Valkiria Network | V-Game | Gry komputerowe | Ogniem i Mieczem | Gry fabularne | Dzikie Pola | Neuroshima | Świat Mroku | Warhammer
Film | Star Wars | Literatura | Andrzej Pilipiuk | Jacek Komuda | Zmierzch | Komiks | Planszówki | Karcianki | Wędrowycz | Bitewniaki | II wojna światowa
  
Children of Destruction - scenariusz
 06-12-2009, 02:10
 Narmo
 8204 x przeczytano

Open the gate, czyli słowem wstępu

Poniższa przygoda nie jest skomplikowana ani bardzo wymyślna, jednak przynosi więcej pytań niż odpowiedzi. I taka miała być w sumie jej rola. Efekt częściowo zamierzony. Oto nasi kochani gracze otrą się o coś, co samo w sobie trudne będzie do zdefiniowania. Gdzie na pytania nikt nie odpowie, a jeśli już koniecznie będą chcieli otrzymać odpowiedź to sami będą musieli jej sobie udzielić. I przyniesie ona kolejne pytania.

Żeby nie męczyć – przedstawienie czas zacząć!

Droga szeroka, asfalt dziurawy

Jadą sobie nasi kochani gracze jakąś zapomnianą asfaltówką ciągnącą się po horyzont. Niebo bezchmurne, a droga, jak na neuroshimowe standardy w całkiem niezłym stanie. Chłodno, wokół pusto, czasem tylko jakieś skarłowaciałe zielsko. Gdzieś w dali majaczą skały i wzniesienia. Cicho i spokojnie. Sielanka. No dobra, koniec tego dobrego. Ni z tego, ni z owego przed naszymi milusińskimi zmaterializowało się kilku patałachów siedzących na zdezelowanych motorach i zagradzających drogę. Po kilku sekundach ruszają i zdaje się, mają zamiar pobawić się w kurczaka. Do chcącego się zaprzyjaźnić ołowiu uśmiechają się serdecznie. Zdaje się, że się czego naćpali, bo jakoś nie zauważają, że oberwali. Poza tym wyciągnęli własne klamki i ostro sieją. Nagle przerywają zabawę i dają ostro po hamulcach. Jak na komendę odwracają łebki i fiu, został tylko kurz. Jeszcze można było zauważyć, że na pleckach jeansowych kurtałek mają ten sam znaczek. Na maszynach przybyło naszym graczom trochę dziur ewentualnie zadrapań, oni sami też raczej w całości (w końcu to dopiero początek). Także jedziemy sobie dalej drużką…

Bunkier

Wracamy do sielanki. Co prawda nasze zwierzaczki raczej nie wpadną już w rozprężenie, ale to tylko ich strata. Po dłuższym czy krótszym czasie okaże się, że przypałętali się w odpowiednią okolicę i łaskawie zauważą wysoki na kilka metrów ziemny wał. Usypanej gleby jest spory odcinek i im bliżej podjeżdżają tym trudniej powiedzieć po ki cholerę. Nowe zjawisko zapewne będzie miało odpowiednią siłę magnesu, zwłaszcza, że po drodze. Wał, jak wał, kupa ziemi. Ale od strony asfaltu ciekawostka, bo żelazna, solidna brama, a na niej ktoś coś nabazgrał. Zanim jednak wydukają co za treść ów napis zawiera, przywitają ich wesoło połyskujące w słońcu lufy snajperek. Tak na oko z dwadzieścia. A wracając do literek, składają się one w dwa słowa: BAR BUNKIER. Zachrypnięty głos ogłasza, że mogą jechać dalej i nikt im nie przeszkodzi, lub wstąpić na drinka, po uprzednim oddaniu broni. Milusińscy niech się namyślają, w końcu od czegoś są szare komórki, a w tym czasie z naprzeciwka nadjeżdża paru gości i laska. Podjeżdżają wprost pod bramę, bez mrugnięcia ładują broń do wora i brama staje dla nich otworem. A na podwórku daje się zauważyć dużo więcej wielośladów.

Już, namyślili się? To jazda do środka.

Puk, puk, a w środku kto?

Miejsca dla jedynych maszynek, którym mogą zaufać są już wyznaczone. Miły mruk o postawie gladiatora prowadzi ich między różnej maści samochodami i jednośladami. Parking się kończy, teren obniża. Z ziemi wyrastają betonowe ściany i łagodnym (i też sporym) łukiem zamykają się nad wejściem do wielgachnego bunkra. Na dobrą sprawę wał prawie przylega do jego ścian, a dach nie wystaje wyżej niż 1,5m nad poziom gruntu. Przy małych stalowych drzwiach zostają ponownie obszukani i poinstruowani. Jak wszędzie, tak i tu są jakieś zasady, a myśleli, że nie? A oto część z udzielonego im wykładu: w barze obowiązuje zakaz handlowania, urządzania burd, zabijania homarów, wprowadzania niewolników, rzucania czymkolwiek w członków zespołu itp. Inaczej – ma być spokój, bo korbaczem przez łeb. Dosyć ględzenia, wąski korytarz, następne drzwi i są w środku. Wnętrze słabo oświetlone jakimiś fosforyzującymi płytami przyczepionymi do sufitu. Pełno dymu i ludzi, wśród których uwijają się chude postacie mutantów roznoszących drinki. Bar, w głębi coś na podobieństwo sceny. Full wypas, jeszcze tylko kelnerów i burdelu brakuje. No, panowie, czas się rozsiąść, zamówić drinka, coś do żarcia i poprzyglądać się przybyłym lasencjom, zgrabnie kręcącym tyłkiem.

Ludzie, koncerty – impra na całego

Nasze stworki popijają czarne drinki o delikatnym metalicznym posmaku i chcąc nie chcąc słuchają plotek. I jak wielkie jest ich zdziwienie, gdy okazuje się, że właśnie dziś koncertuje znany w okolicy „Last Decsendants”? Robi się tłoczno i wychodzi na to, że właśnie z tego powodu. Niektórym się nudzi, co? Ciekawe co to za potomkowie, co ściągają takie tłumy. Jakby nie było, w pewnym momencie do Bunkra włazi gostek w skórzanych spodniach i długim płaszczyku, wysokich glanach, pod spodem widać gładki t-shirt, a wszystko czarne, zakurzone, wytarte i poznaczone śladami po ołowiu. Nic w tym nie byłoby dziwnego, gdyby nie zawieszony na plecach miecz, czy może raczej katana. Naszym milusińskim nie pozwolono wnieść szmelcu, więc chyba zdziwieni. Facet staje przy zajętym stoliku pod ścianą i stuka palcem w blat. Byk co siedział, za warknięcie, że zajęte i spierdalać, dostaje kopa i ląduje na sąsiednim stoliku. Nagle materializuje się kilku stróżów z pałkami i powstrzymuje wywalonego patałacha przed rzuceniem się na czarnowłosego, który już zdążył się rozsiąść. Pałki szczególnie pomagają przy tym przekonywaniu. Zaraz pojawia się też barman niosąc drinka: „Wybacz Black, małe nieporozumienie... Nie spodziewaliśmy się Ciebie...” Ten nawet nie odpowiada skinięciem.

Wśród tłumu przechodzi szmer i uwaga naszych zwierzątek zwraca się ku scenie. Zza drucianej siatki widać wchodzących muzyków. Podpinają sprzęt i po chwili słychać pierwsze akordy ze wzmacniaczy. Ciekawe skąd mają na to prąd, co? Cóż, czasem lepiej nie wściubiać nosa tam gdzie nas nie zapraszają. Misiaczki ogarnia fala rozentuzjazmowanych ludzisków i pierwsze takty jakiegoś blackmetalowego hymnu. To co, szaraczki, przyłączacie się do zabawy?

Crack, crash, czyli kto u drzwi

Miłą zabawę przerywa odgłos wybuchu na zewnątrz. W zaległej ciszy słychać przytłumione dźwięki serii. Wszyscy cisną się do wyjścia i natychmiast przyklękają za najbliżej stojącymi pojazdami. Wszędzie wesoło pogwizduje ołów, a za szczątkami bramy widać kilkanaście przemykających motocykli. Strażnicy nie szczędzą kul, ale tamci nie gorsi. Napastnicy noszą jeansowe ubranka i nie przejmują się, że się krwią ubrudzi. Naszywki na kurtałkach te same, co spotkanych po drodze patałachów. Po chwili zbierają się zostawiając kilka trupów, a kilku mruków z obsługi Bunkra zagania klientelę do środka. Wszyscy złorzeczą na jakiegoś Trash’a i jego Children of The Mass Destruction. Jak się można dowiedzieć, nie szczególnie dużo wypytując, jest to miejscowy gang pojebów raz na czas urządzający sobie właśnie tego typu zabawę. Szefem jest niejaki Trash, który podobno gustuje w ludzkim mięsie. Poza tym jego dzieciaczki znane są z tego, że trudno je ukatrupić. No i trochę ludzisków już się wyprawiło, żeby się ich pozbyć, ale jak widać się nie udało.

Ze sceny zniknęli wioślarze, więc po koncercie. Część gości rozsiadła się ponownie przy stolikach, reszta zaczęła tłoczyć się przy wyjściu, przez które właśnie zostali wepchnięci do środka, a bałagan sprzątają homary. Widać mutki czasem się przydają. Obsługa baru powoli wypuszcza zdenerwowanych klientów i oddaje wszystkie rzeczy. Można też przenocować w obrębie ziemnego wału, ale oczywiście bez broni. Gracze niech się decydują. Ich maszynom nic nie jest. Nie przybyła ani jedna dodatkowa rysa. W sumie atak Children of The Mass Destruction poważnie uszkodził trzy motocykle i samochód stojące zaraz przy wjeździe. Panowie gracze, czas spać. A gdzie, to już sami pomyślcie.

Czarno-biały świat

Zapierdalamy sobie dalej asfaltówką razem z graczami? Bar Bunkier został już dawno za nami, droga zaczyna się wić wokół wystających skał i nasze szczerze zdziwione zwierzaczki widzą świeżo przejechanego kitchina. Zresztą zza skały słychać również wściekłe powarkiwania kilku silników. Krótki wgląd w sytuację pozwala zauważyć piątkę z Children of The Mass Destruction krążącą wokół ubranego na czarno, wysokiego gościa i leżącego niedaleko harley’a. W długopiórym facecie rozpoznają poznanego poprzedniego dnia Black’a. Nad ramieniem wystaje mu rękojeść katany. Jeden z krążących Childrenów właśnie zamierza przywalić mu łomem od tyłu po kolanach i zaczyna się zabawa. Jak to przedstawisz to już twoja sprawa, ważny jest efekt. Bo po czasie krótszym niż minuta, wszystkie Childreniki leżą w szybko powiększających się kałużach krwi, a Black stoi chwilę bez ruchu. Wyciąga Glock’a i strzela dodatkowo każdemu w łeb. Chowa miecz, podnosi swój motocykl i pierdoląc wszystko odjeżdża. Miło, że zostawił naszym milusińskim trupy do obdarcia, co?

No i znowu sobie popierdalamy. Znów chwila spokoju. Chmurki na niebie, cicho, w miarę jasno, jak zawsze ostatnimi czasy chłodno. Na horyzoncie jakieś skały i kilka sparszywiałych drzew. Luz, blues i rodzynki. I jeszcze w oddali majaczą jakieś zabudowania. Fabryka, czy co? Tak, czy siak daleko od drogi, więc nie wiem czy milusińskim będzie się chciało ruszyć tam dupy. Jak już se tak stoją, wywalają gały i zastanawiają czy się ruszyć, spada na nich kilka drobnych, podobnych do popiołu płatków. Wtem ogarnia ich burza. Tornado jak zwykle w tej okolicy przyszło niespodziewanie.

Okruchy przeszłości

Gracze spokojnie jadą sobie nowiutką asfaltówką otoczeni przez pół setki motocyklistów i kilka samochodów. Maszynki świecą czystością, ani jednej rysy. Ludziska wokół poubierani w jeans, na koszulkach da się odczytać KREATOR, SEPULTURA, czy DEATH. Broni nikt nie trzyma na widoku. Zresztą nasze zwierzaczki ubrane są tak samo. Wokół drogi stoją rozsypujące się budy. Wszystko otoczone przesyconymi zielenią chwastami, zdrowe drzewa są wysokie i rozłożyste. Kolumna skręca w boczną uliczkę. Ludzie umykają z przestrachem im z drogi, psy obszczekują z daleka. Po kilku minutach wszyscy wjeżdżają na plac obstawiony jakimiś kontenerami. Na środku ktoś pozostawił jeden, wokół którego zatrzymała się podobna liczebnie kolumna. Ciemnowłosi piórarze w długich płaszczach trzymają pod siodłem mruczące wściekle maszyny. Na tle tej czarnej masy widać tylko blade, zacięte twarze. Kolumna staje przed nimi. Niski, postawny blondyn jadący dotychczas na czele grupy, wśród której znaleźli się nasi milusińscy zsiadł ze swego srebrnego jednośladu. Na jego spotkanie z naprzeciwka wychodzi wysoki gostek w długim czarnym płaszczu, do złudzenia przypominający Black’a. Właściwie niczym się od niego nie różni. Jego przeciwnik jest prawie o głowę niższy, a jasne włoski ma tak przycięte, że tworzą płaską powierzchnie na szczycie głowy. Oboje patrzą przez chwilę po sobie, aż Black ruchem głowy wskazuje kontener. Z pomocą przybocznych włażą na niego. Najpierw cicho, potem coraz głośniej skandowane są dwa imiona: Black i Trash. Obaj stoją naprzeciwko siebie. Trash’owi otwiera się w ręce nóż i z szybkością błyskawicy atakuje przeciwnika. W dłoni Black’a również pojawia się krótkie ostrze i rozpoczyna się pojedynek. Szczegóły pozostawiam tobie. Walka ma być zaciekła i trwać kilkanaście minut, wśród wściekłego aplauzu zgromadzonych, a nasze zwierzaczki nie mają innego wyjścia, jak się przyglądać i ewentualnie też dopingować. W pewnym momencie na dachu kontenera ląduje katana, a kawałek dalej jakaś klamka. Black łapie miecz, a Trash rzuca się po pistolet, ślizgiem pokonuje odległość dzielącą go od broni i celuje w stojącego już nad nim przeciwnika. Wszystko ogarnia nagły gorący podmuch i oślepiające światło.

Mass Destruction

W powietrzu wciąż wibruje huk wystrzału. Gracze patrzą w kierunku kontenera. Trash leży na plecach, jego broń przyciśnięta jest do piersi Black’a, który opiera się rękojeści miecza wbitego w przeciwnika. Ponieważ nasze zwierzaczki są bardzo spostrzegawcze, zauważają, że wszystko z powrotem stało się szare, zniszczone i bez życia. Otacza ich trzydziestka motocyklistów wpatrzonych w rozstrzygnięcie walki i na pierwszy rzut oka widać, że są członkami Children of The Mass Destruction. Nasi milusińscy wraz z kilkoma innymi gośćmi, są przywiązani do pali stojących na obrzeżu placu, a dłonie mają wysoko nad głową przybite do drewna wielkimi nożami. Nie ma jak obudzić z Tornadowego snu i poczuć blues’a, hm? Wśród członków gangu rozpoczyna się zamieszanie i kule zaczynają sobie wesoło świstać dookoła. Po chwili okazuje się, że zabłąkana maszynka Molocha wpadła na prywatkę bez zaproszenia. Łowca tnie swoimi odnóżami wszystko w zasięgu. Pół minuty później zostaje wyłączony z gry, a połowa childrenów dogorywa.

Self Destruction

Rozlegają się kolejne strzały, tym razem z wysokości kontenera. To okrwawiony Black sieje ze swojego Glock’a i odebranej Trash’owi klamki. Children of The Mass Destruction padają jak muchy. Nie wstrzymując ognia zeskakuje na ziemię i powoli obracając się dookoła dobija tych, co jeszcze trzymają pion. Poza tym dostał jeszcze kilka razy, lecz się nie przewrócił. Zadziwiające, co? Słaniając się lekko zmierza w kierunku naszych misiaczków. Opiera się na piersi jednego i zaczyna mu coś podchodzić do gardła. Zwierzaczek zapewne myśli, czy nie ma przypadkiem zamiaru puścić na niego pawia, lecz nasz długowłosy przyjaciel pluje czymś na ziemię. Coś brzdęknęło metalicznie, bo oprócz śliny, śladowej ilości krwi z jego ust wyleciał tylko ołów, którym go nafaszerowano. Black odrzuca zdobyczną broń, chowa swoją i wyciąga nóż z dłoni gracza, o którego się oparł. Tym samym ostrzem rozcina więzy. Wciska krótką broń w dłoń uwolnionego, wskazuje na pozostałych milusińskich. „I’m a Child of Self Destruction” – mówi – “so safe yourself and run away.” Odwraca się do nich plecami i staje między nimi a ścierwami gangerów. Od strony kontenera dolatuje ich szyderczy śmiech Trash’a, który trzyma w ręku poplamioną krwią katanę. Black z powrotem wyciąga swego Glock’a. Trupy childrenów, którym nic nie rozwaliło łba, zaczynają poruszać się słabo. Wydają przy tym odgłos przypominający śmiech. Black zaczyna strzelać...

Zdaje się, że nasi kochani gracze już siebie uwolnili. Chyba nie będą tu czekać deseru? Żelazna brama leży niedaleko, a na zewnątrz widać ich porzucone pojazdy. Oprócz tego, że przybyło im kilkanaście wgnieceń i rys, są całości i zdatne do użytku. To sajonara i miło nam było. Wokół chłodno, pusto, martwo, wszystko przykryte cienką, czarną warstwą tornada, a z tyłu dobiega odgłos wystrzałów.

Exit from hell

Jeszcze słówko o muzie. Moja propozycja: przy „okruchach” moim skromnym zdaniem idealny byłby kawałek Nine Inch Nails „Pilgrimage”, a potem już do końca „After” Riverside’u. Reszta według uznania.

I to by było na tyle. Przyznaj PDki wedle woli. Gracze wiedzą mniej niż na początku i w sumie dopiero teraz mają czas na myślenie. Jak się okazuje, nie wszystko jest jasne i klarowne. Z mojej strony to wszystko, lecz zawsze możesz poprowadzić to dalej. Może zwierzaczki się jednak czegoś dowiedzą? Chociażby skąd wziął się Bunkier, Trash i Black? Albo wykorzystasz ten scenariusz zupełnie inaczej. Tak, czy inaczej, życzę miłej zabawy.

Redakcja: Hendley


Informacje dodatkowe:
 

Komentarze:


 
15-12-2009, 01:19 | Guaranga | Komentarzy w sumie: 172
No mi sie podobaja takie otwarte scenarjusze :) Pozwolil bym cos graczom jednak namieszac, lepiej sie wtedy czuja... zwierzaczki :P


 
09-12-2009, 11:17 | Marlon | Komentarzy w sumie: 10
No nie jest to scenariusz dla graczy, których trzeba prowadzić za rączkę, bo opowie się historię w godzinkę i klops. Ale jak są dociekliwi i lubią się wchrzanić gdzie ich nie chcą - a tacy powinni być ;) to będzie gites. A i system chyba umowny, bo można to pociągnąć w każdym jaki mi przychodzi do głowy.


 
08-12-2009, 19:22 | Hendley | Komentarzy w sumie: 266
Przestań szerzyć defetyzm ;) Przecież wiesz jak to działa - i tak nic nie wydarzy się, dopóki gracze gdzieś nie pójdą i czegoś nie triggerują. Zawsze też pojawi się coś nowego, jeśli gracze dostatecznie długo podrążą jakiś temat. Więc myślę, że wszystko ma ręce i nogi - jest historia, pytanie tylko jak się w niej odnajdą gracze.


 
07-12-2009, 00:38 | Q-big | Komentarzy w sumie: 57
Pytanie jak wyjdzie przygoda, w której gracze nie dość, że nie są istotnymi postaciami, to jeszcze de facto nie biorą w niej udziału. I ile za to expa rozdać.


 
06-12-2009, 14:39 | XeroBoy | Komentarzy w sumie: 1286
O Jezu, diabeł :)



Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   

Witamy w Bunkrze - stronie poświęconej Neuroshimie. Prosimy o opanowanie i stosowanie się do zaleceń obsługi Bunkra - od tego zależy Wasze bezpieczeństwo.

***
 
Pamiętaj! Bunkier wciąż potrzebuje nowych ludzi! Ludzi zdolnych, zdecydowanych i wytrwałych! To możesz być właśnie Ty!

***
 
Dowództwo Bunkra przypomina o nieustającej potrzebie wyrażania konstruktywnych opinii za pośrednictwem Komentarzy.
Profil użytkownika
Pseudonim

Hasło

Zapisz login

Przypomnij hasło!
Rejestracja

Szukaj

Nowości w V-Sklepie