Valkiria Network | V-Game | Gry komputerowe | Ogniem i Mieczem | Gry fabularne | Dzikie Pola | Neuroshima | Świat Mroku | Warhammer
Film | Star Wars | Literatura | Andrzej Pilipiuk | Jacek Komuda | Zmierzch | Komiks | Planszówki | Karcianki | Wędrowycz | Bitewniaki | II wojna światowa
  
Smokobójca - opowiadanie
 18-05-2009, 11:10
 Q-big
 5951 x przeczytano

To nie był mój dzień.

Przebiegłem na drugą stronę korytarza. Schody na górę, a właściwie to, co z nich zostało, wyglądały nadzwyczaj obiecująco. Kiedy byłem w połowie drogi, padły pierwsze strzały. (Czyli obrócenie wieżyczki o 45 stopni zajęło mu około trzech sekund. Informacja warta zapamiętania.) Wpadłem za zawaloną płytę schodów i natychmiast usłyszałem kule trafiające w beton. W sumie poszły we mnie dwie, trzystrzałowe serie (najwyraźniej przerobiony karabinek szturmowy). Sześć kul wylądowało w ścianie. Sześć kul mniej w magazynku. Sześć punktów za tym, że jednak wyjdę z tego cało.

Usiadłem za osłoną i roztarłem łydkę. Mój efektywny skok skończył się kolejnym siniakiem. Następnym razem kupię sobie jakieś ochraniacze. Nasłuchiwałem jeszcze przez chwilę. Nie padło więcej strzałów. Nie słychać było też stukania ani charakterystycznego „bzt”, więc nie zbliżał się. Pewnie uznał, że najlepszym rozwiązaniem będzie zaczajenie się i czekanie aż wychylę głowę. Cwaniak. Nie ma tego złego, przynajmniej dał mi chwilę na złapanie oddechu i przemyślenie sytuacji, która, mówiąc oględnie, była tragiczna. Jak ja się w ogóle dałem w to wrobić? „Prosta akcja ratunkowa”. „Chyba zagnieździła się tam jakaś maszynka”. Nikt mi nie powiedział, że „maszynka” ma dwa metry wysokości.

Jak dotąd nie szło mi najlepiej. Obtarłem sobie kolano, zużyłem dwie pary drzwi (pomysł z tarczą był niezły, ale do czasu) i wywaliłem w pustkę cztery kule. Zahaczyłem torbą o jakiś pręt zbrojeniowy i musiałem ją zostawić w hallu, żeby ratować skórę. Po drodze zarobiła dwie kulki i po trzasku jaki usłyszałem, wnioskuję, że z lornetką mogę się już pożegnać. Oprócz tego, jak zleciałem z półpiętra, zgubiłem Simonova, który teraz leżał gdzieś pod kontuarem w recepcji. Z dobrych wieści, odstrzeliłem strażnikowi radiostację, więc była spora szansa, że nikt (ani nic) nie będzie nam przeszkadzał. Podsumowując, byłem w ciężkiej dupie.    

Cóż, skoro znalazłem chwilę na odsapnięcie i nic nie wskazywało, aby mój oponent tą chwilę miał przerwać, mogłem w końcu przestać biegać w kółko jak idiota i podejść do sprawy jak profesjonalista. Fakt, początek miałem kiepski, ale jak to mówią, artysty nie poznaje się po tym jak zaczyna, tylko jak kończy. Przeważenie szali na moją stronę wymagało (jak zwykle podczas walki z maszynami) podziału starcia na trzy fazy:                 
1: rozpoznanie,
2: osłabienie,
3: dobicie.
Punkt pierwszy miałem już po części za sobą. Jego główną broń stanowiła niewielka wieżyczka z dwoma pistoletami maszynowymi. Była to akurat niezła wiadomość, zważywszy, że dziewięciomilimetrowe kule były za słabe na mój kevlar. Oprócz tego, groziły mi dwa karabiny szturmowe 5,56 zamontowane u frontu, z których, z jakiegoś powodu póki co, nie korzystał. O broni bezpośredniej informacji brak. Na tym niestety moja wiedza się kończyła. Należało teraz przede wszystkim zorientować się, w jaki sposób maszyna postrzega świat, czyli zidentyfikować czujniki. 

Od razu zabrałem się za robotę. Stary numer z kamieniem. Oczywiście nie liczyłem, że od razu maszyna zacznie do niego strzelać. Takie sytuacje zdarzają się tylko w durnych bajkach samozwańczych „ekspertów”. Pewne było natomiast, że niewielka część uwagi zostanie przekazana na zbadanie nagłego źródła ruchu. To dawało mi odrobinkę czasu. Plan był taki:
1: wychylić się;
2: schować się zanim zrobi mi z japy dżem;
3: przeanalizować wszystko co wpadłoby mi w oko po drodze.
Wziąłem oddech, policzyłem do trzech, rzuciłem kamień, wystawiłem łeb i niemal natychmiast cofnąłem go z powrotem. Przeciwnik posłał za mną trzy kule, dając mi do zrozumienia, że schowałem się w samą porę (to już w sumie dziewięć). Wszystko to trwało może z pół sekundy. Zadziwiające jak wiele się w tym czasie dowiedziałem. Po pierwsze – czas reakcji. Jakkolwiek paradoksalnie by to brzmiało, nie był jakiś miażdżąco szybki. Po drugie - tryb ognia. Za każdym razem, gdy mnie namierzał, wylatywały trzy pociski z jednej z luf. Nigdy mniej, nigdy więcej i nigdy z dwóch naraz. Już kiedyś miałem z czymś takim przyjemność. Jeden system kierowania ogniem, który był w stanie obsłużyć tylko jedną broń w jednym momencie. Gdybym miał kogoś do pomocy, byłoby już praktycznie po walce. Po trzecie, wizję i dosyć sporą bazę danych, skoro mój kamyk nie odniósł skutku. No i po czwarte termowizja, skoro cały czas byłem namierzony. Tyle póki co mi wystarczyło. Faza druga - osłabienie. Cały czas, kurczowo ściskałem M4. Kaliber za słaby na wartownika jako takiego, ale wystarczający na jego zmysły. Najważniejszy był, póki co, właśnie detektor ciepła. Gdybym się go pozbył, musiałby za każdym razem namierzać mnie na nowo wizją, co dałoby mi cenną sekundę. W tej robocie, każda sekunda jest cenna.  

Odruchowo sięgnąłem do torby po flarę. Dopiero potem przypomniałem sobie, że wisi ona gdzieś w przedsionku. Musiała mi więc wystarczyć zapalniczka i kawałek mojej koszuli. Uporałem się w ciągu chwili. Kulka szmaty, nawilżona jakąś łatwopalną substancją i podpalona, rzucona gdzieś w kąt wystarczy, aby na chwilę rozproszyć wykrywacze ciepła. Na chwilę. Na przycelowanie i strzał wystarczy. Było tylko jedno „ale”. Na taki numer dało się nabrać każdego wartownika tylko raz. Potem komputery zapamiętują, że mały nagły ruch niedużego, ciepłego obiektu, to pułapka. Czyli miałem jeden strzał. Jeśli bym spudłował, walka dobiegłaby końca. Na ułamek sekundy przed wychyleniem się, kiedy palący się kawałek mojej koszuli szybował przez główny hol, naszła mnie niepokojąca myśl. Jeśli już kiedyś ktoś próbował tej sztuczki? To oznaczałoby koniec dla mnie i dla dziewczynki, którą miałem uratować. Oparcie broni, uspokojenie oddechu, strzał. Nie widziałem czy trafiłem. Nie miałem czasu. Kolejna seria oznaczyła miejsce, gdzie przed chwilką leżałem. (Dwanaście). Teraz czekała mnie chwila niepewności. I to dłuższa. Jeśli trafiłem, wartownik będzie analizował szkodę i próbował skontaktować się z najbliższym inżynierem (co oczywiście, z racji zniszczonej radiostacji, będzie niemożliwe). Trzykrotna próba i przełączenie systemu wykrywania ruchu jako głównego zajmie mu 4 minuty. Przez ten czas, wydajność, a co za tym idzie sprawność bojowa wzrośnie do 135%. Spali przez to kawał baterii, ale mi uniemożliwi jakiekolwiek działanie. Byłem więc zmuszony siedzieć za moją twierdzą (czyli zawalonym spocznikiem schodów) przez najbliższe cztery minuty. Przerwa w meczu. Ułożyłem się wygodniej i wyciągnąłem papierosa z paczki Marlboro. Ostrzeżenie o szkodliwości palenia, wyglądało jak kiepski żart. Spojrzałem na zapalniczkę. Całą benzyną nasączyłem szmatkę, która teraz jeszcze się gdzieś tam tliła. Wyciągnąłem z kieszeni drugą zapalniczkę. Spróbowałem zapalić. Kamień nie nadawał się do niczego. Kurwa. Oparłem ręce o kolana i odchyliłem głowę, aby popatrzeć w niebo przez dziury w suficie. W ustach dalej trzymałem wyjętego z paczki fajka. To zdecydowanie nie był mój dzień.  

Cztery minuty minęły. Potem kolejne dwie. Siedziałem bez ruchu nie myśląc o niczym. Byłem głodny. Miałem już dość tego pojedynku. Popełniłem zbyt wiele błędów i tak naprawdę powinienem zrobić to, co robiłem zawsze, gdy szala była po stronie Molocha. Na chwilę się wycofać. Oddać bitwę, by wrócić za pół godziny z wyczyszczoną bronią, zapasem amunicji i dobrym planem. Ale teraz nie mogłem odejść. Ta buda w każdej chwili mogła się zawalić, a kwestią kilku minut było dla wartownika znalezienie dziewczyny, gdyby główny cel wyszedł poza zasięg. Tak to się zawsze kończy jak kilku kretynów uznaje, że sami sobie poradzą, a potem wzywają Zabójcę, żeby naprawiał ich błędy. Zniszczony budynek, obudzona maszyna w pełnej gotowości i bezbronne dziecko, które może zginąć od zabłąkanej kuli. To zabawne, że na Froncie nigdy nie byłem w tak przegranej sytuacji. Wziąłem kilka głębokich oddechów i ruszyłem.  

Przeczołgałem się najdalej jak się dało. Potem trzeba było biec. Trzy sekundy na obrót wieżyczki, sekunda na namierzenie za pomocą wizji. Dla samozwańczego awanturnika nie starczy to nawet na modlitwę. Żołnierz zdąży oddać strzał i schować się za osłonę. Dla Zabójcy Maszyn to wystarczający czas, aby wbiec po schodach na piętro, złożyć się do strzału, przestrzelić hydrauliczne ścięgno w jednej z nóg Strażnika i upaść za filarem. Szczęście w końcu zaczęło się do mnie uśmiechać. Na galerii otaczającej główny hol, było wystarczająco miejsca i osłon, aby biegać między nimi i wykańczać maszynę kula, po kuli. Niestety, bez mojego Simonowa i z poważnie uszkodzoną konstrukcją budynku, nie miałem już czasu kontynuować tej walki. Czasu, ani gambli. Moje honorarium nie wystarczyło nawet na pokrycie strat, jakie dotychczas poniosłem. Wyciągnąć dziewczynkę z tarapatów, odprowadzić ją do enklawy. Dopiero potem wrócić tu, dokończyć sprawę i wydłubać z tego złomu wszystko, co ma jakąkolwiek wartość.  

Już wcześniej domyśliłem się, gdzie jest dzieciak. Chloe, tak się chyba nazywała. Widziałem na antresoli ruch, a było tu tylko jedno pomieszczenie, w którym można by się schować. Sprint, osłona, sprint, osłona, seria, sprint, osłona. Nie czułem już płuc przez ten cholerny kurz. Jeszcze brakowało, żebym się nabawił pylicy. Na szczęście teraz byłem już bezpieczny. Przynajmniej do czasu, aż hotel się nie zawali, albo mój przyjaciel nie wyciągnie jakiegoś asa z rękawa. To, co kiedyś było wyższym piętrem, teraz zleciało na dół i zasłaniało mnie całkowicie od strony holu. Odwiesiłem M4 na plecy i wyciągnąłem Deserta. Tej armacie daleko było do poręczności, ale i tak był wygodniejszy na mniejsze dystanse. Powoli wszedłem do pokoju. Mimo panującego półmroku, od razu dostrzegłem postać skuloną w kącie. Oto nasza księżniczka w wieży. Szkoda, że nie pokonałem jeszcze smoka. Zawołałem do niej po imieniu. Zero reakcji. Siedziała do mnie plecami i cicho szlochała. Coś było nie tak. Gdzie wrzask, gdzie krzyk, gdzie rzucenie się swojemu wybawcy na szyję. Nie wiem nawet kiedy odruchowo wycelowałem w nią broń. Zrobiłem krok naprzód i jeszcze raz ją zawołałem. Szlochanie ustało, ale nie doczekałem się niczego więcej. Wolałem walczyć z maszynami szturmowymi. Była w nich zawsze pewna dzika szczerość, którą podziwiałem i doceniałem. Z dala od frontu, zasady się zmieniały. Podchody, pułapki, infiltracja, oszustwa. Tak naprawdę, gdy stałem tak bez ruchu z gnatem wycelowanym w małe dziecko, krążyły mi po głowie dziwaczne myśli. Miałem nadzieję, że odwróci się i wyszczerzy zmutowane zęby, że rzuci mi się do gardła, albo że wygarnie do mnie z mechanicznej ręki przerobionej na karabin. Wtedy mógłbym z czystym sercem strzelić i mieć to wszystko z głowy. Jedna kula zakończyłaby moje zadanie. Tak się jednak nie stało. Odwróciła się do mnie zapłakana, przerażona dziewczęca twarz. Kiedy opuściłem broń, uśmiechnąłem się i wyciągnąłem do niej rękę, wpadła mi w ramiona z takim impetem, że ledwo utrzymałem się na nogach. Chwilę trwało zanim udało mi się okiełznać jej płacz i wyjaśnić sytuację. Teraz zaczynała się najtrudniejsza część. Nie było szans wydostać się z budynku inaczej niż przez główne wejście. To oznaczało przejście obok wartownika. Wyszedłem z pomieszczenia i spojrzałem na drogę, jaka nas czekała. Dwa metry ode mnie kończył się „okop” i znowu było się jak na widelcu. Przynajmniej Chloe się uspokoiła. Kiedy tak na nią patrzyłem, zastanawiałem się ile może mieć lat. Dwanaście? Podeszła do mnie i bez słowa podała mi coś. Była to mała, elektryczna zapalniczka. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że cały czas miętoszę w zębach filtr z kawałkiem urwanego papierosa. To było coś, czego potrzebowałem. Wyciągnąłem nowego Marlboro i już za chwilę poczułem w ustach trujący dym, który według lekarzy powodował raka płuc. Księżniczka czekała w milczeniu. Nadzieja w jej oczach dodawała mi otuchy. Dobrze zrobiłem przyjmując to zlecenie. Swoją drogą, w całej tej groteskowej układance czegoś brakowało. Jest zamek, jest dama. Jest oczywiście smok. Ale gdzie jest skarb przez niego pilnowany? Co u diabła robi maszyna strażnicza, i to takich gabarytów, w ruinach niczym nie wyróżniającego się hotelu, w środku miasta? Co jest w tym miejscu takiego cennego, że sterczy tu uśpiony wartownik? No i pytania, które powinienem zadać dziś rano, podczas rozmowy z burmistrzem. Po jaką cholerę, dwudziestu ludzi uzbrojonych w pałki i kije przeszukiwało tą ruinę? I co za idiota bierze na szaber własną córkę? Dziesiątki myśli chodziły mi po głowie, gdy żar powoli zbliżał się do filtra. Kiedy ta farsa się skończy, trzeba będzie tu wrócić. Wyciągnąłem papierosa z ust, rzuciłem na ziemię i przydeptałem butem. Do wyjścia jeszcze daleka droga, a czasu niewiele.   

Plan był ryzykowny i mało odkrywczy, ale wystarczająco prosty, aby dwunastoletnie dziecko zrozumiało za pierwszym razem. Ja wychylam się i ostrzeliwuję wartownika, ona biegnie w tym czasie do kolejnej osłony. Potem do niej dołączam. Tym razem nie mogłem sobie pozwolić na celowanie. Musiałem zachowywać się jak łatwy cel i robić dużo zamieszania. Fakt, że marnowałem w ten sposób cenne kule, ale nagle zaczęło mi bardzo zależeć na wyciągnięciu stąd Chloe. Na początku szło nieźle. Dotarliśmy w ten sposób do zawalonej drugiej części schodów. Mojego poprzedniego bunkra. Stąd czekał nas już tylko jeden odcinek drogi do drzwi i wolności czekającej za nimi. Mury enklawy były ledwie kilometr od hotelu i to po prostej, w miarę bezpiecznej drodze. Na wszelki wypadek dałem małej mapę i wyjaśniłem jak ma iść, gdybyśmy byli zmuszeni się rozdzielić, albo gdybym musiał zatrzymać smoka na dłużej.   

Nadszedł czas próby. Przytuliłem Chloe, aby dodać je odwagi, kazałem biec prosto do wyjścia i od razu pędzić w stronę domu. Policzyłem głośno do trzech i wychyliłem się, aby ostrzelać maszynę. Widziałem kątem oka jak moja podopieczna leci przez hol z rękami zasłaniającymi uszy. Czas na chwilę zwolnił. Wypuszczałem kolejne kule w miarę jak lufy karabinów przesuwały się w moją stronę. Wtedy zobaczyłem lukę w pancerzu i odsłonięty mechanizm odpowiadający za ruch całej wieżyczki. Instynkt Zabójcy Maszyn wziął górę. Ostatnie dwie kule posłałem właśnie tam. Zanim schowałem się z powrotem za gruzowisko, już wiedziałem, że zdobyłem mocny punkt. Wieżyczka i główna broń maszyny były już niemal bezużyteczne. Chloe dotarła w tym czasie do drzwi. Była bezpieczna. Zwycięstwo.   

Ruszyłem biegiem za nią. Widziałem ją czekającą na mnie przed głównym wejściem. W połowie drogi zdałem sobie sprawę z błędu, jaki popełniłem. Ogromnego błędu. Zbyt dużo myślałem o dziewczynce. Za bardzo cieszyłem się, że udało mi się ją ocalić. Dopiero teraz zrozumiałem, co tak naprawdę przed chwilą zrobiłem. Dotychczasowe uszkodzenia Wartownika były precyzyjnymi zagraniami. Pozornie niewielkie, ale dające mi ogromną przewagę. Teraz gdy wywaliłem z grubej rury i zabiłem mu potężnego klina, przeszedł na drugi tryb. Czerwony alarm, zużywający dwa razy więcej energii i przewidziany tylko na wyjątkowo niebezpiecznych przeciwników. To dlatego oszczędzał baterie i nie używał karabinów większego kalibru. Były to zapasy „na wszelki wypadek”, który właśnie nadszedł.

Usłyszałem huk wystrzałów. Poczułem bolesne ukłucie. Potem jeszcze jedno. I kolejne.

Cholera. A tak dobrze mi szło. 
 

Autor: Paweł „Q-big” Kubicki
Redakcja: Anna „Narmo” Owarzany


Informacje dodatkowe:
 

Komentarze:


 
20-05-2009, 11:27 | Guaranga | Komentarzy w sumie: 172
fajne opowiadanko :)


 
18-05-2009, 18:38 | Wiewiór | Komentarzy w sumie: 942
1:0 dla Molocha, powiadacie ;-) Niezłe opowiadanko - lubię takich "dobrych skurwysynów" :-)



Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   

Witamy w Bunkrze - stronie poświęconej Neuroshimie. Prosimy o opanowanie i stosowanie się do zaleceń obsługi Bunkra - od tego zależy Wasze bezpieczeństwo.

***
 
Pamiętaj! Bunkier wciąż potrzebuje nowych ludzi! Ludzi zdolnych, zdecydowanych i wytrwałych! To możesz być właśnie Ty!

***
 
Dowództwo Bunkra przypomina o nieustającej potrzebie wyrażania konstruktywnych opinii za pośrednictwem Komentarzy.
Profil użytkownika
Pseudonim

Hasło

Zapisz login

Przypomnij hasło!
Rejestracja

Szukaj

Nowości w V-Sklepie