Valkiria Network | V-Game | Gry komputerowe | Ogniem i Mieczem | Gry fabularne | Dzikie Pola | Neuroshima | Świat Mroku | Warhammer
Film | Star Wars | Literatura | Andrzej Pilipiuk | Jacek Komuda | Zmierzch | Komiks | Planszówki | Karcianki | Wędrowycz | Bitewniaki | II wojna światowa
  
Nie wszystko złoto...
 01-03-2008, 12:01
 Left
 5277 x przeczytano

Część I
Rok 2048. Zasadzka w kanionie Ortez

Zbliżali się...
Z tego, co zdążył wypatrzeć Wierzbowski, karawana składała się z siedmiu wozów opancerzonych, dwóch potężnych, osiemnastokołowych ciężarówek i kilku lekkich pojazdów zwiadowczych. Żołnierz patrzył z podziwem na uzbrojenie. Na każdej z ciężarówek umiejscowione było gniazdo CKM i miotacze ognia. Wozy opancerzone posiadały standardowe uzbrojenie w postaci wyrzutni granatów i ciężki, modyfikowany M-60. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, oddział pozyska dziś dużo wartościowego sprzętu.
Wierzbowski potwierdził gotowość przez mikrokomunikator i skupił się na celu. Dostroił celownik i poprawił siatkę maskującą. Mimo tego co zawsze twierdził, lubił takie akcje. Na posterunku największym wrogiem żołnierza była nuda. Ciągłe szkolenia, ćwiczenia i inne formy rozrywki wymyślone przez oficerów były ledwie nędzną namiastką prawdziwej akcji. Życie rodzinne też nie spełniło oczekiwań żołnierza. Wierzbowski czekał na chwilę, kiedy żona zabierze dzieci i wyprowadzi się do matki. Był to etap w życiu, który przeszła większość jego znajomych. Kobiety zmęczone oczekiwaniem na męża i wiecznym strachem o jego życie po prostu odchodziły. Żołnierz uśmiechnął się do siebie wyobrażając sobie Mariah pakującą bagaże i odchodzącą w kierunku nędznych przyczep rodziców. Nie... Ona za bardzo lubiła luksus, jaki zapewniała jej pozycja męża. To on zapewnił jej szkolenia techniczne i naukowe, a także załatwił przeniesienie do wydziału badań. To on zarabiał tyle, że stać ich było na prawdziwą ciężarówkę z wagonem mieszkalnym... Z zamyślenia wyrwał go głos Johnsona.
- Co ty tam, kurwa, śpisz Wierzbowski?! Melduj jaka odległość.
- Co najmniej 3 kilometry, sierżancie - stwierdził żołnierz regulując optykę - Dużo broni, ale nie więcej niż zwykle.
Z każdym metrem pokonywanym przez karawanę, serce Wierzbowskiego biło coraz szybciej. Czuł pulsującą w żyłach adrenalinę i mrowienie, do którego chyba nigdy się nie przyzwyczai. Drgnął mocno, kiedy detonowały pierwsze ładunki. Podwozie wozu pancernego eksplodowało, rozrzucając dookoła kawałki opon i blachy. Niemal równocześnie zaterkotało ciężkie działko kosząc pobliskie zarośla i krzaki.
Żołnierz z zafascynowaniem przyglądał się następnej eksplozji, która uniosła ciężki pojazd prawie metr ponad ziemię i poważnie uszkodziła następny. Automatyczne działka na wieżyczkach ciężarówek ziały ogniem i pluły łuskami jak gdyby amunicja nigdy nie miała się skończyć. Wierzbowski wiedział, że najgorsze dopiero nastąpi. Ogromne ciężarówki kryły w swoim wnętrzu coś więcej niż broń i inne dobra.
- Sierżancie, mamy desant - zameldował widząc opadającą klapę - Roboty, średnie piły i coś jeszcze.
Właśnie teraz zaczynała się rola Wierzbowskiego i jego oddziału. Ukryci na wzgórzach snajperzy otworzyli ogień do maszyn wysypujących się na powierzchnię. Roboty, choć dobrze uzbrojone nie były groźnymi przeciwnikami. Ich systemy były dalekie od doskonałych, a celność pozostawiała wiele do życzenia. Co innego piły. Te maszyny wielkości małego psa wkopywały się w ziemię i atakowały z zabójczą precyzją. To one miały zostać zlikwidowane w pierwszej kolejności.
- Ogień na dziesiątą - wykrzyczał do komunikatora zmieniając magazynek - Coś się przebiło i idzie na ciebie, Todd.
- Widzę go. Jest mój - potwierdził snajper - Zajmijcie się piłami.
Następna eksplozja wstrząsnęła ziemią. Jedna z ciężarówek dostała bezpośrednie trafienie i rozkraczyła się na samym środku drogi blokując tym samym pojazdy będące z tyłu.
- Uważajcie tam - wykrzyczał - Kilka pił się przebiło.
Następna eksplozja była tak silna, że podmuch zwalił z nóg kilka stojących najbliżej maszyn. Paliwo, które wyciekło ze zniszczonej ciężarówki właśnie eksplodowało oblewając ognistym deszczem teren w promieniu kilkudziesięciu metrów. Płonące roboty prowadziły bezustanny ogień zupełnie nie przejmując się osłonami.
- Todd, pomóż mi człowieku - snajper widział jak po jego strzale ręka najbliższego z robotów staje się bezwładna a on próbuje ująć jedną dłonią ciężkie, wielolufowe działko - W mojej okolicy robi się tłoczno! Todd!
Nie było wyjścia. Musiał się wycofać.
- Tu Miller z czwartego - usłyszał w komunikatorze - Mamy duże straty. Wycofujemy się.
Kątem oka uchwycił ruch po swojej lewej. Odrzucił siatkę maskującą i przetoczył się w bok jednocześnie pakując serię w przeciwnika. Wierzbowski nie zdążył przyjrzeć się robotowi. Osuwał się chwilę po zboczu i spadł z wysokości kilku metrów, boleśnie tłukąc bok.
- Jestem na dole - wykrzyczał – Kryjcie mnie!
Ledwo zdążył ustrzelić piłę, kiedy pojawiły się następne. Odrzucił karabin nie mając już czasu na przeładowanie i wyciągnął Glocka. Zanim wystrzelił, coś uderzyło go w plecy. Miał szczęście. Kamizelka powstrzymała piłę, ale tylna część pancerza była w strzępach. Za wszelką cenę musiał wycofać się w bezpieczne miejsce. Tutaj przypadkowa eksplozja mogła zakończyć jego życie.
- Widzę cię, John - usłyszał – Osłaniam cię. Uciekaj stamtąd.
Wierzbowski podniósł karabin i zaczął biec. Dziękował bogu za ten program bojowy i zbyt ciężką broń, bo jakimś cudem dotarł na poprzednią pozycję i nie wyglądało na to, aby był ranny. Szybko przeładował i zaklął widząc, że system celowniczy jego broni jest uszkodzony. Pocisk przebił się przez optykę, kompletnie ją niszcząc.
Niewiele brakowało, a Wierzbowski nie zauważyłby robota sunącego pokracznie w jego kierunku. Postać sprawiała upiorne wrażenie. Plątania kabli i obwodów obleczona była ludzką skórą. Wierzbowski wiedział, że gdzieś w środku znajduje się mózg, który steruje maszyną. Wśród naukowców panowała nawet teoria, że do ośrodka centralnego docierają bodźce takie jak zimno, ciepło i ból, ale żołnierze woleli wierzyć, że walczą ze zwykłymi maszynami. Tak było wygodniej...
Snajper od początku wiedział, że nie zdąży strzelić. Był w niewygodnej pozycji i nie miał wsparcia. Todd zapewne zginął lub wycofał się jakiś czas temu, a cały czwarty, który miał osłaniać snajperów opuścił pozycję. Całe życie mignęło Johnowi przed oczami... Więc tak wygląda koniec?
Głowa maszyny odskoczyła gwałtownie do tyłu. Uderzenie było tak mocne, że robot runął na plecy nie opuszczając jednak broni. Seria przeszyła powietrze. Drugi strzał zakończył egzystencję hybrydy.
- Wycofaj się, żołnierzu - usłyszał Wierzbowski w komunikatorze - Okrążają cię. Postaram się dać ci osłonę, ale kończy mi się amunicja.
Rozległ się następny strzał. Osłaniający był zdolnym snajperem. Strzelał z co najmniej 200 metrów pod niekorzystnym kątem. Do tego strzelał nie celując zbyt długo.
- Jestem niedaleko wraku łazika - usłyszał znowu - Pospiesz się. Masz trzy sztuki na ogonie.
John odruchowo uniósł broń kiedy zza płonącego wraku wychyliła się postać. Żołnierz ubrany był w mundur wojsk sprzymierzonych, ale snajper nie był do końca czy nie jest to pułapka. Musiał być silny, bo trzymał ciężkie, wielolufowe działko wsparcia. Żołnierz włączył zasilanie i lufy zaczęły obracać się wydając wibrujące dźwięki.
- Czekasz na zaproszenie żołnierzu?! - słyszał - Zapieprzaj za osłonę!
Omijając sojusznika przyjrzał mu się dokładnie. Był imponującej wręcz postury, a łatwość z jaką utrzymywał strzelające działko wprawiłoby niejednego w zakłopotanie. Siła odrzutu musiała być niesamowita, a on po prostu stał.
Nie był jednak sam. Dwóch następnych prowadziło ogień, zatrzymując próbujące ich okrążyć roboty.
- Masz jakąś amunicję? - zapytał jeden - Właśnie mi się skończyła.
- 5.56... Kilka magazynków - rzucił jeden żołnierzowi - Z którego jesteście?
Ku zaskoczeniu Johna, drugim żołnierzem okazała się wcale ładna dziewczyna. Miała osmoloną twarz i podziurawioną kamizelkę.
- Resztki czwartego - powiedziała - Właśnie się wycofujemy. Wiesz co z resztą?
- Nie wiem - skłamał - Jestem John Wierzbowski ze strzelców.
- Jak przeżyjesz to się uściśniemy - dziewczyna próbowała przekrzyczeć wybuchy - A teraz przebijamy się do sektora A8. Mike - osłaniasz. Ruszamy na sygnał. Jak któryś zginie, skopię dupy wam wszystkim. Jazda!

- Twoje zdrowie, Wierzbowski - Mike uniósł kubek w geście salutu - Dobrze wiedzieć, że mamy tu jeszcze tak zajadłych skubańców.
John uśmiechnął się gorzko. Akcję można było uznać za wyjątkowo nieudaną. Mimo dobrze wykonanego zwiadu i pełnego zaangażowania zespołów, nie udało się przejąć ładunku bez strat. Zanim posterunek uzupełni ludzi, miną tygodnie. Nowych trzeba będzie przeszkolić i uzbroić. Biorąc pod uwagę to, że część nowo przyjętych zdezerteruje po pierwszym tygodniu, a następna część zginie podczas pierwszej strzelaniny, sprawa wygląda kiepsko.

- Będą grupować oddziały - powiedział żołnierz siedzący obok Mike'a ten, którego pierwszy raz zobaczył przy wraku łazika – Viliar, proponuję twoją kandydaturę na dowódcę.
- Nie mam nic przeciwko - powiedział Mike - Vi zna się na robocie jak mało kto...
- Czwarty jest zdziesiątkowany, a nam przyda się dobry snajper - dziewczyna spojrzała na Johna pytająco - Z tego co mówili i sama widziałam, można na tobie polegać. Podobno nie masz w zwyczaju pieprzyć roboty.
- Do tej pory byłem w zwiadzie. Nie przydam się na pierwszej linii.
- Nie jesteśmy oddziałem szturmowym, jeżeli o to ci chodzi - Mike rozlał następną kolejkę - Można powiedzieć, że jesteśmy uniwersalni.
- Mówiąc krótko, mamy najbardziej przesrane.
Stojący w progu mężczyzna wyrzucił niedopałek papierosa na zewnątrz i bezceremonialnie przysunął sobie krzesło.
- A ty, kurwa, kto?
- Herman Mauser - Oczko, puszczone bezczelnie w kierunku Vi zostało zignorowane - Kapral Mauser. Mam przydział do Sierżant Viliar Jakubowitz.
- Kto wydał rozkazy?
- Kapitan O'Neil - Herman nalał sobie jednego i nie czekając, wypił - Jest ze mną jeszcze jakiś szeregowy.
- To dawaj go tutaj.
- Odlewa się.
- Aha...

- Sprawa wygląda prosto - Mike zaznaczył na mapie punkty kontrolne - Mamy do dyspozycji jeden lekki pojazd opancerzony i kwadrat północny do przeczesania.
- Ci od maszyn wykryli zwiększoną aktywność w tym obszarze - wtrąciła Viliar – Pamiętajcie, mamy przeprowadzić rekonesans, a nie bawić się w niepotrzebne marnowanie dobrej amunicji. To szczególnie tyczy się was, szeregowy Inno.
- Będę pamiętał...
- Nie skończyłam - przerwała obcesowo - Do wieczora każdy ma mieć odbębniony przegląd. To również jest kierowanie szczególnie do was, Inno.
- Dobra, panowie - Mike wrócił do mapy - Jutro przed południem wyjazd. Mauser, jak stan techniczny pojazdu?
- Do dupy szefie. To znaczy był do dupy, bo wprowadziłem już kilka zmian.
- I bardzo, kurwa, dobrze. Na dzisiaj to wszystko. Odmaszerować.

John nie spodziewał się zastać kogokolwiek w sali odpraw. Był sporo przed czasem. Chciał pobyć sam chociaż przez chwilę i przemyśleć kilka spraw. Wiedział, że powinien koncentrować się teraz tylko i wyłącznie na zadaniu, ale sytuacja w domu była kiepska. Od dawna podejrzewał, że Mariah kogoś ma ale po wczorajszym dniu był niemal pewien. Wrócił trochę wcześniej i zastał w domu tego aroganta Michaela Warbu. Oboje projektowali jakieś naukowe pierdoły, a John był zbyt zmęczony, żeby dać mu w gębę... Zresztą pewnie jeszcze będzie okazja.
- Nie śpij, Wierzbowski - usłyszał głos Inno - Wiesz, że jedziemy tylko w pięciu?
- Dlaczego?
- Henry Kostimow oberwał wczoraj wieczorem, a Mike się wymigał - młody żołnierz zajął miejsce obok Johna - Skurwiel jeden. Wie, jakie nudne są te patrole. Zamiast niego pojedzie Tiz.
- Przynajmniej będzie wesoło.
- Fakt...

- Ja pierdolę! - Inno zaparł się w wieżyczce strzelniczej. Łuski dziesiątkami sypały się do środka - Mauser nie wariuj tak, bo nie trafiam!
John odruchowo zapiął pasy i przywarł do fotela. Herman ominął skarlałe drzewo i wjechał na ulicę. Auto podskoczyło na wyboju.
- Głowy w dół! - krzyknął ktoś z tyłu.
Karabin terkotał nieustannie, grożąc przegrzaniem. Pociski rykoszetowały, odbijając się od wzmocnionego pancerza pojazdu. Wierzbowski widział jak kule rozrywają kamizelkę Inno, rzucając go w tył. Krew chlusnęła do środka..
- Kurwa! - Tiz wciągnął ciało do środka - Wierzbowski zajmij się nim!
- Uwaga z tyłu! Ostro wchodzę.
John boleśnie odbił się od drzwi. Tiz już strzelał. Wnętrze pojazdu momentalnie wypełniło się gryzącym dymem. Inno stracił przytomność w momencie, gdy Herman zjechał z drogi i staranował resztki jakiejś metalowej konstrukcji.
- Mauser, wyciągnij nas stąd! - Viliar posłała serię przez otwarte okno - Inno się wykrwawia!
- Robię, co mogę! - kierowca gwałtownie skręcił i wjechał na otwartą przestrzeń – John, z lewej!
Coś eksplodowało pod samymi kołami niemal przewracając pojazd. Mauser wymanewrował i wjechał z powrotem na ulicę. Pojazd jadący po prawej stronie przestał strzelać i próbował staranować żołnierzy. Ten z lewej walił niemalże z przyłożenia. Przegrzane M-60 było bezużyteczne. Tiz wsunął się do środka, otworzył drzwi i trzymając się poręczy wpakował cały magazynek prosto w koła napastnika. Pojazd malowniczo przekoziołkował i zarył maską w wydmę.
- Skończyła mi się amunicja - wykrzyczała Viliar - John...
Wierzbowski nie zdążył zareagować. Od strony autostrady wyjechał ciężki transporter. Zamontowana wyrzutnia wypluła z siebie tylko jeden pocisk...

- Sierżant Al Norra z piątego posterunku. Sektor ósmy - wysoki i potężnie zbudowany mężczyzna wyciągnął dłoń w kierunku Viliar - Jesteście cali?
- Sierżant Viliar Jakubowitz... - Vi odwzajemniła uścisk - Jeden z naszych jest ciężko ranny. Dzięki za pomoc, ale musimy ruszać.
- Zaczekaj...
- O co chodzi?
- Nic - żołnierz zawahał się przez chwilę - Uważajcie na radiację. Im dalej na północ tym jest goręcej.

Opuszczona Osada Górnicza. Pierwszy punkt kontrolny

- Z tej strony spokojnie - John przycupnął za przewróconą, metalową konstrukcją i zaczął uważnie lustrować teren - Tiz, sprawdź północną część, tylko nie właź do budynków.
- Zrozumiałem.. - głos w komunikatorze był mocno zniekształcony - To jakaś pieprzona ruina. Same ...ki i ...szcza.
- Tiz słabo cię słyszę. Wracaj natychmiast.
John słyszał pojedyncze słowa ale nie mógł zrozumieć sensu.
- Tiz... Cholera.
- Vi, słyszysz mnie? - Wierzbowski starał się nie poddawać panice - Tiz gdzieś polazł, a przez radiację tracę sygnał.
- Puściłeś go samego? - usłyszał - Pięknie..
- Miał zabezpieczyć teren...
- Ty durniu! - John niemal czuł gniew dowódcy - Mauser przestań ciamkać tą pieprzoną gumę. Przez ciebie mam zakłócenia.
- Kiedy ja nic nie jem...
- Wierzbowski!
John już nie słyszał. Biegł w kierunku, w którym udał się drugi żołnierz gotów przyjąć odpowiedzialność za los Tiza.

Ominął klomb ze sczerniałym drzewem, przesadził resztki kamiennego murku i niemal zderzył się z Tizem.
- Dlaczego nie odpowiadasz?! - krzyknął walcząc z zadyszką - Kretynie jeden, myślałem, że coś się stało!
- Spokojnie, Wierzbowski - żołnierz pojednawczo uniósł dłonie - Chodź. Zobaczysz, co znalazłem.
- Gdzie masz hełm?
- Zobaczysz.. Hej, gdzie jesteś ? - Tiz rozejrzał się dookoła - Przestraszyłeś ją.
- John, co tam się dzieje ? - usłyszał w słuchawkach - Znalazłeś go?
- Tak. Mówi, że coś ma.
- Wracajcie tu natychmiast - w głosie Vi czuć było niepokój - To rozkaz.
Ruszyli biegiem. Vi nawet jako kobieta miała jaja ze stali. Niewiele rzeczy mogło wyprowadzić ją z równowagi. Teraz była wyraźnie zdenerwowana.
- Co tam widziałeś? - zapytał John wychylając się za róg budynku - Co tam było?
Nie słyszał, co odpowiedział żołnierz. Całą uwagę skoncentrował na małej postaci idącej powoli w kierunku budynku, gdzie Viliar opatrywała Inno. Wyglądała na nie więcej niż 3 lata. Ubrana w łachmany ledwo okrywające blade ciałko. Na głowie miała hełm Tiza. Dziewczynka szła boso, nie zwracając zupełnie uwagi na ostry gruz kaleczący jej stopy. John uniósł karabin i wycelował ...

Tiz próbował podbić lufę jednak był zbyt wolny. Pocisk trafił idealnie, gruchocząc kręgi szyjne i wychodząc z przodu w fontannie krwi. Dziewczynka upadła na kolana i tak już została. Hełm Tiza potoczył się w kierunku ruin. John nie zdążył uskoczyć przed ciosem. Odbił się od ceglanej ściany i powoli osunął. Cienie zatańczyły przed oczami.
- Ty kretynie! Sadysto! - wściekły Tiz wymierzył następny cios - Zabiję cię!
John próbował coś powiedzieć jednak Tiz bił zbyt mocno. Przyparty do muru próbował się zasłaniać jednak nie miał większych szans. Tiz znany był ze swoich umiejętności w walce w zwarciu.

- Zabiję cię! - żołnierz dyszał wściekłością – Hej, co ty tu robisz?
John spróbował przyjrzeć się sytuacji, ale był zbyt oszołomiony ciosami. Jedyne co dostrzegł, to małą sylwetkę stojącą nieruchomo wśród zgliszcz.
- Tiz... - wybełkotał plując krwią - Zabierz nas stąd... Teraz...

- Co tu się dzieje?! - Tiz obrócił się gwałtownie - Hej! Co robisz?
Johnowi wracała ostrość widzenia. Kilka malutkich sylwetek wynurzało się spomiędzy zrujnowanych domostw odcinając dostęp do ulicy. Było ich co najmniej dziesięć i ciągle pojawiały się nowe. Były dosłownie wszędzie. Straszne było to, że na dziecięcych twarzyczkach nie malowały się żadne emocje. Patrzyły beznamiętnie na żołnierzy jakby ich obecność była co najmniej spodziewana. Dzieciak w zielonej, podartej kurtce poniechał hełm podniesiony z ulicy i zaczął zlizywać krzepnącą krew. Tiz spanikował. Odbezpieczył karabin i trzymając go jedną ręką pomógł Johnowi wstać. Postacie zbliżały się. Z każdym krokiem traciły swoje człowieczeństwo odsłaniając swoją prymitywną, niemalże zwierzęcą naturę...

- Herman, skończyłam - powiedziała Viliar wycierając skrwawione ręce w szmatę - Wywołaj Wierzbowskiego i Tiza.
Inno oddychał spokojnie i miarowo. Jeżeli wytrzyma te kilka krytycznych godzin będzie można nazwać to cudem. Viliar znała się na opatrywaniu i leczeniu. Jak każda kobieta na posterunku przeszła szkolenie medyczne jednak jej twardy charakter nie pozwalał jej przebywać z dala od frontu. Była stworzona do walki. To dlatego była samotna. Nie zniosłaby świadomości, że pozostawia po sobie smutek, a być może i rozpacz. Tutaj, na pustkowiach śmierć zbierała krwawe żniwo i każdy żołnierz miał świadomość nieuchronnej zagłady.
Mimo to – walczyli...
Patrząc na Inna wiedziała, że tylko to się liczy. Braterstwo, lojalność, porozumienie - nie ma miejsca na inne emocje. Dawno już zostawiła za sobą "normalne" życie. Takie uczucia nie były potrzebne tu, gdzie każda minuta stawała się końcem i początkiem wszystkiego. Tu, gdzie liczyło się tylko zaufanie i braterstwo. Wiedziała, że może ufać swoim ludziom tak jak oni ufali jej. Teraz to oni byli jej rodziną, jedyna jaką miała i chciała mieć.
- Viliar wyjdź na zewnątrz - Mauser wywołał dowódcę przerywając tym samym potok natrętnych myśli - Coś się dzieje!
Na słowa Hermana podniosła się i ruszyła w kierunku drzwi. Nie potrafiła opędzić się od natrętnych wspomnień, a przecież to nie jej życie. Zostawiła je dawno i nigdy nie żałowała. Uśmiechnęła się do przebiegających przez głowę natrętów.

Gdy wyszła na zewnątrz, musiała przysłonić oczy dłonią, bo słońce było dzisiaj wyjątkowo ostre. Poluzowała wiązania kamizelki i szybkim, nerwowym ruchem założyła maskę. Miejsce, w którym się znaleźli wydawało się Viliar znajome, chociaż nie mogła przypomnieć sobie skąd je zna. Na pewno nigdy tu nie była bo dotychczas patrolowała tereny na wschodzie. Nie ulegało wątpliwości, że miasteczko było opuszczone. Ruiny sklepów i bloków mieszkalnych szczerzyły się ku zasnutemu żółtymi chmurami niebu. Jednym z niewielu miejsc gdzie można było bezpiecznie się schronić był punkt sieci sprzętów elektronicznych. Viliar uśmiechnęła się na myśl o dawno zapomnianych artefaktach. Kiedyś telewizory i panele służyły rozrywce. Teraz przypominały ludziom o tym, kto jest wrogiem. Elektronika nie była zakazana. O nie. Po prostu niewiele osób potrafiło obsługiwać komputery i podobne "przedmioty", a jeżeli ktoś się już znalazł, to i tak nie potrafił połączyć ich w sieć. Znała kilku facetów, którzy mieli pojęcie o schematach i częściach składowych jednak nie mogła znaleźć z nimi wspólnego języka. Wyjątkiem był Mike...
- Vi, do kurwy nędzy - Herman niemal krzyknął – Mamy problem. Jestem przy pojeździe.
- Co się stało?
Mauser przypiął się do działka i obserwował uważnie okolicę. Na widok dowódcy uspokoił się trochę jednak napięcie nie opuściło go do końca.
- Jesteśmy w wielkim gównie, Vi - powiedział zabezpieczając karabin.
- Uspokój się i powiedz, o co chodzi - nerwowy nastrój udzielił się także jej, chociaż starała się aby żołnierz tego nie dostrzegł – Odpowiadaj, kiedy pytam.
- Gówno... Mamy tu gniazdo.. Pieprzone gniazdo, Vi... Która jest godzina? Zdążymy wynieść się przed zmrokiem?!
Nie musiał tłumaczyć. Zmorą terenów, gdzie radiacja przekraczała dopuszczalne normy byli mutanci jednak ostatnimi czasy niektóre szczepy zdążyły ulec przekształceniu. Ktoś inny mógłby nazwać to ewolucją, ale żołnierze mieli na to własne określenie.
- John, co się tam dzieje?! - Viliar starała się nie ulec panice - Znalazłeś go?
Wierzbowski coś mówił, ale Vi nie zrozumiała ani jednego słowa. Radiacja zakłócała sygnał z komunikatorów.
- Wracajcie tu natychmiast. To rozkaz!
Mauser poprawił się w wieżyczce i czekał. Pot spływał strumieniem spod hełmu.
- John. Nie wiem, czy mnie słyszysz, ale wal do wszystkiego - powiedział siląc się na spokój - Pamiętaj... To nie są ludzie, John. To nie ludzie!

Cześć II
Cała, pieprzona prawda

- Mike, mamy następnego - Courbet butem przekręcił małe ciałko ubrane w zieloną, puchową kurteczkę - Patrz jaki podziurawiony.
- Co za skurwysyn to zrobił - Mike gwałtownie odwrócił głowę - Co za...
- Amunicja wytwarzana seryjnie - Robin podniosła z ziemi zużytą łuskę - Kaliber 5.56. Nasza...
- Jest Wierzbowski - usłyszeli w słuchawkach - Ciężko ranny, ale żyje.
- To dawaj go tutaj...

Obudził go własny krzyk... W głowie wciąż rozbrzmiewał odgłos wystrzałów i wrzaski kaleczonych ludzi.

Wstał i podszedł do umywalki. Kiedy przemył twarz, koszmar stał się tylko mglistym wspomnieniem. Przez chwilę starał się przebić wzrokiem przez smugi na lustrze, ale twarz, która spoglądała na niego zmęczonymi oczyma nie powiedziała zbyt wiele. Powoli i z namaszczeniem przeciągnął brzytwą po zaroście.
- Thomas, chodź tutaj - krzyknął starając się przywołać syna - Tata ma coś dla ciebie.
Zaniepokojony wyszedł na korytarz i idąc niemal po omacku starał się trafić do pokoju dzieci.
- Chłopcy... - powiedział podnosząc głos - Tata już wstał.
Przerażony otworzył drzwi.. Potem drugie.
- Panie Wierzbowski - usłyszał spokojny, damski głos - Proszę wracać do pokoju. Obudził pan połowę pacjentów.
- Ale ja tylko szukam dzieci... Gdzie jest Mariah?
- Znowu się zaczyna - usłyszał podniesiony głos dobiegający z któregoś z pokojów - Codziennie to samo. Wierzbowski, daj spać normalnym ludziom!
- Ale...
- Pana żona odeszła - pielęgniarka objęła Johna i skierowała z powrotem do sali - Trzy lata temu... Przykro mi.

Kilka lat wcześniej

- Mamo!
- Ty skurwysynu! - Mariah próbowała zatamować krew obficie płynącą z rozbitego łuku brwiowego - Kiedyś odejdę! Słyszysz?!
John odepchnął syna, próbującego zasłaniać matkę przed ciosami. Był wściekły. Wczorajsza akcja udała się doskonale, ale została okupiona dużymi stratami zarówno w sprzęcie jak i w ludziach. Wrócił dopiero dzisiaj, kiedy wytrzeźwiał na tyle by stać o własnych siłach.
- Dlaczego jesteś tak ograniczona kobieto? - wymierzył cios, który rzucił ją o ścianę - Nie rozumiesz mnie... Nic nie rozumiesz...
Nie zwracał już uwagi na nic. Ogarnięty szałem demolował przyczepę i rozbijał wszystko co było w zasięgu ręki.


Rok 2048. Zasadzka w kanionie Ortez

- John, strzelaj do cholery! - ktoś panicznie wzywał pomocy próbując przekrzyczeć wybuchy i salwy karabinów maszynowych - Potrzebujemy osłony!
Wierzbowski nie zwracał uwagi na nawoływania. Leżał skulony i śmiertelnie przerażony próbując odciąć się od chaosu bitwy. Po niedługim czasie strzały ustały, ale odważył się wyjść dopiero przed wieczorem.
- Ej, ty - usłyszał donośny głos - Co tu robisz?
Niezdolny do jakiejkolwiek komunikacji, pozwolił doprowadzić się na posterunek i tam przesłuchać. Sprawę szybko zamknięto uznając, że John Wierzbowski dopełnił obowiązków żołnierskich i nie miał nic wspólnego z maskarą całego oddziału czwartego.

Resztki osady górniczej. Ten sam rok

- Mamo... Mamusiu! - mała dziewczynka przeszła całkiem blisko wzywając matkę, która z całą pewnością nie mogła odpowiedzieć. Skrwawione ciało kobiety leżało u stóp Johna, który przybrał pozycję strzelecką i czekał na okazję do dobrego strzału.
- Kurwa, Wierzbowski! - usłyszał głos Tiza - Opuść broń bo strzelę. Przysięgam na Boga, że strzelę!
Nie strzelił.
Dziewczynka nie poczuła nic. Upadła, nie wydając żadnego dźwięku. John nie zdążył się obrócić. Dostał w szczękę i przed oczami zatańczyły gwiazdy. I jeszcze raz. I jeszcze. Wierzbowski sięgnął po nóż. Długie, wojskowe ostrze zagłębiło się brzuchu byłego towarzysza broni. Umierał długo i boleśnie, choć znany był z nadludzkiej wręcz wytrzymałości. Przestał się ruszać dopiero wtedy, gdy ciało przypominało jedną, jątrzącą się ranę.

Ignorował natrętny głos w komunikatorze. Ruszył w kierunku miejsca, gdzie Viliar i Mauser opatrywali rannego Inno.
Pozycji do strzału było wiele. Pierwszy zginął niczego nieświadomy Inno. Strzał był czysty i doskonale wymierzony. Mauser za to poczuł, że umiera. Dostał trzy trafienia.
Paskudnie.
Z Vi było trudniej, ale poradził sobie. Musiał sobie poradzić. Był w końcu żołnierzem.
Wyciągnął z plecaka butelkę whisky, usiadł powoli na brudnej podłodze i pociągnął potężny łyk.
Odpiął kaburę...
Łyk...
Glock jak zwykle doskonale leżał w dłoni.
Łyk...
Rzucił ze złością pustą butelką i przystawił pistolet do skroni.
- Jest Wierzbowski - usłyszał jak przez mgłę - Ciężko ranny, ale żyje.

Redakcja: Hendley

Informacje dodatkowe:
 

Komentarze:


 
13-04-2008, 22:47 | Hendley | Komentarzy w sumie: 266
Ej, Left, to nie fair - nie zwalaj wszystkiego na mnie. Najpierw musze mieć co puścić, a na razie mam jeden tekst w wersji beta o ile się nie mylę. A dopiero co sprawdziłem pocztę, więc chyba się nie mylę ;p


 
08-04-2008, 22:45 | Left | Komentarzy w sumie: 9
Czołem żołnierze.
Dziękuję, dziękuję. Bardzo się starałem.
Teraz pracuję nad czymś nowym a inne prace będziecie mogli zobaczyć jeżeli Hend puści je w aktualizacjach :P


 
03-04-2008, 15:11 | Q-big | Komentarzy w sumie: 57
Mimo, że styl i nastrój nie wbił mnie w fotel, to wielki plus za pomysł. Największą zaletą tego opowiadanka jest to, że jest o czymś. Każdy głupi może opisać jakąś strzelaninę czy bieganie po ruinach i naładować ją wulgaryzmami, tutaj całośc jest przemyślana. Gratz.


 
02-03-2008, 19:44 | von kessel | Komentarzy w sumie: 2
Zajebiste opowiadanko !!! pełen szacun !!! zgodzę sie zę troche cięrzkie do ugryzienia ale naprawdę kawał dobrej roboty!!! oby więcej takich !!!!


 
01-03-2008, 21:59 | Hendley | Komentarzy w sumie: 266
Odezwał się...
Cóż, opowiadanie ma klimat, jest mocne, choć rzeczywiście ciężkie do ugryzienia jak powiedziała Narmo. Nie mniej dalej jest to kawał dobrego tekstu.


 
01-03-2008, 21:57 | XeroBoy | Komentarzy w sumie: 1286
Czy to aby nie jest najdłuższe opowiadanie na poziomie od bardzo wielu lat?:p


 
01-03-2008, 15:47 | Narmo | Komentarzy w sumie: 382
Chociaż nie proste do ugryzienia. Oby więcej takich ;]



Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   

Witamy w Bunkrze - stronie poświęconej Neuroshimie. Prosimy o opanowanie i stosowanie się do zaleceń obsługi Bunkra - od tego zależy Wasze bezpieczeństwo.

***
 
Pamiętaj! Bunkier wciąż potrzebuje nowych ludzi! Ludzi zdolnych, zdecydowanych i wytrwałych! To możesz być właśnie Ty!

***
 
Dowództwo Bunkra przypomina o nieustającej potrzebie wyrażania konstruktywnych opinii za pośrednictwem Komentarzy.
Profil użytkownika
Pseudonim

Hasło

Zapisz login

Przypomnij hasło!
Rejestracja

Szukaj

Nowości w V-Sklepie