Valkiria Network | V-Game | Gry komputerowe | Ogniem i Mieczem | Gry fabularne | Dzikie Pola | Neuroshima | Świat Mroku | Warhammer
Film | Star Wars | Literatura | Andrzej Pilipiuk | Jacek Komuda | Zmierzch | Komiks | Planszówki | Karcianki | Wędrowycz | Bitewniaki | II wojna światowa
  
Śmigłowiec
 21-07-2007, 10:09
 Islam Gerej III
 4783 x przeczytano

Pewnie widziałeś przynajmniej raz w tym swoim nędznym życiu jakiś samolot. Kadłub, skrzydła, ogon i podwozie, czasem jakieś uzbrojenie, może przedział dla pasażerów. Jednym słowem szpan, komfort, koszta i niebezpieczeństwo. Pierwsze zrozumiałe chyba, stu chłopa zasuwa na piechotę, dziesięciu ma jakiegoś grata, pięciu wypieszczony motor a tylko jeden na…100 000, nadający się do użytku aeroplan. Więc kto poderwie tamtą pannę w bluzie z napisem „I like Vietnam”? Nie zaprzeczysz też, że przyjemniej jest sobie frunąc w chmurkach i w godzinę pokonać dystans na trasie NY-Toronto aniżeli pruć przez pustynie w rozklekotanym pontiacu. Nie musisz się obawiać, że coś cię zeżre na pustyni, ktoś obrobi i zakatuje albo po prostu, zabraknie Ci paliwa. Ha, mówisz, że chyba gorzej, jak w samolocie zabraknie benzynki? OK, ale ja nie chciałbym tydzień zdychać w rozżarzonym piachu z pragnienia, bez żadnej nadziei na pomoc. Tak, to rozpieprzysz się o ziemie i nie będzie nawet co zbierać – raz a dobrze! No ale jak już o benzynie, to fakt, samolocik droższym jest w utrzymaniu. Tu już nie wystarczy znaleziona whisky czy rozcieńczany sikacz z lokalnej dystrybutorni. Tak więc, jeśli ledwo ciułasz na wymarzonego colta to zapomnij chłopie o jakimś tam Douglasie czy nawet małej awionetce. Zrób se lepiej latawiec… Niebezpieczeństwo? Jakie niebezpieczeństwo, ja tak powiedziałem?
 
Rozgadałem się, podsumowując taką zabaweczką możesz sobie tu wylądować, tam wystartować, gdzieś przelecieć, czasem się rozbić. Dobre dla psycholi i bogaczy, do mnie to osobiście nie przemawia. Co innego helikopter. Ta maszynka stała się symbolem nowoczesnej wojny. No nie tej z Molochem, ale choćby konflikt w dżungli, z arabami czy innymi bambusami nie mógł by się odbyć bez starego, poczciwego Apacza czy innej Cobry.
Nie mówię, że śmigło na górze sprawia że jesteś zajebisty i w ogóle możesz robić co chcesz ale przywilej zawiśnięcia w miejscu to niewątpliwie wielka zaleta. To samo z wymaganiami do lądowania. Takim dolnopłatem to będziesz potrzebował kilometra na pas a i tak się na końcu wpakujesz w jakiś kamulec. A śmigłowiec? No co, wajcha w dół, dwa pstryczki i już siedzisz na jakimś dachu, barce czy nawet lawecie. Nie wierzysz, zapytaj Oliviera.
 
Ostatnio przejeżdżałem przez taką jakąś zabitą dechami dziurę na południe od Houston w Teksasie. Nic szczególnego, pewnie oprócz mnie to na świecie drepta ze stówa ludzi którzy tam byli lub chociaż obiła im się o uszy nazwa tej wiochy – Hardtown. Co tam było ciężkiego to nie wiem, chyba ten stary Dziadu z brodą do kolan. No, gościu mógł mieć te 160 kilo tłuszczu. Wiesz czemu gadam o tej „metropolii”? Bo właśnie tam znajduje się chyba jedyny na kontynencie, a na pewno na południe od Kansas City helikopter, autentyczny górnowirniko coś tam. I to na chodzie! Jest na obrzeżach wioski taka mała wylewka z betonu, dookoła przymocowane latarki i inne świecące urządzonka, wyrysowana farbą magiczna literka „H” oraz stojąca nieopodal stodoła zamieniona na hangar. Wszystko to należy do Oliviera i jego ludzi. Szczęściarze, mają na chodzie podrasowane UH-1, zwane potocznie Huey a do tego nie skromny zapasik paliwa do tego potwora. Piękna sprawa, tysiąc koni mechanicznych zakutych w skorupę mogącą bez tankowania przebyć te 400 kilometrów. Może to i nie jest zadziwiająco szybkie, ale gdy banda Oliviera załaduje się na helikopter po śniadanku to na obiad przywiozą jeszcze z Nowego Orleanu, świeżutkie rybki. Ja nie wiem skąd oni to mają, jedni coś wspominają o jakimś muzeum lotnictwa, inni o wydobyciu wraku gdzieś w Neodzungli jeszcze inni przypisują go jako owoc pracy inżynierów Oliviera. No tak dobrze, to chyba nie mają – nikt ci z niczego nic nie zbuduje. A już na pewno nie taką śmiercionośną platformę do napieprzania z automatu, która w dodatku fruwa. A co ty myślisz, że Olivier to nią ziemniaki napryskuje czy fotografuje teren w celu sporządzenia map? On to ma napięty harmonogram, w sumie to ciekawe jak wygląda jego terminarzyk. 9.00 tankowanie, 9.05 ładowanie sprzętu, 9.30 odlot, 10-14 zadanie nr 1, 14.30 lunch w jakimś przydrożnym „Wietnamczyku” a potem dalej 16-19 zadanie nr 2, może nawet nr 3 i 4 (jak lepszy dzień). A potem to już myciu paciorek i spać. Dzień byłem tylko w Hardtown, a hondy i bmki z przyciemnianymi szybkami to co rusz podjeżdżały. „Olivier to, Olivier tamten”, a Olivier tylko klepał cyferki w kasę fiskalną. Co się opłaci, a czego się nie tykać…
 
No pewnie, że nie tylko Olivier w tym robi, nie mniejsze zasługi dla „firmy” przynosi jego ekipa. Przy takim sprzęcie potrzeba mieć pod ręką kilku fachowców. Co ty myślisz, że te wsiury mu bojler naprawiają jak coś nawali, albo sami siedzą w środku i prują z kałaszy do „celu zadania”? Zaraz po Olivierze w hierarchii stoi Fiodor, pierwszy pilot i naczelny nudziarz. Wyobrażasz sobie dwumetrowego ruska, który ledwo mieści się w kokpicie w dodatku twardziel i pieprzony wnuk jakiegoś krasnoarmiejca…jest? To tak nie wygląda za cholerę Fiodor, mały, wychudzony knypek któremu morda się nie zamyka. Trzeba się skupić, sprawdzić broń, uważać by nie wypaść z 2000 metrów a ten nawija o znalezionym jogurcie, o swoim kuzynie co ma cały czas biegunkę, albo jak ja przejeżdżałem to akurat było o dinozaurach. No można by go wypieprzyć z drużyny a najlepiej to zarżnąć i zakopać by już więcej nikogo nie męczył swoimi „eposami” no ale kto wtedy będzie pilotował maszynę?. Drugi pilot – Sokole Oko – jest jednocześnie nawigatorem, radiooperatorem a na dodatek przewodnikiem. Tak, drużyna często dostaje zadania typu ‘Search and destroy”. A gdzie coś najłatwiej zgubić? W dżungli, a że akurat obok badyle rosną (no z dwie godzinki lotu na zachód zaczyna się Neodżungla) to i nie rzadko chłopaki musza zapuszczać się w tamte rejony. Fiodor wtedy zawiesza maszynkę w powietrzu a reszta się spuszcza (ej!) po linie na dół. No i tu zaczyna się działka Sokolego Oka, czy Franca jak kto woli. Facet jako dzieciak żył jeszcze w San Antonio, no ale mieszkańcy przegrali z zieleniną i trzeba było się wynieść. Franco jednak, dużo się nauczył i to dzięki niemu, drużyna nie topi się teraz w bagnach lub nie kona w męczarniach po ukąszeniu jakiegoś komara. Miejsce w ekipie ma też Vincent, małolat z Vegas, którego kumple wywieźli z miasta i zakopali po szyje w piachu. Dla jego dobra – tak się bossom naraził, że jakby go dorwali to…mówi się tak, nie: „ręka, noga, mózg na ścianie”. Po co dzieciak Olivierowi? No są sytuacje, że trzeba komuś coś zaiwanić lub powęszyć trochę. Jak znalazł fucha dla Vincenta, wkręci się w towarzystwo i dla dobra drużyny może pomyszkować. W dodatku zna się też trochę na mechanice, więc jest pomocny mechanikowi ekipy. Stary Heniek, imigrant zza oceanu…chłopaki się śmieją, że nie wiadomo co starsze: Heniek czy Huey. Ale to tylko zaleta, doświadczenie owocuje znajomością każdej śrubki w tej machinie, największe uszkodzenie potrafi zniwelować w kilka chwil – Henio w młodości musiał z traktora zrobić ekskluzywnego merola, tak by klient się nie połapał. Tak kolego, na wschodzie było inaczej…W ekipie jest jeszcze czarnuch Bob, no jak na murzyna przystało spec od czarnej roboty. Szef każe popierdalać 10km przez pustynie tylko po to by zobaczyć czy rośnie tam taki a taki kaktus – yes sir! Trzeba wziąć M60 w łapy i pruć pół godziny bez wytchnienia do uciekającego jeepa – bez gadania! W dobrym teamie zawsze potrzebna jest taka ofiara,…ehh…osoba. No ekipę wypełnia jeszcze Micky – strzelec pokładowy z Miami, Li z …nie mam kurwa pojęcia skąd i oczywiście Olivier. Ten ostatni to bardziej przypomina jakiegoś wojskowego z frontu lub napalonego patriotę z NY a nie szefa zabijaków i skurwysynów. Twarz oficera, mięśnie pakera, oficerki, spodnie w moro i t-shirt z nieśmiertelnikami na szyi. Zawsze się zastanawiałem jak to jest z tymi blaszkami z wygrawerowanymi nazwiskami. Jaki kurna nieśmiertelny, łeb jak  każdy inny…9mm zawsze pomaga. No ale wracając do szefa, swoi złego słowa na niego nie powiedzą. Daje podobno w kość, ale najwyżej tyle co trzeba. To nie jest typ kata treningowego, zresztą to nie są rekruci, zakichane żółtodzioby co nie wiedza którą stroną karabinu się strzela. Mimo zarobkowego celu istnienia drużyny, w ekipie panuje w miarę znośna atmosfera. Nikt się z siekierą po lądowisku nie gania, ale tez na per „pan” sobie nie mówią.
 
Pewnie teraz jesteś ciekaw jak radzi sobie taka banda i ile za to bierze? Szczerze….nie wiem. Wydaje mi się, że tanio sobie nie liczą – w końcu konkurencji brak. Wynajmując ich ma się pewność, że znają się na rzeczy, weźmiesz sobie jakiś pieprzonych fagasów, to pierwsi się zgubią w dżungli a Ci? Także podejrzewam, że ze dwie ciężarówki części, broni oraz z cysternę paliwa to trzeba mieć na zbyciu, żeby znaleźć się w terminarzyku Oliviera. A co otrzymujesz w zamian? Śmigłowiec bojowy z grupką najemników XXI wieku, którzy choćby się mieli zesrać to i tak zadanie wykonają. Zamawiasz, płacisz a oni już załatwiają resztę….ty w tym czasie możesz sobie chipsy zeżreć.
 
Jak wyjeżdżałem z wiochy to właśnie startowali. Wcześniej upychali do środka broń, amunicje, pełno kanistrów z paliwem i potrzebny do przeżycia w dżungli ekwipunek. Swoją droga fajny widok, zawsze to jakieś nowe przeżycie. Na przedzie maszyny namalowana jesz rozwarta szczeka rekina, w sumie nic oryginalnego jak na śmigłowce ale stojącego facia na płozie z łukiem w ręku to pierwszy raz widziałem. Skoczyli na jakieś 300m i dawaj po garach…człowiek tylko się piaskiem zakrztusił jak powiało do wirników. Tak mi się teraz wydaje, że lecieli na grubszą czy jak by pasowało do Hardtown „cięższą” misję. Raz, że specjalnie na ta okazje wzięli jakiś dwóch narwańców z Nowego Orleanu  (Olivier mówił, że Pit i Spency załapują się czasami na kurs jak potrzeba dodatkowych spluw) a dwa, że do helikoptera była podwieszona jakaś bomba, czy rakieta. Dzieciaki z wioski mówili coś o napalmie…
 
Redakcja: Hendley

Informacje dodatkowe:
 

Komentarze:


 
27-07-2007, 19:16 | Hendley | Komentarzy w sumie: 266
Nie podoba mi się w zasadzie tylko jedno. Pod jaką, do cholery, kategorię należy podpiąć ten tekst? W sumie trochę to Miejsce, trochę to Postać, trochę to Organizacja, wstęp zaś wybitnie Artykułowy :p



Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   

Witamy w Bunkrze - stronie poświęconej Neuroshimie. Prosimy o opanowanie i stosowanie się do zaleceń obsługi Bunkra - od tego zależy Wasze bezpieczeństwo.

***
 
Pamiętaj! Bunkier wciąż potrzebuje nowych ludzi! Ludzi zdolnych, zdecydowanych i wytrwałych! To możesz być właśnie Ty!

***
 
Dowództwo Bunkra przypomina o nieustającej potrzebie wyrażania konstruktywnych opinii za pośrednictwem Komentarzy.
Profil użytkownika
Pseudonim

Hasło

Zapisz login

Przypomnij hasło!
Rejestracja

Szukaj

Nowości w V-Sklepie