Valkiria Network | V-Game | Gry komputerowe | Ogniem i Mieczem | Gry fabularne | Dzikie Pola | Neuroshima | Świat Mroku | Warhammer
Film | Star Wars | Literatura | Andrzej Pilipiuk | Jacek Komuda | Zmierzch | Komiks | Planszówki | Karcianki | Wędrowycz | Bitewniaki | II wojna światowa
  
Zack Hernandez: You Rock My World
 01-09-2007, 13:11
 Andrei Yergov
 4492 x przeczytano

Słońce pali pustynię. Zdezelowany pickup Forda toczy się powoli na południe. Podskakuje na dziurach i kablach, iskry lecą z tłumika ciągniętego po ziemi. Wszystkie koła są scentrowane. Drzwi kierowcy, lewe lusterko, reflektory, większość lakieru, przedni zderzak, kołpaki i wszystkie szyby wymieniono na rdzę, wgniecenia i dziury po kulach. Reszta trzyma się na szarej taśmie klejącej i woli przetrwania, każącej zdezelowanemu silnikowi wypluwać kłęby gęstego dymu. Właściciel samochodu leży na pace, zawinięty w grubą folię. Za kierownicą siedzi Zack Hernandez. Pot ścieka mu po pysku, z ust sterczy kawałek papierosa bez filtra. Jest ubrany w za duże ubranie właściciela. Jedno oko ma zaklejone bandażem, drugie wpatruje się w horyzont przez jedyne szkło okularów przeciwsłonecznych.
 
Z naprzeciwka jedzie cudo - błyszczący w słońcu, dudniący muzyką kabriolet. Istne Vegas na kółkach. Samochody zbliżają się do siebie powoli. Kierowca Chevroleta wychyla się i macha ręką. Zack uśmiecha się i chowa pistolet pod prawą nogą. Oba samochody zwalniają i zatrzymują się obok siebie. Kierowca Chevroleta, nażelowany mulat z kajdanem na szyi, zdejmuje okulary. Jego towarzysz, biały najemnik z M-16 postawionym między nogami, jakby chciał coś udowodnić, uśmiecha się pobłażliwie. Kierowca pickupa wyłącza silnik i zdejmuje monokl. Radio wyje.
 
I’m giving you
On count of three
To show your stuff
Or let it be . . .
I’m telling you
Just watch your mouth
I know your game
What you’re about
 
- Czołem, duży. Widziałeś karawanę? – pyta kierowca kabrioleta.
- Widziałem. – odpowiada Zack – Jechali do góry.
- Do góry? – goście w Chevrolecie patrzą na siebie. Uśmiechają się.
 
Well they say the sky’s the limit
And to me that’s really true
But my friend you have seen nothing
Just wait til’ I get through . . .
 
Banan z kabrioleta odwraca się do Zacka.
- Na północ, co? – pyta, nagle poważniejąc.
Zack naciska spust. Raz. Twarz najemnika kurczy się, jakby czoło zostało zassane do czaszki i wyplute przez potylicę. M-16 zaczyna sypać kulami w powietrze. Dwa. Kozaczek za kierownicą rozluźnia zwieracze, rzadkie gówno i gęste szczyny wylewają się do białych jeansów. Kula ociera się o jego policzek, zostawiając szeroką, pulsującą ranę. Trzy. Krew spada na białą koszulę, mulat chwyta się za twarz. Kula przechodzi między jego palcami, urywając staw żuchwowy. Prawa strona głowy eksploduje, ucho wisi na kawałku skóry, spod niego leje się krew.
 
Wiatr zabiera dym. Radio wyje. Słońce pali pustynię.
 
Because I’m bad, I’m bad-come on
(bad bad-really, really bad)
You know I’m bad, I’m bad-you know it
(bad bad-really, really bad)
You know I’m bad, I’m bad-come on, you know
(bad bad-really, really bad)
And the whole world has to answer right now
Just to tell you once again,
Who’s bad....
 
- Do góry. Do nieba – Zack zabezpiecza pistolet.
Widział karawanę. Czekali na tych frajerów w knajpie dziesięć mil dalej. Bogaty dzieciak bonza z Vegas, który miał zmężnieć na szlaku. Ochroniarz, za którego pracowały imponujące blizny na gębie. Szef karawany, który beknie za wszystko - a chciał tylko nastraszyć dzieciaka i uciekł mu piętnaście mil, kiedy ten zapił i nie potrafił rano wstać z łóżka. Świat jest zajebiście niesprawiedliwy.
 
***
 
Drogi na północ i południe stały się bezużyteczne, więc zmienił plany. Jadąc na wschód zatrzymał się w jakiejś wiosce. Miejscowi posłusznie wyparowali od stolika przy oknie, z którego mógł obserwować swój samochód. Wiocha wyglądała na bogatą i spokojną. Dorośli obserwowali kabriolet Chevroleta Camaro z dystansu, a dzieciaki, stopa po stopie, zbliżały się do wozu, żeby oswoić się z kompletną karoserią, napatrzeć na chrom, odbić ślady tłustych łap na szybach. Kiedy właściciel dinera postawił przed Zackiem szklankę wody, chłopcy stali w rzędzie jakieś dwadzieścia stóp od wozu i wskazywali paluchami różne detale, przekrzykując się piskliwymi głosami. Coś, co kiedyś nazywano mutacją głosu, było jeszcze przed nimi. Teraz czasy były takie, że jeśli coś nazwano mutacją głosu, to właściciel zjawiska pisał testament.
 
Kiedy Zack zamawiał jedzenie, dwóch chłopców wkładało paluchy do obu wylotów rury wydechowej.  
- Ci dwaj wyrosną na zboczeńców – rzucił do właściciela – dziesięć lat, a już pchają palce w obie dziury.
Właściciel uśmiechnął się trochę. Jakby zrozumiał, że to był żart, ale nie zrozumiał, o co w nim chodziło. Zack odwrócił się do okna i obserwował rozwój wypadków. Jak był dzieciakiem też wykazywał duże zainteresowanie cudzymi samochodami. Właściwie to nie tylko samochodami, ale wszystkimi rzeczami innych ludzi. Raz nawet odjechał na pace pick-up’a, kiedy buszował pod plandeką w poszukiwaniu drobnych gambli. Udało mu się zeskoczyć dopiero kilka mil dalej i kiedy wracał przez pół miasta do domu, dostał od dzieciaków z innej dzielnicy pierwszy porządny łomot w życiu.
- O ja pier... – wyrwało mu się bezwiednie, kiedy uzmysłowił sobie, że to było ponad piętnaście lat temu. Knajpa ucichła nieco, jakby sprawdzając, czy to nie do niej. Tylko jeden redneck poczuł się do obrony honoru sioła.
- Masz jakiś problem, gościu? – warknął do Zacka z sąsiedniego stolika i odsunął trochę krzesło. Jego kolesie nie odrywali wzroku od swoich szklanek.
Zack ocknął się nagle i spojrzał na niego pytającym wzrokiem. Starał się przypomnieć sobie, co takiego się stało, że ten tłusty wał ma do niego jakieś wonty, ale nic nie pasowało. Ostatnie kilka minut spędził w Santa Fe i nie miał bladego pojęcia, co jest grane.
- Nie twoja wieśniacka sprawa, więc ściągnij zwieracze na ryju  – odpowiedział intuicyjnie. Patrzyli sobie przez chwilę w oczy, ale niedoszły przeciwnik pogubił się w logice wydarzenia i spojrzał pytająco na swoich kumpli.
- No. Właśnie. Kurwa. – zakończył ambitny wywód Hernandez i odwrócił się do okna. Chłopcy otoczyli samochód. Zaglądali do środka, przeglądali się w lusterkach i kopali opony. Na stół wjechała taca burgerów z frytkami, a właściciel dolał mu wody tak solidnie, że taca zamieniła się w sadzawkę. Zackowi nie chciało się awanturować – szybko wrzucił w siebie wszystko poza zupełnie utopionymi frytkami, popił wodą i wrzucił do pustej szklanki kilka pocisków.
Kiedy wstał, koleś przy sąsiednim stoliku podniósł wzrok. Zack już na niego czekał.
- No i na co się wytrzeszczasz? – warknął.
Redneck spojrzał gdzieś ponad jego ramieniem, w stronę cykającego na ścianie zegara. Zack nie czekał, aż obudzi się w nim urażona ambicja. Zapalając fajkę wyszedł z knajpy. Dzieciaki momentalnie odskoczyły od karoserii.
- Chcecie dostać po kilka gambli? – rzucił do nich, podchodząc do wozu.
Kilku gapiło się na niego, jakby nie usłyszeli. Kilku pokiwało głowami, że chcą.
- No dobra – otworzył bagażnik i zarzucił sobie plecak na ramię – to skombinujcie sobie wiadro, jakieś szmaty i wypucujcie samochód w środku. Tylko cały i dokładnie, wszystko ma błyszczeć jak... – jedyne co miał w głowie to psie jajca, a to nie było porównanie dla dzieci – jak...
- Psie jajca? – pisnął nieśmiało jedyny rudy szkrab i gapił się w swoje bose nogi.
- Dokładnie – Zack uśmiechnął się szeroko – ma się lśnić jak psu jajca. Tylko uważajcie na piach. Jak mi go naniesiecie do środka, to będzie guzik, nie gamble. Okay?
Pokiwali gwałtownie głowami i uśmiechnęli się szeroko. Rzecz jasna nie ruszyli się nawet o cal. Zack zatrzasnął bagażnik i odwrócił się do nich.
- Do roboty! – krzyknął i klasnął głośno.
Podziałało. Dzieci rozbiegły się we wszystkie strony, a Zack ruszył do sklepu, który upchnięty był pod resztkami banku. Jak na złość benzyny było mało i do tego marnej jak rzadko która. Właściciel sklepu ze swoimi dwoma synami próbowali go przekonać, że nie będzie miał gdzie zatankować przez następne sto pięćdziesiąt mil, ale Zack nie dał się nabrać. Miał tego pożałować w przyszłości. Teraz wymienił dwa pudełka zbędnej amunicji myśliwskiej na dwie butelki benzyny, prawie nowy magazynek do AK, olbrzymią konserwę, dwa żółwie, dwanaście przedwojennych Snickersów i Zippo bez kamienia. Znalazł też pudełko czapek Jankesów, które wraz z biżuterią właścicieli samochodu rozdał dzieciakom, oszczędzając część Snickersów. Tylko rudzielec dostał cały baton, reszta musiała się podzielić. Spodziewali się więcej, ale jakoś to łyknęli.
 
Wjeżdżając na międzystanową odpakował batonik, położył załadowanego obrzyna i garść loftek na sąsiednim siedzeniu, włożył czapkę Jankesów i ciemne okulary. Wrzucił batonik do ust i rozkoszował się smakiem czekolady, karmelu i prażonych orzeszków. Później zapalił fajkę, włączył radio i przydepnął gaz. Samochód ryknął i skoczył do przodu.
 
...Feel the city breakin' and everybody shakin'
And we're stayin' alive, stayin' alive
Ah, ha, ha, ha, stayin' alive, stayin' alive
Ah, ha, ha, ha, stayin' alive
 
- U-ha-ha-ha! – wył Zack, próbując przekrzyczeć silnik – Stayin’ aaaaaaaaalive!
 
Well now, I get low and I get high
And if I can't get either, I really try
Got the wings of heaven on my shoes
I'm a dancin' man and I just can't lose
You know it's all right, it's OK
I'll live to see another day
We can try to understand
The New York Times' effect on man
 
Whether you're a brother or whether you're a mother
You're stayin' alive, stayin' alive
Feel the city breakin' and everybody shakin'
And we're stayin' alive, stayin' alive
Ah, ha, ha, ha, stayin' alive, stayin' alive
Ah, ha, ha, ha, stayin' alive
 
- Hu-hu-hu-wa... – w lusterku pojawiły się światła. Złapał obrzyna – Stayin’ alive! Yeah!
 
Life goin' nowhere, somebody help me
Somebody help me, yeah
Life goin' nowhere, somebody help me
Somebody help me, yeah, stayin' alive
 
Redakcja: Hipiss, Hendley

Informacje dodatkowe:
 

Komentarze:


 
16-09-2007, 09:35 | Wiewiór | Komentarzy w sumie: 942
Ano, zgadzam się - w porządku dziełko :)


 
01-09-2007, 13:54 | Hendley | Komentarzy w sumie: 266
Mocne, ostre i brutalne. Dokładnie takie, jakiego mi tutaj brakowało. Bardzo fajny tekst.



Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   

Witamy w Bunkrze - stronie poświęconej Neuroshimie. Prosimy o opanowanie i stosowanie się do zaleceń obsługi Bunkra - od tego zależy Wasze bezpieczeństwo.

***
 
Pamiętaj! Bunkier wciąż potrzebuje nowych ludzi! Ludzi zdolnych, zdecydowanych i wytrwałych! To możesz być właśnie Ty!

***
 
Dowództwo Bunkra przypomina o nieustającej potrzebie wyrażania konstruktywnych opinii za pośrednictwem Komentarzy.
Profil użytkownika
Pseudonim

Hasło

Zapisz login

Przypomnij hasło!
Rejestracja

Szukaj

Nowości w V-Sklepie