Valkiria Network | V-Game | Gry komputerowe | Ogniem i Mieczem | Gry fabularne | Dzikie Pola | Neuroshima | Świat Mroku | Warhammer
Film | Star Wars | Literatura | Andrzej Pilipiuk | Jacek Komuda | Zmierzch | Komiks | Planszówki | Karcianki | Wędrowycz | Bitewniaki | II wojna światowa
Valkiria - Polub nas na Fejsie
  
Dwa fragmenty Battlefield 3: Rosjanin
 16-04-2012, 12:57
 Zgred
 4697 x przeczytano



Andy McNab & Peter Grimsdale
Battlefield 3
ROSJANIN
Przekład: Przemysław Bieliński

Moskwa, 2014
Część 1

Dima otworzył oczy. Przez chwilę nie wiedział, gdzie się znajduje, ani z jakiego powodu. Powiedzieli, że telefon może zadzwonić w każdej chwili. Było tuż po trzeciej. Głos Bułganowa był ochrypły ze zmęczenia. Poinformował Dimę, gdzie i kiedy. Zaczął objaśniać drogę, ale Dima mu przerwał.
– Wiem, gdzie to jest.
– Tylko nie spierdol sprawy, dobrze?
– Nie mam w zwyczaju. Dlatego mnie wynajęliście.
Rozłączył się.
Czwarta trzydzieści, głupia pora na wymianę dziewczyny na walizkę pieniędzy, ale to nie on tu decyduje. Pamiętaj: jesteś tylko kurierem – poinstruował go Bułganow, siląc się na spokój.
Dima zadzwonił do Krolla, powiedział mu, że za dwadzieścia minut. Wziął zimny prysznic; zmusił się, żeby nie wyskoczyć spod wody, dopóki nie spłucze z siebie ostatnich resztek snu. Wytarł się, ubrał, wypił red bulla. Ostatni raz sprawdził walizkę. Pieniądze wyglądały w porządku: amerykańskie dolary, pięć milionów, zawinięte w folię. Ceny za córki oligarchów poszły w górę. Bułganow chciał użyć fałszywek, ale Dima się sprzeciwił – żadnych sztuczek albo nici z układu. Przy jego majątku to były drobne, co nie powstrzymało go od próby wykiwania porywaczy. Jak się przekonał Dima, bogacze potrafą być bardzo wredni – zwłaszcza ci starzy, dawni Sowieci. Ale Czeczeni podali cenę. Kiedy pocztą przyszedł palec, Bułganow zmiękł.
Dima założył puchową kurtkę. Nie miał kamizelki kuloodpornej, nie widział sensu. Była dodatkowym ciężarem, a jeśli chcieliby go zabić, celowaliby w głowę. Nie brał też broni palnej ani noży. Przy takich wymianach najważniejsze było zaufanie.
Oddał w recepcji kartę-klucz. Ładna brunetka za biurkiem nie uśmiechnęła się, zerknęła tylko na torbę.
– Daleko pan jedzie?
– Mam nadzieję, że nie.
– Zapraszamy ponownie – powiedziała zupełnie bez przekonania.
Ulica, wciąż ciemna, była pusta, nie licząc zasp starego śniegu. Dima lubił śnieg w Moskwie, ale świeży, który wygładzał ostre krawędzie, zakrywał brud i śmieci, czasami pijaków. Ale teraz był kwiecień i zamarznięte resztki zalegały na chodnikach jak długie, kręte umocnienia; podobne uczono go sypać w szkole wojskowej. Wysokie, szare gmachy niknęły w nisko wiszących chmurach. Może zima wcale się jeszcze nie skończyła?
Zobaczył poobijane bmw, słabe światło reflektorów odbijało się od tafli lodu. Samochód z lekkim poślizgiem zatrzymał się przed Dimą. Wyglądał, jakby sklecono go z kawałków kilku niechętnych dawców – auto-frankenstein.
Kroll wyszczerzył wesoło zęby.
– Pomyślałem, że przypomni ci utraconą młodość.
– Którą jej część?
Dimie nie trzeba było niczego przypominać: gdy nie miał nic do roboty, zalewały go falami wspomnienia o dawnych czasach; dlatego właśnie robił, co w swojej mocy, żeby unikać bezczynnych chwil. Kroll wysiadł, otworzył bagażnik i wrzucił do niego torbę, a Dima usiadł za kierownicą. W środku zalatywało kiszoną kapustą i dymem. Trojki. Kroll nigdy nie zapaliłby marlboro, lubił ekstraporcję karcynogenów w rosyjskim tytoniu. Dima obejrzał się na podartą tylną kanapę: karimata, pudełka po fast foodzie i kałasznikow; wszystko, co niezbędne do życia.
Kroll wsiadł, zobaczył jego minę.
– Mieszkasz w tym pudle?
Kroll wzruszył ramionami.
– Wyrzuciła mnie.
– Znów? Myślałem, że dotarło to do ciebie już za pierwszym razem.
– Moi przodkowie żyli w jurtach; widzisz, robimy postępy.
Dima mówił, że to nomadzka, mongolska krew Krolla niszczyła jego życie rodzinne, ale obaj wiedzieli, że chodziło o coś więcej – o to, że Kroll przeżył zbyt wiele: za dużo widział, zbyt wielu zabił. Szkolenie Specnazu przygotowało ich do wszystkiego – poza normalnością.
Ruchem głowy wskazał tylny fotel.
– Wiesz, Katia ma swoje wymagania. Jak to zobaczy, to może postanowić zostać u porywaczy.
Wrzucił bieg i ruszyli; samochodem zarzuciło na lodowej brei.
Katia Bułganowa została wyciągnięta w biały dzień ze swojego cytrynowego maserati metalik, samochodu, który równie dobrze mógł mieć wytłoczone na masce: „Bierzcie mnie, mój tata jest bogaty!”. Ochroniarz dostał kulkę w łeb, zanim zdążył się zorientować, co się dzieje. Jeden ze świadków twierdził, że widział nastoletnią dziewczynę z kałasznikowem. Inny opisał dwóch mężczyzn w czerni. Tyle w temacie świadków. Dima nie współczuł przesadnie ani Katii, ani jej ojcu, ale Bułganow nie potrzebował współczucia, nie chciał też wyłącznie odzyskać córki. Chciał odzyskać córkę oraz zemścić się: „Wiadomość dla półświatka: ja się w tańcu nie pierdolę. A kto potrafi ją przekazać lepiej niż Dima Majakowski?”.
Bułganow też był w Specnazie, należał do pokolenia ludzi, którzy odsłużyli już swoje, a potem, w czasach prywatnej inicjatywy Jelcyna, poszli na własne. Dima nimi gardził, ale nie aż tak, jak tymi, którzy przyszli potem: szarymi, nudnymi mikromenadżerami. Kuszczen, jego ostatni szef, powiedział mu: „Źle to rozegrałeś, Dima. Trzeba było bardziej nad sobą panować”.
Dima nad sobą nie panował: podczas pierwszego przydziału, w Paryżu, jako student-szpieg w osiemdziesiątym pierwszym, odkrył, że dyrektor jego placówki zamierza przejść na stronę Brytyjczyków. Dima wziął sprawy w swoje ręce i dyrektora wyłowiono z Sekwany. Policja stwierdziła samobójstwo. Ale branie spraw w swoje ręce nie zawsze spotykało się z aprobatą. Wiele osób na górze uznało, że przedobrzył, i Dima trafił do Iranu, gdzie szkolił Gwardię Rewolucyjną. W Tebryzie, blisko azerskiej granicy, na jego zmianie dwaj rekruci zgwałcili córkę kazachskiego robotnika, wędrującego za pracą. Mieli zaledwie po siedemnaście lat, ale ich ofiara – o cztery mniej. Dima wyciągnął z łóżek cały oddział, żeby wszyscy zobaczyli, co się stanie; kazał im stanąć tak blisko, by widzieli twarze chłopaków. Każdemu po dwa strzały w skroń. Od tamtej pory jego oddział przodował w dyscyplinie. Później, w Afganistanie, w ostatnich miesiącach okupacji, był świadkiem, jak rosyjski żołnierz otworzył ogień do samochodu pełnego francuskich pielęgniarek. Bez powodu – spił się do nieprzytomności miejscowym świństwem. Dima wpakował kapralowi kulę w szyję, kiedy ten jeszcze strzelał; gdy upadał, pociski smugowe trafiały już tylko w niebo.
Może gdyby okazał większą powściągliwość, byłby jeszcze przynajmniej w Specnazie, w nagrodę za lata poświęcenia i bezwzględności trafiłby na jakąś cywilizowaną placówkę, gdzie mógłby wykorzystać swoją znajomość języków. Nie wspominając już o możliwości odzyskania odrobiny człowieczeństwa. Ale zdrada Salomona w dziewięćdziesiątym czwartym zniszczyła reputację Dimy. Ktoś musiał wziąć winę na siebie. Czy mógł to przewidzieć? Wtedy – nie. Teraz, patrząc z perspektywy czasu, być może. Jedyna pociecha – skończył z piciem, a to była jego najtrudniejsza misja.
Ulice o tej porze były prawie puste, tak jak całymi dniami w czasach jego dzieciństwa. W zalewie importowanych SUV-ów moskiewskie szerokie aleje straciły swój splendor. Na moście Krymskim zrobił się korek – buick staranował poobijaną ładę. Drzwi otwarte, dwóch krzyczących mężczyzn, jeden z łomem w ręku. W zasięgu wzroku ani jednego policjanta. Dwaj pijacy zataczali się po chodniku, zetknięci głowami jak syjamskie bliźnięta, nad nimi w mroźnym powietrzu unosiły się opary alkoholu. Kiedy dotarli do bmw, przystanęli i zaczęli się gapić. To byli ludzie z przeszłości; mieli pewnie najwyżej po pięćdziesiąt lat, ale ich twarze były tak zniszczone wódką i nędzną dietą, że wyglądali o wiele starzej. Sowieckie twarze. Dimę ogarnęło nagle nieprzyjemne poczucie braterstwa – nie żeby tamci o tym wiedzieli. Jeden z nich coś powiedział. Nie było go słychać przez szybę, ale Dima odczytał z ruchu ust: „Imigranci”.
Kroll postukał go w ramię; właśnie zmieniło się światło.
– A właściwie dokąd jedziemy?
Dima odpowiedział. Kroll prychnął.
– Nieźle. Mieszkańcy sprzedali szyby z okien, więc zarządca zabił je sklejką.
– Kapitalizm. Sami przedsiębiorcy.
Kroll go nie słuchał.
– Fakt, w Moskwie jest więcej miliarderów, niż w jakimkolwiek innym mieście na świecie. A dwadzieścia lat temu nie było tu nawet jednego milionera.
– Dziś może i jest ich wielu, ale raczej nie w tej okolicy.
Mijali rzędy identycznych bloków, pomników robotniczego raju, teraz zamieszkałych przez zaćpanych i umierających.
– Nagrobki na cmentarzu olbrzymów – powiedział Kroll.
– Daj sobie spokój z tą poezją, dla mnie to nieco za wcześnie.
Zaparkowali między wywróconą do góry kołami wołgą, leżącą na dachu niczym chrząszcz na grzbiecie, a mercedesem z wypalonym przedziałem pasażera. Bmw wpasowało się idealnie.
Wysiedli. Kroll otworzył bagażnik i sięgnął do środka. Dima go odsunął.
– Uważaj na kręgosłup.
Wyjął walizkę i postawił ją na kółkach.
– Spora waliza.
– Spora forsa.
Dima podał Krollowi telefon. Kroll klepnął się w ramię, gdzie w kaburze tkwiła baghira.
– Na pewno chcesz tam iść goły?
– Najprawdopodobniej mnie przeszukają. Poza tym im zaimponuję.
– Aha, chcesz zagrać twardziela. Trzeba było tak mówić od razu.
Popatrzyli po sobie spojrzeniem, które mówiło, że może być tym ostatnim.
– Dwadzieścia minut – powiedział Dima. – Jeśli dłużej, idziesz po mnie. (…)



Moskwa, 2014
Część 2

Winda nie działała, drzwi miała uchylone, między nimi tkwił zgnieciony wózek sklepowy. Dima schował wysuwaną rączkę walizki i podniósł bagaż. Na schodach śmierdziało szczynami. Nawet o tej porze cały budynek huczał od rapu i domowych awantur. Gdyby przyszło do wymiany ognia, nikt by nawet nie zwrócił na to uwagi. Minął go chłopiec, najwyżej dziesięcioletni, z płaskim grzbietem nosa i nalanymi policzkami, zdradzającymi alkoholowy zespół płodowy. Z kieszeni bluzy z kapturem wystawała mu kolba pistoletu, a na gołej, białej dłoni widniał tatuaż ze smokiem.
Chłopak przystanął, zerknął na torbę, potem na Dimę, zastanawiając się nad czymś. Oto kwiat postsowieckiej młodzieży, pomyślał Dima. Przyszło mu do głowy, że może jednak powinien był zabrać broń. Chłopiec, nie zmieniając wyrazu twarzy, poszedł dalej.
Metalowe drzwi do mieszkania zahuczały głucho, kiedy w nie załomotał. Nic. Załomotał raz jeszcze. W końcu uchyliły się na pół metra, ukazując lufy dwóch pistoletów, miejscowy odpowiednik wycieraczki z napisem „witaj”. Dima cofnął się, żeby tamci zobaczyli walizkę. Obaj mieli twarze zakryte kominiarkami. Odsunęli się, wpuszczając go do środka. W mieszkaniu było ciemno; świece na stole świeciły upiornym blaskiem. W suchym, gorącym powietrzu wisiał odór smażeniny i potu.
Jeden z mężczyzn przystawił Dimie pistolet do czoła, a drugi, niższy, obszukał go, przy okazji ściskając mu genitalia. Dima powstrzymał się całą siłą woli, żeby go nie kopnąć. Wysłał surowe polecenie swojej nodze, rozkazując jej pozostać na ziemi, a sam w tym czasie gromadził tyle informacji, ile tylko mógł. Niższy mężczyzna miał prawdopodobnie pod trzydziestkę, był leworęczny, utykał na lewą nogę, która wyginała się niezgrabnie, prawdopodobnie po zranieniu w podbrzusze albo biodro. Dobrze wiedzieć. Drugi, wyprostowany i wysoki, blisko dwumetrowy, wyglądał na młodszego i sprawniejszego, ale będąc terrorystą, źle się odżywiał i zaniedbał ćwiczeń. Widok ich twarzy bardzo by Dimie pomógł, ale w swoim zawodzie nauczył się oceniać charaktery po ruchach i mowie ciała. Maska była oznaką słabości, to jeszcze jedna przydatna wskazówka. A lekkie drżenie wycelowanego w niego pistoletu to wynik braku doświadczenia.
– Wystarczy.
Głos dobiegł z półmroku, z głębi pomieszczenia, po nim zaś rozległ się cichy, nowotworowy śmiech, z miejsca rozpoznawalny. Oczy Dimy przyzwyczaiły się do ciemności. Pokój był pusty, nie licząc niskiego stołu, na którym zauważył świece, pudełka po pizzy, trzy puste puszki po bałtice, dwa stare pistolety automatyczne APS Stieczkina i kilka zapasowych magazynków. Za stołem stała wielka, czerwona, plastikowa kanapa, wyglądająca, jakby trafiła tu z taniego burdelu.
– Postarzałeś się, Dima.
Kanapa zaskrzypiała. Wacaniew dźwignął się na nogi, pomagając sobie laską. Dima ledwie go poznał. Włosy miał siwe i potargane, lewą połowę twarzy pokrywały rozległe oparzenia; ucho prawie zniknęło pod błyszczącą, czerwoną blizną, sięgającą łukiem kącika ust. Wacaniew puścił laskę i rozłożył ramiona, rozstawiając sękate palce. Dima podszedł, dał się objąć. Wacaniew ucałował go w oba policzki, potem się odsunął.
– Niech ci się przyjrzę. – Szczerzył się szeroko, brakowało mu połowy górnych zębów.
– Przynajmniej spróbuj zachowywać się jak terrorysta. Mówisz jak moja babka.
– Masz zaczątki siwizny.
– Przynajmniej mam jeszcze wszystkie zęby i oboje uszu.
Wacaniew zarechotał i pokręcił głową; jego czarne oczy prawie schowały się w fałdach policzków. Dima widywał ludzi we wszystkich stadiach między życiem a śmiercią – Wacaniew wyglądał na bliższego tego drugiego. Westchnął przeciągle i przez chwilę znów byli towarzyszami, zjednoczonymi Sowietami, braćmi broni w walce o Wielką Sprawę.
– Historia nie była dla nas łaskawa, Dima. Wypijemy za dawne czasy?
Teatralnym gestem Wacaniew wskazał opróżnioną do połowy butelkę na stole.
– Ja już nie piję.
– Zdrajca.
Dima spojrzał w prawo i zobaczył dwa trupy – dwie kobiety na wpół przykryte dywanem – u tej, która jeszcze miała twarz, dostrzegł przesadny makijaż jak u lalki.
– Kto to?
– Poprzednie lokatorki. Zalegały z czynszem.
Wrócili do teraźniejszości. Wacaniew odsunął się i odsłonił skulony kłębek na kanapie.
– Pozwól, że przedstawię ci naszego gościa.
W Katii z najwyższym trudem można było rozpoznać dziewczynę ze zdjęć w kolorowych czasopismach, które pokazano Dimie. Zszargana bluza z kapturem praktycznie zakrywała jej twarz – niezdrowo plamistą, spuchniętą od płaczu i wyczerpania. Gałgan bandaża na lewym palcu wskazującym był szary, zwieńczony brązowoczerwoną plamą. Spojrzała pustymi oczami na Dimę, a on poczuł dziwne ukłucie żalu.
– Może wstać? Nie zamierzam jej nieść po tych schodach.
Wacaniew zerknął na dziewczynę.
– Chodzi i mówi, i może teraz ma lepsze pojęcie o tym, jak żyje druga połowa.
Katia skupiła wzrok na Dimie, po czym jej spojrzenie wolno przesunęło się na drzwi po lewej i wróciło na niego. Zapamiętał, żeby jej potem podziękować – jeśli miało być jakieś „potem”.
Wskazał walizkę. Chciał, żeby jak najszybciej zaczęli liczyć.
– Zrobiłeś się chciwy na starość, Wacaniew. A może to twoja emerytura?
Wacaniew popatrzył na pieniądze i z namysłem pokiwał głową.
– Tacy jak ja i ty, Dima, nie przechodzą na emeryturę. W przeciwnym razie co byś tu robił, w tej zapomnianej przez Boga i ludzi dziurze, o tak nieludzkiej porze?
Patrzyli na siebie przez chwilę, zniknęły dzielące ich lata. Wacaniew złapał Dimę za ramię.
– Dima, Dima! Musisz iść z duchem czasu. Świat się zmienia. Zapomnij o przeszłości, zapomnij nawet o teraźniejszości. To, co nadchodzi, wszystko zmieni. Uwierz mi.
Zakaszlał chrapliwie, ukazując puste dziąsła tam, gdzie kiedyś były zęby.
– Nadeszło to, co Amerykanie nazywają Końcem Czasów. Ale to nie to, co mają na myśli. Nie będzie tu żadnego Boga, to na pewno. Cztery litery: L, W, R, O. Pora odświeżyć swój farsi, przyjacielu.
Służyli razem w Iranie podczas wojny z Irakiem, jako towarzysze i rywale. Dima zorganizował uwolnienie Wacaniewa z rąk Irakijczyków, ale ci zdążyli wcześniej przetrącić mu kręgosłup i powyrywać paznokcie. Pozostawali ze sobą w kontakcie jeszcze po rozpadzie Związku Radzieckiego, ale Wacaniew zapadł się pod ziemię, kiedy Rosjanie zajęli Grozny. Teraz stali twarzą w twarz w mieszkaniu martwej dziwki, najemnik i terrorysta – przedstawiciele dwóch profesji, zyskujących rosnącą popularność.
Nagle Dima obrócił się. Dwaj w kominiarkach podskoczyli. Schylił się, rozpiął walizkę, a potem zamaszystym gestem cinkciarza pokazującego towar odrzucił wieko, odsłaniając równo ułożone dolary. Bułganow chciał je dostać z powrotem, ale to mogło być już zadanie dla Krolla. Kominiarki patrzyły z zachwytem. Dobrze, kolejne oznaki niewinności. Wacaniew nawet nie rzucił okiem.
– Nie przeliczysz?
Wacaniew zrobił urażoną minę.
– Uważasz, że nie ufam staremu towarzyszowi?
– To pieniądze Bułganowa, nie moje. Na twoim miejscu obejrzałbym każdy banknot. Z obu stron.
Wacaniew uśmiechnął się na ten żart i skinął głową na swoich chłopaków, którzy uklękli i zaczęli ochoczo wyciągać ciasno upakowane pliki. Atmosfera w pomieszczeniu trochę się rozluźniła. Dima zobaczył, że spod dywanu, którym przyrzucono martwe dziwki, wylała się ciemna plama.
Niższy Czeczen schował pistolet, ale drugi położył swój na podłodze obok siebie. Niecałe dwa metry od Dimy. Dima żałował, że nie wie, kto lub co jest w drugim pokoju, ale – teraz albo nigdy.
– Muszę się wysikać. Gdzie jest kibel?
Skoczył do przodu, jakby potykając się o stolik, który przewrócił się na bok. Upadł ciężko na młodszego mężczyznę. Ten złożył się wpół jak książka. Lądując, Dima sięgnął oburącz po pistolet na podłodze; jedną ręką namacał spust, drugą przeładował i, nie podnosząc broni, strzelił do wyższego, raniąc go w udo. Trafiony odskoczył w tył, wystawiając się lepiej na strzał. Nasada jego nosa eksplodowała krwawymi strzępami. Nie wyciągając pistoletu spod siebie, Dima strzelił w krocze mężczyzny, na którym leżał; poczuł szarpnięcie i tamten znieruchomiał. Natychmiast przetoczył się po otwartej walizce z pieniędzmi do kąta po przekątnej pokoju od otwartych drzwi. Obejrzał się i zobaczył, że kanapa jest pusta. Wacaniew zgiął się nad przewróconym stołem, próbował laską sięgnąć jeden z pistoletów. Dima stracił całą sekundę; resztki poczucia braterstwa powstrzymywały go od naciśnięcia spustu. W końcu opanował się i wpakował Wacaniewowi kulę w bark.
Katii nigdzie nie było widać. Musiała uciec do drugiego pokoju. Schowała się tam, czy została wciągnięta? Dima nie musiał długo czekać. Dziewczyna pojawiła się w drzwiach, z głową odchyloną do tyłu i twarzą ściągniętą w konwulsjach strachu. Tuż za nią – druga twarz, na wpół ukryta, jeszcze młodsza. Nie było wątpliwości, kto to: te same czarne oczy co u ojca, tyle że osadzone w ślicznej buzi porcelanowej lalki. Dima szybko skalkulował: córka Wacaniewa, Nisza, jego jedyne dziecko, urodzone przez ostatnią żonę, musiała mieć… szesnaście lat. Miała wybór, mogła polecieć do Ameryki z matką, wkrótce poszłaby na Harvard. Tymczasem była tutaj, wciągnięta w desperackie plany ojca. Dima zerknął na Wacaniewa; tamten patrzył szeroko otwartymi oczami na córkę, stojącą za pieniędzmi, których już nigdy nie dane będzie mu wydać.
Dima spojrzał Niszy w oczy. Chowała się za Katią, jedną ręką mocno trzymała zakładniczkę za włosy, drugą przystawiała jej do gardła nóż do chleba. Minęło pół sekundy. Dima już to przerabiał. Miewał cele młodsze niż Nisza. Ośmiolatek w północnym Afganistanie, trzymający kałasznikowa, jakby był z nim zrośnięty; dziewczynka, wyszkolona snajperka, wysłana, żeby zabić własnego ojca – informatora. Zapędził ją w kąt na dachu, budynek za nimi płonął, a on po raz ostatni spróbował ją nakłonić do zmiany stron. Ale ona jasno dała do zrozumienia, że brzydzi ją taki pomysł, i uparła się, że bez walki się nie podda.
Kolejne pół sekundy. Nie było tu żadnej alternatywy, żadnej możliwości perswazji czy negocjacji. Kiedyś jej ojciec był dla niego jak brat; Dima trzymał nawet Niszę na rękach, gdy była mała. Najlepsze, na co mogła liczyć, to że Dima nie ma już tak dobrego oka, jak kiedyś, i że trafi Katię, a wtedy wszyscy będą zbiegami.
Dima podniósł rękę. Przyszło mu to z ogromnym trudem, jakby walczył z jakimś podziemnym polem siłowym. Nisza stała trochę na lewo od Katii, z twarzą w połowie schowaną za swoją zakładniczką. Dima strzelił w bok, domyślił się, że Nisza wskoczy za swoją ludzką tarczę, a potem wystrzelił drugi raz na prawo od głowy Katii, trafiając Niszę w ruchu. Dziewczyna puściła zakładniczkę, która osunęła się w przód, sama zaś poleciała w tył, w ciemność. Dima posłał jeszcze jedną serię do drugiego pokoju, a potem, przeszedłszy przez chaos śmieci, szczątków i martwych ciał, wziął Katię na ręce.
W nagle zaległej ciszy usłyszał szybki oddech jednego z Czeczenów. Odwrócił się, gotowy posłać mu kulę, kiedy z zewnątrz dobiegło go szuranie czyichś nóg. Podniósł wzrok w chwili, gdy drzwi do mieszkania eksplodowały. Trzy lufy kałasznikowów, tuż za nimi trzy sylwetki: twarze zupełnie niepotrzebnie uczernione, nowe hełmy i kamizelki kuloodporne, nietknięte jeszcze żadną akcją. Antyterroryści wydziału bezpieczeństwa wewnętrznego, słynący z niekompetencji. Zamarli na widok tego, co zastali. Przez chwilę nikt się nie odzywał.
– Jest tam – powiedział Dima, wskazując Wacaniewa, ale nie odrywając wzroku od mężczyzn. Słyszał, jak Wacaniew próbuje wstać, jak ochryple szepcze: „Dima, Dima, nie pozwól im mnie zabrać”.
Jeden z antyterrorystów podszedł bliżej, opuszczając broń.
– Dima Majakowski, idziesz z nami.
– Z czyjego polecenia?
– Dyrektora Paliowa.
– Jestem aresztowany?
– Nie, jesteś umówiony.
– Mógłbym zgłosić się później? Jestem trochę zajęty.
W drzwiach za nimi pojawił się Kroll.
– Przepraszam, nie dałem rady cię uprzedzić. Mam zabrać towar?
Na słowo „towar” jeden z antyterrorystów utkwił wzrok w pieniądzach. Szturchnął drugiego, który zmierzył wzrokiem Katię jak część zdobyczy. Dima rąbnął go w twarz jego własną bronią. Drugi zastanawiał się właśnie, czy zaryzykować ciepłą posadkę za walizę pełną dolarów, więc Dima miał dość czasu, by wbić mu kolbę kałasznikowa w krocze.
Obejrzał się na Wacaniewa i skinął mu głową. Spojrzał na pozostałych.
– Jeszcze chwilę.
Obrócił się z powrotem do starego towarzysza i wpakował mu kulkę w głowę.

Informacje dodatkowe:
 

Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   



Witamy w serwisie II Wojna Światowa.

wwii.valkiria.net

* * *

Zapraszamy do zapoznania się z najnowszą aktualizacją serwisu II Wojna Światowa:

"Historia drugiej wojny światowej 1939-1945" - recenzja książki




Profil użytkownika
Pseudonim

Hasło

Zapisz login

Przypomnij hasło!
Rejestracja

Szukaj

Nowości w V-Sklepie



Czy zauważyłaś/eś zmianę w szybkości działania serwisu?

Tak. Działa znacznie szybciej.
8  Głosów (36%)
Tak. Jest OK.
3  Głosów (13%)
Nie. Działa tak samo.
2  Głosów (9%)
Nie. Działa wolniej.
4  Głosów (18%)
Nie mam zdania.
5  Głosów (22%)

Ankieta wygasła

Archiwalne

Na służbie:
Żołnierze: 0

Cywile: 26

Statystyki wizyt:
Wizyty: 2950931
Dziś gości: 80
Ten miesiąc: 4503
Rekord gości: 11493
Gości wczoraj: 260