocznego PMMa. To dziesiąta, jubileuszowa edycja, udała się bardzo, więc nie opierałem się nadmiernie. A początek był tak niewdzięczny… Wymęczeni dotoczyliśmy się do Warszawy, do jednego z dwóch akademików, w których liczyliśmy na nocleg. Liczyliśmy bo telefonicznie ani internetowo pokoi zaklepać się nie da. Francowato uśmiechnięta ciećka (cieć płci żeńskiej) oznajmiła, że miejsc nie ma. Na pytanie o następne dni, z tym samym uśmiechem wyjaśniła, gdzie ma noclegi na innych zmianach niż jej. Odesłała nas do drugiego akademika, gdzie przywitała nas kartka „remont – nieczynne do odwołania”. Tym sposobem „rozdrażnieni” dotarliśmy na konwent, na miejscu sale pozajmowane, w jednej z wolnymi miejscami dowiedzieliśmy, że tu jest rezerwacja i w sposób udający uprzejmość poproszono nas o spieprzanie. Nowa to dla nas praktyka, ale obrony ze strony organizatorów nie otrzymaliśmy. Widać takie zwyczaje teraz się pojawiają. Wylądowaliśmy na sali gimnastycznej, która okazała się chłodniejsza i mniej śmierdząca ludźmi, którzy glany zdejmują tylko na kilka godzin snu, a resztę czarnych ubrań noszą chyba przez cały konwent bez przerwy. W sumie wyszło na dobre… Po ulaniu żalu mogę opowiedzieć Wam historię tej edycji Pucharu Mistrza Mistrzów… Żeby było ciekawiej poszczególne fragmenty zatytułowane będą tak jak cztery kryteria oceny MG.
Przedstawienie świata / Komunikatywność MG
Czyli trochę o warunkach, w których przyszło nam sędziować, a uczestnikom grać. Szkoła Awangardy zdawała się trochę chaotycznym tworem, gdzie pewne przejścia czasem się pojawiały, kiedy indziej znikały. PMM miał wydzielony trudno dostępny korytarzyk, gdzie raczej mało kto się kręcił, pięć sal i kibelek, ogólnie bardzo dobrze. Do oceny celującej zabrakło wody od organizatorów, którą np. dostawali prelegenci. Nieprawdopodobny upał i duchota to już nie ich wina.
Eliminacje trwały od czwartku od około 21:00 do 02:00 w nocy. Potem od 10:00 rano do 21:00 kolejnego dnia. 15. Mistrzów Gry rozłożyło się praktycznie równomiernie w tym czasie, więc jak zawsze – sędziowanie było maratonem. Półfinał i finał przypadły na sobotę. Dwa czterogodzinne sloty – w pierwszym pięciu półfinalistów, w drugim, po niespełna pięciogodzinnej przerwie dwóch finalistów. To inny typ maratonu – wcześniej były po trzy sesje na raz. Przy pięciu trzeba się uwijać, żeby mieć pewność, których dwóch MG zasługuje na finał. Sam finał to już największa odpowiedzialność, do tego niby można obejrzeć 50% każdej sesji, ale zapewniam, że to wydaje się niewystarczające. Chciałoby się obejrzeć obie w całości.
Samopoczucie Graczy
Nie sposób opisać wszystkich sesji i MG, więc postanowiłem się skoncentrować głównie na finalistach i na poprzednim Mistrzu Mistrzów. Inkwizytor, czarny koń PMMa z 2008 zdominował razem z Wojtkiem Rzadkiem eliminacje, prowadząc wystrzałową sesję w klimatach wietnamskich. Filmowość, której nie powstydziłby się niżej podpisany. Motywy wyrwane z Czasu Apokalipsy, dowódca rzucający mięchem w swoich podwładnych, rasistowskie uwagi i dużo akcji. Choć Inkwizytor nie był jedynym, który puszczał muzykę, to tylko z jego sesji wychodziłem nucąc sobie For what it’s worth czy Hello Vietnam. Wojtek Rzadek również poszedł w filmowość i na jego sesji gracze wcielili się w dominikanów do zadań specjalnych – klimat trochę z Constantine’a. Święcona woda, święcone kastety… Przed graczami dwie świece – biała i czarna. Popełniasz grzech ciężki – MG zapala czarną, a postać traci statsy. Mniam! Handouty były, ale tylko Wojtek tak sprytnie wplótł je w świat i mechanikę świata gry. Drugi z finalistów poprowadził sesję WoDziarską, ale przeznaczoną dla śmiertelników. Neishin „ugrał” sporo ciekawą historią – jeden z sędziów na obradach wspomniał tę sesję jako najbardziej wciągającą „co będzie dalej”. Ponadto świetnie wypadło poprowadzenie przygody w Krakowie 1990 roku – autentyczne i znane prowadzącemu lokacje, mapka miasta przed graczami – dawały bardzo precyzyjny obraz miejsca. W wyniku obrad i ocen punktowych poza tą trójką, do finału dostał się jeszcze charyzmatyczny Lucek prowadzący Wolsunga, oraz Bonio prowadzący Warhammera z rewelacyjnie odgrywanymi BNami.
Przygotowanie do Gry
Półfinał PMM narzuca prowadzącemu ogólnikowy scenariusz, który można zaadoptować do dowolnego systemu. Tegoroczny narzucał kilku BNów, zaburzoną chronologię, oraz to, że przygoda miała opowiadać o aukcji i napadzie w jej czasie. Sesje zaczynały się w odstępach dziesięciominutowych, żeby sędziowie mogli obejrzeć otwierające sekwencje u wszystkich prowadzących. Na pierwszy ogień poszedł Inkwizytor (mechanika autorska), który z pierwszej sceny zrobił prawie LARPa ze sceną aukcji, próbował również czasem zaangażować sędziów. Ciekawie… Neishin (KaduFATE) zaczął filmowo, od przejazdu bohaterów na linkach z jednego budynku, na dach drugiego. Najzabawniejsze jest to, że każdy sędzia miał skojarzenie filmowe, ale z goła inne – jedni widzieli Mission Impossible, inni Ocean’s Eleven, ja dopatrzyłem się Mrocznego Rycerza. Ze swoich okazji nie skorzystali Wojtek Rzadek (Legenda Pięciu Kręgów) i Lucek (Wolsung). Ten drugi opowiadał o rasach Wolsunga (postacie tworzyli na sesji), a ten pierwszy o postaciach, które przygotował graczom. Mimo tego i tak sędziom pospadały gacie z wrażenia, kiedy zobaczyli jakie karty postaci przygotował dwukrotny (a kilkanaście godzin później trzykrotny) zdobywca Pucharu. Mianowicie karty w barwach klanowych zostały pocięte i pieczołowicie naklejone na wachlarze. Oczywiście poza tym nie obyło się bez czarek, zielonej herbaty i innych pierdółek. Bonio (Deadlands) znowu przeniósł graczy do Hollywood, generując mieszankę Matrixa z westernem – gatlingi, kowboje i dużo, dużo świszczących kul.
Wkrótce okazało się, że Neishin i Inkwizytor to krótkodystansowcy i po niecałych 90 minutach skończyli swoje sesje. Ubiegłoroczny Mistrz Mistrzów nie oczarował jednak sędziów. Sesja była poprawna, ale zabrakło jej ikry i zarzucenia obserwujących akcją, opisami czy masą handoutów. Finalista natomiast zagrał na ciągłą akcję i zamianę postaci graczom, przez co w finałowej sekwencji gracze z bananami na gębach siedzieli w jarmułkach i grali Żydów – mózgi stojące za napadem na salę aukcyjną. Bezapelacyjnie, na żadnej innej sesji tego PMMa gracze nie bawili się tak dobrze. Wojtek Rzadek tymczasem poprowadził swój sztandarowy system – L5K. Gracze dwoili się i troili, aż wreszcie udało im się pokrzyżować szyki MG. Na sesji wygrali gracze, w Pucharze Wojtek zapewnił sobie miejsce w finale. Obrady sędziowskie przebiegły dość gładko, choć przez chwilę pojawił się pomysł umieszczenia trzech MG w finale, to niemal jednogłośnie ustalono finałowych rywali.
Elastyczność / Obiektywizm MG
Finał na pewno przejdzie do legendy. Neishin zaserwował bardzo dobrą, przemyślaną sesję WoDa, znów umieszczoną w realnym miejscu i czasie – podczas huraganu Kathrina. Sesja przeszła bez potknięć a wręcz z kilkoma błyśnięciami. Za największe źródło fejmu należy uznać jednakże późniejszą relację Puszkina, który z ramienia sędziów zagrał w tej sesji. Otóż drodzy państwo TEN Puszkin powiedział, że się bał. I to dwa razy. Tak więc z każdej strony należy sesję Neishina potraktować jako godną finału Pucharu Mistrza Mistrzów. W sali obok prowadził jednakże Wojtek Rzadek, który od trzech lat odpadał właśnie w finale i najwyraźniej jego determinacja osiągnęła szczyt.
Co tu dużo mówić. Szósty finał w wykonaniu Wojtka był naprawdę imponującym pokazem. Postanowił wygrać Puchar prowadząc ponownie Legendę. Świetne, absorbujące opisy, w pamięć zapadnie mi na pewno powrót do posiadłości samurajów w deszczową noc. MG ponownie zaszalał z rekwizytami, tym razem gracze mieli przed sobą świeczki, które odpowiednio ułożone dawały bonusy do poszczególnych żywiołów (jeśli nie znacie Legendy to chodzi o zwiększenie cech postaci). To jednak nic. W pewnym momencie Wojtek odgrywając jednego z BNów, któremu gracze natarczywie zarzucali brak honoru wykonał gest jakby wyjmował wakizashi i wycelował je w brzuch. Następnie wykonał gest jakby wbił sobie ostrze, a na białym podkoszulku pojawiła się rosnąca czerwona plama. Graczom poopadały szczęki, sędziowie bezradnie zaczęli się gapić po sobie, za oknem uderzył wiatr, a mucha krążąca po sali z wrażenia aż przycupnęła na suficie. Chwilę później do nosów zgromadzonych dotarła woń soku malinowego, a Wojtek przeprosił zgromadzonych i poszedł zmienić podkoszulek. Potem była jeszcze masa widowiskowych scen, świetne opisy, a nawet legendarny rzut kośćmi z wynikiem 104 (jeśli nie znacie Legendy – poziom trudności 50 jest uznawany za dość nierealny). Wszystko to złożyło się na zasłużoną wygraną, ale z pewnością to, że „Wojtek popełnił seppuku” utkwi wszystkim w pamięci.
SMSy o tym zdarzeniu obiegły fandom już półtorej godziny później w czasie finałowej imprezy konwentu w
Paradoksie. Wynik jednak znali tylko sędziowie i nikt nie puścił pary z gęby aż do niedzielnego poranka. Wtedy to
Ailen przytoczyła krótko historię dziesięciu lat
Pucharu, w tym dwukrotne zwycięstwo
Wojtka oraz regułę, że jeśli wygra po raz trzeci, to
Puchar przechodni trafi do niego na zawsze. Następnie kilka godnych słów wygłosił
Inkwizytor, jako zwycięzca dziewiątej edycji. Potem razem z
Ailen ogłosili zwycięstwo
Wojtka Rzadka i razem z publiką nagrodzili go hucznymi brawami. W ten sposób
Neishin odarł
Wojtka z tytułu
v-ce Mistrza Mistrzów, który trzymał on bezczelnie od kilku lat. Ja też tam byłem, brawa i okrzyki wznosiłem. A on cieszył się mocno, ale bardzo krótko. Bo wszyscy rozeszli się na prelekcje albo rozjechali do domów. Ale o tym bajka nie wspomina.
Autor: Mateusz „Craven” Wielgosz
Redakcja: Marcin „Sharn” Byrski