Valkiria Network | V-Game | Gry komputerowe | Ogniem i Mieczem | Gry fabularne | Dzikie Pola | Neuroshima | Świat Mroku | Warhammer
Film | Star Wars | Literatura | Andrzej Pilipiuk | Jacek Komuda | Zmierzch | Komiks | Planszówki | Karcianki | Wędrowycz | Bitewniaki | II wojna światowa
Valkiria - Polub nas na Fejsie
  
Kapitanie mój...
 01-09-2007, 09:58
 Wiewiór
 4605 x przeczytano

Hipissowi za pracę włożoną w Bitewniaki
i Xerowi za to, że jest łachudrą
 
 
Nie gwizdaj, nie gwizdaj, nie gwizdaj
Nie gwizdaj stary
Gwizdanie na morzu wzbronione
Inaczej masz przedżumione
 
Scenariusz, a właściwie opowiadanie, mające na celu nakierowanie MG na pomysł nowej przygody, ma formę opowiadania przetykanego moimi, w miarę częstymi, wkurzającymi wstawkami. Jedynym ograniczeniem względem miejsca, czasu i składu drużyny jest to, że akcja musi dziać się nad morzem. Bo przecież co, poza morzem, może mieć znaczenie?
 
 - Kurwa! – szepnął kapitan niewielkiej szebeki prującej najszybciej jak się da w kierunku lądu. – Ładować działa, psubraty! Szykować garłacze i hakownice! Wszyscy do bosaków!
 
Na pokładzie natychmiast się zaroiło i jeden tylko majtek siedzący w bocianim gnieździe tkwił bez ruchu wpatrując się w szczątki statku Grumma Brodacza, rozsiane w promieniu kilkudziesięciu metrów od miejsca, gdzie jeszcze parę minut temu znajdowała się taka sama jednostka, jak „Albatros”. Każdy z piratów wiedział, przed kim im przyszło uciekać, mimo, że nigdy go nie widzieli.
 
Topiej był ogromny. Z początku wszyscy pomylili go z nieco bardziej znanym krakenem, ale szybko zweryfikowali swoje zdanie, gdy zobaczyli, jak szybko uporał się z niewielkim dwumasztowcem o kilkudziesięcioosobowej załodze. Jego kadłub był wielkości połowy pokładu pirackiej szebeki, a paszczęka sięgała rozmiarom tyłkowi Grubej Berty w ostatnim porcie, do którego zawijał „Albatros”. Nie… był dużo większy. Gdy na parę chwil wynurzył się na powierzchnię, zobaczyli jego wydłużony ogon zakończony płetwą niemal tak dużą, jak ich żagiel. Teraz wiedzieli, czemu nie zdążyli nawet usłyszeć zbliżającej się zagłady. Dwie długie macki sięgały na pokład statku Grumma Brodacza co chwila i ściągały bez problemu marynarzy w chłodny odmęt morza. „Albatros” nie miał żadnych szans ucieczki. Kapitan to wiedział…
 
 - Ruszać się, wy podłe wymoczki! – wrzeszczał wymachując szablą. – Szczury lądowe, jeśli nie chcecie skończyć w paszczy tego oślizgłego skurwiela, to radzę wam prędzej ładować armaty i hakownice!
 
Nie trzeba było wiele, aby zmobilizować piratów do szybszej pracy. zwijali się jak w ukropie i tylko czekali na to samo, co zwiastowało zgubę „Trzpiotki”. Przeciągły gwizd, zdający się dochodzić z każdej strony. Kilka minut później topiej zaatakował Grumma nie dając mu żadnych szans na obronę.
 
Po chwili wszystko było już gotowe. Kilka dział, jakie zdobyli na imperialnych jednostkach stało przygotowanych do strzału z czarnymi paszczami wymierzonymi w horyzont. Były na tyle nieduże, że można je było bez większego wysiłku przetaczać z jednej burty na drugą. Wzdłuż relingu stały oparte o barierkę muszkiety, garłacze naładowane siekańcami i hakownice. W spoconych rękach każdy z piratów trzymał bosak lub długi drewniany drąg. Zapadła cisza. Ucichł wiatr, a tafla wody była marszczona tylko przez delikatne fale. Czekali…
 
Donośny gwizd usłyszeli zaraz po zapadnięciu nienaturalnego milczenia. Dla nieświadomego swego losu mógł brzmieć jak odległe krzyki mew albo odgłos wydawany przez krasnoludzkie parowce, ale załoga „Albatrosa” od lat karmiła się wzajemnie opowieściami o pół-mitycznym topieju, a przed kilkudziesięcioma minutami  usłyszeli ten gwizd, który zwiastował śmierć ich kamratów z „Trzpiotki”. Wszyscy zacisnęli dłonie na broni niemal do bólu. Kapitan stanął na środku pokładu opierając się plecami o maszt i modlił się do panteonu bóstw, któremu zwykle ubliżał. Obnażona szabla rzucała tu i tam świetlne refleksy od słońca. I wtedy go zobaczyli…
 
Od strony pełnego morza nadciągał wzbierający falami garb. Woda, rozgarniana na boki przez zniekształconą płetwę grzbietową, która z pewnością nie należała do naturalnej istoty, kotłowała się w miejscach, gdzie rozpraszana była przez drobne fale. Topiej był niesamowicie szybki. Przejrzysta woda pozwoliła im dostrzec go z dość daleka, więc teraz miał jeszcze spory kawałek do przepłynięcia. Kapitan otrząsnął się z odrętwienia.
 
 - Wymierzyć działa, kmioty! – wydarł się. –  Do rusznic i muszkietów! Celujcie w miękkie, nie palcie po pancerzu na korpusie!
 
Na pokładzie zaczął się z powrotem ruch. Marynarze mierzyli do zbliżającego się kształtu, a puszkarze zapalali lonty. Kapitan spoglądał na złowrogi kształt zbliżający się do nich coraz bardziej. Już po kilkunastu sekundach topiej znalazł się w zasięgu strzału z armaty. W chwilę potem wynurzył się nieco bardziej, tak, że jego chropowaty tułów wystawał kilkadziesiąt centymetrów ponad powierzchnię wody. Płynął wprost na burtę statku. Kapitan zrozumiał…
 
 - Pal! Walcie, psubraty! – zakrzyknął gromko. – Strzelać, strzelać!
 
Wszyscy czekali tylko na tą komendę i niemal równocześnie wypalili do potwora. Trzy działa gruchnęły donośnie, a palba ręcznej broni palnej ogłuszyła niemal wszystkich na pokładzie. Chmura prochowego dymu zasłoniła całą burtę „Albatrosa”. Cisza… Kapitan wsłuchał się w morze…
 
Zgrzyt rozdzieranego poszycia poniósł się dalej i donośniej niż wcześniejsza kanonada. Uderzenie w kadłub było tak mocne, że statek przechylił się na bok i niemal nabrał wody. Piraci polecieli na środek pokładu, tylko kapitan utrzymał się w pozycji stojącej, oparty o potężny słup masztu.
 
 - Ładować! – krzyknął, gdy tylko załoga zebrała się na nogi. – Pięciu pod pokład wylewać wodę! Reszta pilnuje burt! Do broni!
 
Znów nastąpiła krótka krzątanina, po której marynarze rozbiegli się po pokładzie. Dym rozwiał się, a spod ich nóg dochodził odgłos wlewającej się do ładowni wody. Topieja nigdzie nie było…
 
Długa macka wystrzeliła nagle kilka metrów nad powierzchnię wody. Piraci w pierwszym odruchu cofnęli się, ale zaraz potem kilku z nich wypaliło z muszkietów i garłaczy do mięsistej kończyny. Ta cofnęła się, ale po chwili owinęła się sprawnie wokół tułowia jednego ze strzelców. Jeden z marynarzy wbił w mackę bosak, ale ta szarpnęła się obalając go i wciągnęła wrzeszczącego nieludzko strzelca pod wodę. Z drugiej strony ktoś zawył, a woda pod kilem zakotłowała się na moment.
 
Jedna z armat wypaliła znowu, prosto w wyciągniętą mackę, ale nie zrobiło to większego wrażenia na topieju. Kolejnych kilku piratów zostało wciągniętych pod wodę, a pozostali zbili się w zwartą grupkę na środku pokładu. Kapitan spostrzegł coś kątem oka. Obrócił się…
 
 - O, żesz! – szepnął. Wcześniej widział, co stało się z „Trzpiotką”, a teraz zanosiło się na to samo.
 
Za nim unosiła się w powietrzu jedna macka, a przed nim znajdowała się druga. Zastygły tak w powietrzu, ostrzeliwane przez marynarzy, ale kapitan wiedział, co topiej chce zrobić. Po chwili jego podejrzenie ziściło się i dwie łapy z przerażającym impetem spadły na pokład z obu stron. Siła uderzenia była tak wielka, że pokład trzasnął, jak łamana zapałka, a poszycie kadłuba zaraz za nim. „Albatros” rozpadł się na dwie połówki. Część piratów wpadła w zakotłowaną kipiel, a reszta poleciała na rufę i dziób. Cisza, jaka zapadła zaraz po tym, nie trwała długo. Przerażona załoga skupiła się na oddalających się od siebie połówkach pirackiej szebeki…
 
 - Co robić?! – wrzasnął do ucha otumanionemu kapitanowi bosman.
 
Kapitan mamrotał coś pod nosem niezrozumiale. Klęczał przy relingu i spoglądał w gotującą się pod nim wodę.
 
 - Co?! – krzyknął bosman.
 - Módlcie się…
 
Tak oto wygląda mniej więcej gwóźdź programu – topiej. Jest to stwór Chaosu, dedykowany Slaaneshowi, zmutowany kraken – dlatego też często bywa z nim mylony (o ile po spotkaniu z nim ma go jeszcze kto do czegoś porównywać). Grasuje na morzu (najlepiej Morzu Szponów, skąd całkiem blisko mu w okolice porządnie spaczone), gdzie wykonuje wolę swojego pana i niszczy każdy statek, jaki zapuści się w jego teren, który swoją drogą do małych nie należy. Jego nadejście poprzedza wyładowanie energii, które rozpoznać można tylko dzięki wspomnianemu w opowiadaniu gwizdowi. W wioskach i miasteczkach na wybrzeżu powstały już legendy na temat topieja, mimo, iż jest postrachem wód dopiero od kilku lat. Jest wyjątkowo skuteczny – działa w taki sposób, jak powyżej zaprezentowano, nigdy nie atakuje dużych jednostek Imperium, czy marienburskich. Zadowala się łupem, który nie może stawić mu oporu. Topiej cechuje się rozwiniętymi zdolnościami regeneracyjnymi, w związku z czym ciężko jest go skutecznie zranić, nie mówiąc już o zabiciu, jego ciało pokrywa rogowa płytka, twardsza niż płytowa zbroja. Jest szalenie agresywny i nie odpuszcza swojej ofierze dopóki jej nie rozniesie w strzępy albo zostanie przegoniony poważnymi obrażeniami. Sytuacja wydaje się być napięta, bo działalność topieja poważnie godzi w interesy Marienburga, Imperium i miejscowych piratów. Do czego to może doprowadzić?
 
 - Śmierdzi tu gnojem – rzucił beznamiętnie krasnolud, bawiąc się źdźbłem słomy.
 - I uryną – dorzucił jeden z jego towarzyszy.
 - Na jedno wychodzi, imbecylu – zganił go krasnal.
 
Ich dywagacje na temat zapachu w ciemnej celi przerwało skrzypiące otwarcie małych drzwiczek i paskudna morda strażnika więziennego, który wślizgnął się do niewielkiej klitki. W ślad za nim, do celi weszło dwóch mężczyzn, wyglądających na urzędników. Obaj powiedli wzrokiem po kilkunastu mordercach, rabusiach, gwałcicielach i sodomitach odczekujących w miejskim areszcie okres aż do ich procesu, co w Schlithausen trwało czasem latami.
 
 - Grief, Woldan i Yurga – wyczytał z listy jeden z nich. – Którzy to?
 
Krasnolud z obrzydzeniem splunął urzędnikowi pod nogi. Ten jednak nie okazał po sobie obrzydzenia, nie dając Griefowi żadnej satysfakcji.
 
 - A dwaj pozostali? – zapytał chrapliwie strażnik.
 - To tamci dwaj – skinął na swoich towarzyszy krasnolud. – Są ze mną.
 - Chodźmy więc – powiedział jeden z mężczyzn. – Musimy… porozmawiać.
 - Wolę z wami niż z tymi debilami – rzucił Grief zanim strażnicy wyprowadzili go z celi.
 
Krótki korytarz, bijący ze ścian krzykami i bólem doprowadził całą gromadkę do niewielkiego pomieszczenia. Różniło się od cel tylko maleńkim świetlikiem umieszczonym zaraz pod powałą i solidnym, dębowym stołem zajmującym niemal całą powierzchnię klitki. Dwaj mężczyźni wyglądający na urzędników zajęli miejsca na krzesłach, a strażnicy zapobiegawczo ustawili się za plecami więźniów.
 
 - Za co siedzicie? – zapytał ten, który wyczytał ich wcześniej z listy.
 - Pierdol się, gnoju! – odwarknął Woldan ze złością.
 - Chodzą słuchy, że za podburzanie ludu przeciw hrabiemu i konszachty z Rumcajsem, miejscowym zbójem i hultajem – odpowiedział za nich towarzysz urzędnika.
 - Nie, nie, nie – zaprzeczył szybko kręcąc głową krasnolud. – My nie żadni polityczni. Za gwałt i rozbój nas wsadzili. Ot, takie figle sobie w mieście poczynilim…
 - Za takie figle – przerwano mu – grozi kastrowanie. Wiesz, jakie to uczucie? Nie mieć jaj?
 
Grief uznał, że komentarz jest w tym wypadku zbędny, choć po wargach plątała mu się myśl, że ci dwaj, to akurat świetnie powinni wiedzieć.
 
 - Dobrze dla was, że trafiliście na mnie i mojego kolegę – kontynuował po efektownej pauzie urzędnik. – Być może ocalimy wasze nic nie warte dupska z tego ambarasu.
 
Krasnolud uniósł brwi w zaciekawieniu, co robił zwykle, gdy gadano o jego niewiele wartej skórze.
 
 - Hrabia uznał, że jest skłonny dać wam jeszcze jedną szansę. Nie wam jednym, zresztą. Nie czujcie się więc specjalnie nobilitowani. Zamiast obcinania jaj, a być może też wyłupiania języka, pan de Fund chce ofiarować wam to – na stole znalazły się trzy skrawki papieru zapisane drobnym maczkiem.
 
Wszyscy więźniowie rzucili się, niemal wydzierając sobie kartelusze. Przebiegli wzrokiem kilkakrotnie dokumenty, po czym z niedowierzaniem spoglądali na siebie. Dopiero po chwili krasnolud, widoczny lider grupy, odchrząknął paskudnie i splunął na posadzkę wyłożoną słomą.
 
 - Znaczy się, pan hrabia oferuje nam zaokrętowanie na swoim statku „Iluvatarze” na okres jednego rejsu. A w zamian zapomnienie win?
 - Przynajmniej umiecie czytać… - szepnął jeden z urzędników. – Tak, wystarczy, że popłyniecie „Iluvatarem” w jeden rejs, a będziecie wolni. Oczywiście nie muszę wspominać, że lepiej byłoby, gdybyśmy was tu więcej nie zobaczyli…
 - Rzecz jasna – odpowiedział Grief wietrząc dobrą okazję do wywinięcia się z tarapatów. – A… na jakiej funkcji byśmy się na tym okręcie znaleźli i co będzie jego celem?
 - Będziecie marynarzami, takimi samymi jak inni na pokładzie. Chyba nie spodziewaliście się, że dostaniecie komendę nad „Iluvatarem”? – obaj ich rozmówcy parsknęli śmiechem. – Dowodził wami będzie doświadczony kapitan, Edryll von Norn. A po co płyniecie? Można powiedzieć, że… na ryby.
 - Na ryby? – zdziwił się krasnolud.
 - To będą… dość specyficzne… ryby – odparł jeden z urzędników.
 - Rozumiem – Grief zarechotał obleśnie, a Woldan i Yurga zawtórowali mu momentalnie. – Możnaby rzec, że myśmy doświadczonymi rybakami, jeśli o takie… ryby idzie.
 - Więc jak? Zgadzacie się? Tak albo nie? Potrzebujemy odpowiedzi natychmiast.
 - Czy się zgadzamy? Pewnie, że tak. Jesteśmy wdzięczni panu hrabiemu, że dał nam szansę re… reso… resoncjalizancji.
 - To dobrze, że się zgadzacie… Bardzo dobrze. Zbierajcie się – wieczorem wypływacie.
 
Tylko i wyłącznie od chęci MG i sytuacji graczy zależy sposób w jaki bohaterowie zostaną w scenariusz wplątani. Czy będzie to złocisty pieniądz skrzący się u kresu ich drogi, obiecany przez hrabiego, czy przymus jak w powyższym przykładzie, czy zawiewająca nudą podróż, to wszystko prowadzić będzie do jednego. BG mogą zostać zaciągnięci do tej misji przez trzy stronnictwa – władze Marienburga, lokalnych władyków imperialnych albo piratów. Każda ze stron ma nieco inne sposoby pertraktacji, ale tak czy inaczej postaci graczy trafią na pokład imperialnego statku „Iluvatar”. Ma on specjalną misję do wykonania, o której nie wie nikt poza kilkoma osobami, a mianowicie burmistrzem Marienburga, miejscowym hrabią, Torlofem Dragą – najpotężniejszym piratem na Morzu Szponów, Edryllem von Norn – kapitanem „Iluvatara” i Magnusem Fahrtenem – pierwszym oficerem na statku. W chwili bezpośredniego zagrożenia swoich wpływów poprzez działalność topieja, trzy, zwykle antagonistycznie wobec siebie nastawione siły zdecydowały się połączyć i razem usunąć kłopot. Piraci w tajemnicy zdobyli dość dużą, bretońską jednostkę, ochrzczoną potem „Iluvatarem”, władze Marienburga sfinansowały kosztowne zaopatrzenie statku – między innymi znajduje się tam kilka potężnych dział oblężniczych. Hrabia de Fund natomiast, zajął się organizacją największej części załogi. Spośród dwustu marynarzy, jacy popłyną na „połów” przeszło setka będzie pochodziła z imperialnych więzień, portowych tawern. Reszta to przemieszani marienburscy najemnicy i piraci. Poza nimi na misję uda się też dwóch magów, których zadaniem będzie zlokalizowanie topieja i ewentualne wspomożenie sił. O celu zadania załoga dowie się dopiero, kiedy dojdzie do konfrontacji ze stworem Chaosu.
 
Przeciągły gwizd usłyszeli wszyscy, pomimo, że na pokładzie panował spory gwar. Jak na komendę wszyscy umilkli, a z nadbudówki wyskoczył  Edryll von Norn – „Żelazny Kapitan”, jak przezywali go niektórzy członkowie załogi. Za nim jak cienie stanęli ci dwaj magowie, których wszyscy unikali jak ognia. Co oni tutaj w ogóle robili? Zamienili we trzech parę słów między sobą, a po chwili rozległ się krzyk pierwszego:
 
 - Gotować się! Ładować działa! Zatoczyć beczki z prochem!
 
Początkowe zaskoczenie przerodziło się w działanie. Magnus Fahrten był mężczyzną, który umiał znaleźć posłuch u załogi. Często wyręczał nawet bosmana w wymierzaniu kar. Te trzy tygodnie, jakie spędzili błądząc po Morzu Szponów nauczyło wszystkich – Marienburczyków, Nordlandczyków, Tileańczyków i kogo tam jeszcze w załodze mieli jednej rzeczy – nigdy nie lekceważ tego, co mówi pierwszy. Nawet jeśli mówi bez sensu. Mimo to, bosman zbliżył się do Fahrtena i spytał.
 
 - Panie, przecież nikogo nie ma na horyzoncie. Do kogo chcecie palić z dział?
 - Zobaczycie, bosmanie. Zobaczycie już za chwilę – odparł pierwszy oficer nawet na niego nie spoglądając.
 
Tymczasem kapitan lustrował bezmiar wody wokół „Iluvatara” przez lunetę. Magowie szeptali coś między sobą i rysowali na górnym pokładzie jakieś symbole. Po kilku minutach zgiełku i gromkich okrzyków na statku zapanował spokój. Wszyscy rozglądali się na boki z niepokojem.
 
 - Jest! – powiedział nagle von Norn odrywając od oka lunetę. – Jest tam! – wskazał palcem zgromadzonym na górnym pokładzie magom, bosmanowi i pierwszemu wybrzuszony garb wody zbliżający się od ich prawej burty.
 - Wszyscy na prawą burtę! – wrzasnął Magnus Fahrten. – Zapalać lonty, szykować hakownice! Do niego będziemy palić – powiedział do bosmana ściszonym głosem. – Właśnie do niego.
 
Na pokładzie znowu zapanował chaos, ale tylko na chwilę. Cała załoga składała się z doświadczonych rębajłów, najemników i marynarzy, którzy dobrze znali znaczenie słowa dyscyplina. Wszyscy skupili się na prawej burcie, wskazując palcami z niepokojem zbliżający się wodą kształt.
 
 - Marienburg na lewą burtę! – zakrzyknął pierwszy oficer. – Strzelać tylko na rozkaz! Celujcie dobrze, bo od tego zależy wasze zasrane życie!
 
Rozkaz wykonano w mgnieniu oka. Wszyscy zaczęli mierzyć do ciemnego korpusu, który zbliżał się do statku z ogromną prędkością. Był jeszcze stosunkowo daleko, ale cały czas nabierał szybkości. W końcu był na tyle blisko, że rozległ się donośny krzyk Fahrtena.
 
 - Ognia!
 
Prawa burta „Iluvatara” rozbłysła na chwilę ogniem i zakryła się dymem. Kule, siekańce i bełty przeorały wodę wokół topieja trafiając go wielokrotnie. Broń nie uczyniła na nim chyba jednak większego wrażenia i z rozpędem wyrżnął w kadłub statku. Ten zakołysał się, ale był na tyle masywny, że po chwili wrócił do pozycji wyjściowej. Kilku marynarzy zbiegło pod pokład.
 
 - Ładować! – rozległ się wrzask pierwszego na prawej burcie i kapitana na lewej. – Prędzej, psubraty! Tam jest! Tam!
 
Faktycznie, topiej ukrył się na rufie statku. Może to oszołomienie spowodowane nieskutecznością jego pierwszego ataku albo odniesionymi ranami. Być może knuł coś, zakryty przez poszycie statku… Huk kanonady z prawej strony przerwał jego stagnację i błyskawicznie znalazł się na lewej burcie, gdzie Marienburczycy przywitali go potężną salwą kotłując wokół niego wodę. Topiej jednak nie miał zamiaru rezygnować z przynęty, wręcz przeciwnie. Wydawał się wściekły…
 
Macki wynurzyły się z impetem i przełamując reling zburzyły szyk najemników, część wywracając, a kilku ściągając w kipiel. Znów rozległy się strzały, to Nordlandczycy pruli do bestii z górnego pokładu. Topiej zawinął się i zanurzył w głębinę. Na chwilę zapadła cisza. Strzały ucichły. Kilku z tych, którzy przeżyli spotkanie z mackami stwora wołało o pomoc, starając się wspiąć po poszyciu kadłuba na pokład.
 
Potężne uderzenie niemal podrzuciło „Iluvatara” w powietrze. Statek znów zakołysał się, ale daleko było mu do wywrotki. Topiej znowu pokazał kostropate cielsko na prawej burcie i to tam większość z marynarzy udała się strzelając z czego popadnie. Macki zgarnęły krwawe żniwo wśród ciasno zbitych piratów i Imperialistów. Część armat powpadała do wody, gdzie pewnie leżą po dziś dzień… Strzaskany reling nie dawał żadnej osłony, ani pomocy w utrzymaniu równowagi na chybotliwym pokładzie.
 
 - Napierdalać! – darł się bosman w niebogłosy. – Na co czekacie, kurwie syny!?
 
Gdy topiej znowu wychynął, aby zadać kolejny cios, ognisty promień poraził jego wyciągniętą mackę. Potwór natychmiast zawinął się z powrotem do wody, kołysząc coraz bardziej statkiem. Rozochocona załoga zakrzyknęła triumfalnie. Znów nastąpiła chwila ciszy, w której słychać było dokładnie zgrzyt zamków muszkietów i strzękanie cięciw.
 
Topiej natarł znowu, tym razem od dzioba. Trafił na okuty żelazem kil, który pomógł mu wyprowadzić statek ze stanu równowagi, ale na dłuższą metę przygniótł jego plugawe cielsko. Skotłowani Nordlandczycy pospadali z górnego pokładu na dolny i do morza, gdzie co chwila któryś ginął pod taflą błękitnej wody. Nagle, topiej wynurzył się przy słabiej bronionej prawej burcie i złapał mackami oba żagle fregaty. Huk wystrzału poniósł się daleko, ale nie zrobił wrażenia na opancerzonych kończynach stwora. Co odważniejsi rzucili się na macki z toporami, ale jedno skuteczne machnięcie odrzuciło ich i pozbawiło rezonu.
 
 - Odrąbcie go! – krzyczał kapitan. – Odrąbcie!
 
Z drugiej strony doskoczyli najemnicy rąbiąc ciężkimi mieczami gdzie popadnie. Macki nagle naprężyły się, a zza prawej burty wyłonił się kulisty tułów topieja z wyszczerzoną paszczą. Na widok potwora część załogi cofnęła się na lewą burtę, na tyle, na ile pozwalały roztrzaskane barierki. Huknęła kolejna palba, ale od opancerzonego korpusu odbijały się niemal wszystkie kule. Jedna z macek machnęła nagle z niewiarygodną prędkością i siłą odrzucając najbliższych Marienburczyków na dziób, a część wyrzucając za pokład. Mięsiste kończyny czyniły na „Iluvatarze” ogromne zniszczenia. Jeden z masztów runął pod naciskiem drugiej macki, a niektórzy Nordlandczycy zaczęli wskakiwać do wody w ucieczce przed monstrum.
 
Z górnego pokładu wystrzelił nagle rozżarzony promień czystej energii, która aż falowała od gorąca. Jedna z macek została spopielona niemal przy nasadzie, pozbawiając topieja kończyny.
 
 - Marienburg! – zakrzyknął kapitan najemników na dziobie i wpadł z ogromnym, dwuręcznym mieczem prosto w paszczę potwora.
 
Reszta nieustraszonych najemników nie zrezygnowała jednak z zaciekłego ataku, a Nordlandczycy, podbudowani ich postawą, rzucili się z drugiej strony na okaleczonego topieja prując, łomocząc, rąbiąc i rżnąc.
 
W kilkanaście minut było już po wszystkim. Ranny potwór nie miał szans obronić się przed zaciętymi atakami setki wyszkolonych rębajłów i uległ po chwili pod ich toporami, mieczami, halabardami i wszelkim innym żelastwem, od którego przyszło mu zginąć.
 
„Iluvatar” przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy. Roztrzaskane burty i część górnego pokładu. Jeden z masztów był ułamany tuż przy podstawie, a przez rozszczelniony kadłub sączyła się woda do ładowni. Tu i tam leżały rozrzucone w nieładzie trupy, a do morza spływała brunatno-czarna jucha topieja. Kapitan spoglądał na pobojowisko i ze zrozumieniem kiwał głową. Bosman z okrwawioną głową podszedł bezpośrednio do niego. Nigdzie w pobliżu nie było widać pierwszego oficera.
 - I co teraz, panie? – zapytał kłaniając się.
 - Jak to co? – odparł von Norn z uśmiechem. – Zrzućcie ścierwo do morza, a my wracamy do domu. Połów był udany.
 
Zabicie topieja (lub zatopienie „Iluvatara”) kończy właściwie scenariusz. Finałowa walka z topiejem jest raczej przesądzona na korzyść załogi fregaty, ale kto wie? Może w części z piratów odezwie się skrywane spaczenie? Może kapitan okaże się dotknięty skazą i poświęci dwustuosobową załogę potworowi? Opowieść można rozbudować o przypadki spotykające naszych BG podczas podróży, wszak trwa ona niemal trzy tygodnie, a w tak długim okresie czasu nietrudno o swary, szczególnie, że załoga nie zna się niemal wcale, a w dodatku reprezentuje różne narodowości i ideologie. Pamiętajcie tylko o jednym… Nigdy nie gwizdajcie na wodzie – ktoś może pomyśleć, że to topiej i tam wam złoi skórę, jak się tylko o was dowie, że długo nie usiądziecie na krześle, oj długo.
 
Autor: Michał „Wiewiór” Musiał
Redakcja: Hipiss

Informacje dodatkowe:
 

Komentarze:


 
02-09-2007, 21:36 | dudziak | Komentarzy w sumie: 427
Ależ ja nie przekreślam go od razu, prawdopodobnie nawet go poprowadzę. Myślę jednak, że Wiewiór tworząc przygodę dla wszystkich drużyn zrobił błąd, w myśl zasady: "Jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego". Gdyby wrzucił tu gotowe postaci dla graczy (kapitana czy bosmana właśnie) + wypełnił podróż masą różnych wydarzeń byłoby to coś naprawdę świetnego.

Bunt załogi kiedy BG to zwykłe trepy będzie nieco drętwy. Gracze staną po stronie, która będzie miała większe szansę i bez wyrzutów sumienia rzucą kapitana/wodza buntowników rekinom. Niby można tu pokombinować z zobowiązaniami w stosunku do kapitana, ale wybór, który dotyczy tylko i wyłącznie BNów to kicha nie wybór. W chwili kiedy to BG będą głównymi kandydatami do przeciągnięcia pod kilem i powieszenia bunt nabierze rumieńców.

Wiewiór miał świetny pomysł, ale moim zdaniem wykorzystał go tylko w połowie. Bo można z niego wyciągnąć znacznie, znacznie więcej.


 
02-09-2007, 10:51 | Hendley | Komentarzy w sumie: 266
Ależ dudziak, to trochę zależy od tego, jakich Bohaterów ma się do dyspozycji. "Scenariusz" w tej postaci umożliwia wprowadzenie w grę niemal każdej drużyny. Gdybyśmy zaś mieli BG, którzy mają przynajmniej predyspozycje do bycia żeglarzami, sprawa była by po prostu prostsza. Wspominasz o buncie załogi. A czy w chwili, gdy BG to szeregowi członkowie załogi bunt nie jest możliwy? Przecież każdy będzie starał się ich przeciągnąć na swoją stronę, Gracze staną wobec wyboru. Atak piratów - to samo, też jest możliwy przy takim stanie rzeczy. Sądzę więc, że podchodzisz nieco nazbyt krytycznie.


 
01-09-2007, 19:09 | dudziak | Komentarzy w sumie: 427
Pomysł świetny, tym bardziej, że większość drużyn rzadko zapuszcza się na morze, siedząc raczej na suchym lądzie. Duży plus za fabularyzowane wstawki, które naprawdę miło się czyta. Ale teraz może czas na krytykę. ;)

Z wykonaniem jest już gorzej, nie nazwałbym tego tekstu scenariuszem. To raczej szkic mówiący tylko dość oględnie co na początku i co na końcu. W dodatku piszesz, że walka z topiejem to finałowa scena i de facto najważniejsza część przygody. Tymczasem jego statystyk brak.

Dlaczego też robić z BG zawsze jakiś podrzędnych podwładnych. Scenariusz, gdzie bohaterowie graczy to kapitan, pierwszy oficer, bosman etc. byłby naprawdę ciekawy i stawiał masę możliwości na zahaczki podczas rejsu (bunt załogi, atak piratów itd.) No i sprawiłoby to, że finałowa walka naprawdę zależałaby od graczy, ich rozkazów. W obecnym układzie raczej nie wiele od nich zależy.

Ogólnie scenariusz mógł być naprawdę świetny i nawet nieco nowatorski (na tle innych do Warhammera), a tak jest tylko dostateczny.


 
01-09-2007, 12:53 | Wiewiór | Komentarzy w sumie: 942
Hehe, nie inaczej ;] Ja tam w ogóle jestem zwolennikiem sportu :D


 
01-09-2007, 12:26 | Islam Gerej III | Komentarzy w sumie: 111
"...Kapitanie Sparrow, ster lewo na burtę, prawo 0,5 tnij i po łuku!"
Jak wydałbyś to w wersji drukowanej to do każdego egzemplarza koniecznie 0,7 "łódki" Bols ma się rozumieć?



Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   

Witaj na stronie Komandorii Warhammera!
Jeśli chcesz przysłużyć się Cesarzowi, zgłoś się do dowódcy w celu zyskania kolejnych wskazówek!
Profil użytkownika
Pseudonim

Hasło

Zapisz login

Przypomnij hasło!
Rejestracja

Szukaj

Nowości w V-Sklepie




Na służbie:
Żołnierze: 0

Cywile: 23

Statystyki wizyt:
Wizyty: 3294474
Dziś gości: 44
Ten miesiąc: 6889
Rekord gości: 43842
Gości wczoraj: 319