Valkiria Network | V-Game | Gry komputerowe | Ogniem i Mieczem | Gry fabularne | Dzikie Pola | Neuroshima | Świat Mroku | Warhammer
Film | Star Wars | Literatura | Andrzej Pilipiuk | Jacek Komuda | Zmierzch | Komiks | Planszówki | Karcianki | Wędrowycz | Bitewniaki | II wojna światowa
  
Psy Wojny
 30-11-2005, 02:15
 Mar_cus
 4334 x przeczytano

Po tym, jak Moloch pieprznął w nas tym wszystkim, co mieliśmy przygotowane na innych, wiele rzeczy przestało istnieć – jakby to powiedział niejeden popapraniec z Salt Lake City – na amen. O części z nich, i to wcale nie małej, wciąż się opowiada i wspomina z utęsknieniem, ale są również i takie, których w ogóle się nie pamięta, a jeśli znajdzie się jakiś pokręcony przez reumatyzm dziadyga, uchowany jeszcze sprzed wojny, i wspomina o takich rzeczach, ludzie kiwają tylko z politowaniem głowami i wkładają jego opowieści między bajki.

Nie wszystko jednak odeszło w niepamięć, choć nie zawsze wiedza o tym jest powszechna. Na przykład takie korporacje najemników, których w Stanach przecież mało nie było. Co z tego, że większość wyparowała jednocześnie z błyskiem nuklearnym, skoro zachowała się o nich pamięć i przynajmniej jedna, która kontynuuje przedwojenne tradycje. A przynajmniej stara się je podtrzymywać i wydaję się, że jej się to udaje.

„Mullins & Colbein”. Tę nazwę rozpoznaje się niemal na całym Wschodnim Wybrzeżu, a na pewno w Nowym Jorku. Nie może być inaczej, gdyż firma ma swoją siedzibę w tym właśnie mieście. Jej placówki rozsiane są dość gęstą siecią od Bostonu po Norfolk, sporą ich ilość można odnotować na terenie Federacji Appalachów i wzdłuż wybrzeża, aż po Jacksonsville. Dalej na południe Florydy jest im już o wiele trudniej się przepchnąć, ze względu na silne wpływy, jakie roztacza tam Miami wraz z przyległościami.

Nowojorczycy lubią porządek i za wszelką cenę chcą, żeby wszystko znów było tak jak dawniej. Budują szkoły, stawiają szpitale, organizują armię. Nawet najemnicy w NJ zostali zinstytucjonalizowani (zna się te słowa, nie?). Wszystko musi być tak jak dawniej, bez wyjątku. I nie myśl sobie, że władze tego miasta pozwoliłyby na działanie na ich terenie jakiejś niezdyscyplinowanej, uzbrojonej bandy, określającej się mianem najemników. Nawet słynne na całym chyba kontynencie Pazury miałyby nieliche problemy, żeby zostać zaakceptowaną grupą, tutaj, gdzie „odradza się naród”.

„Mullins & Colbein” to prawdziwa najemnicza korporacja, której historia nie jest może zbyt długa, jeśli porównamy ją z innymi, istniejącymi przed wojną. Jedna jednak rzecz wyróżnia ją spośród tamtych – istnieje nadal, choć nieco zmieniła swoje priorytety i sposób działania. Nadal jednak jest korporacją, której celem jest wynajmowanie swoich ludzi do odwalania za innych brudnej roboty (choć nie będą pracowali w kopalni węgla w FA).

Nazwa firmy wywodzi się od jej założycieli i pierwszych udziałowców. Powstała jakieś dziesięć, może trochę mniej, lat przed powstaniem Bestii i od początku swoją siedzibę miała w Nowym Jorku. Kiedy na miasto spadły bomby i rozpętało się prawdziwe piekło, ci, którzy przez wiele lat upierali się, że system podziemnych schronów pod główną siedzibą korporacji jest sprawą ważną, mogli z satysfakcją powiedzieć: „A co, nie mówiłem?!”. Oczywiście miejsca nie starczyło dla wszystkich. Ocaleli tylko wybrani i najbardziej potrzebni ludzie, dysponujący umiejętnościami, których nie można nauczyć się z dnia na dzień, oraz oczywiście zarząd korporacji (zawsze zostają ci, którzy coś umieją, i ci, którzy są przy władzy, nawet jeśli są zupełnie pozbawieni jakichkolwiek talentów).

Śmiercionośny opar i trujące chmury tak naprawdę nigdy nie opuściły Nowego Jorku i stały się jego wizytówką. Ale kiedy tylko powietrze nieco się przerzedziło i nie zabijało od jednego haustu, ludzie wypełzli na powierzchnię, aby zacząć wszystko od nowa. Niektórzy mieli tyle szczęścia, że nie musieli martwić się o podstawy egzystencji w zniszczonym świecie i po prostu dostosowali się dość szybko do nowych warunków.

Z zagłady w korporacji „Mullins & Colbein” ocalało grubo ponad stu pracowników, z czego większość stanowiła personel techniczny i logistyczny. Nieco ponad 10% stanowili prawdziwi najemnicy, żołnierze korporacji, wyszkoleni i twardzi. Ale nawet dla nich nowy świat okazał się na początku prawdziwym wyzwaniem. Kiedy zaczęli jeździć na pierwsze akcje, wynajmowani przez okoliczne miasta i osady do pozbycia się zmutowanego ścierwa, szybko okazywało się, kogo na co stać. Selekcję przeszli najbardziej odporni i najlepiej wytrenowani. Swoje powoli zaczynał robić również wiek. Jeśli chodzi o logistykę i sprawy techniczne, pamiętający jeszcze czasy przedwojenne pracownicy firmy są nadal jej najcenniejszym skarbem i w ich przypadku wiek nie odgrywał aż takiej roli. Jednak dla działających „w polu” żołnierzy, których z każdą misją ubywało, nadchodził kres aktywności i zbliżał się czas pożegnania z bronią. Szybko jednak znaleziono dla nich nowe zajęcie, mniej męczące i w ogóle nie związane z ryzykiem przedwczesnego i gwałtownego zgonu, czyli trenowanie nowych kadr najemników, mających powiększyć szeregi korporacyjnej armii.

Ze swojego zadania wywiązali się znakomicie (a niektórzy nadal to robią, jak choćby stary Stephen „Byk” Folley, który ma już prawie osiemdziesiątkę na karku). W chwili obecnej w czynnej służbie, to znaczy bezpośrednio w akcjach, bierze udział blisko 400 ludzi. Resztę stanowią technicy, zajmujący się konserwacją i naprawą sprzętu, a także wyszukiwaniem nowych gambli, no i oczywiście ludzie odpowiedzialni za planowanie nie tyle pojedynczych akcji (bo tym zajmują się sami najemnicy), co raczej długofalowych działań, mających na celu zabezpieczenie interesów korporacji, a przy okazji również Nowego Jorku.

Trzeba bowiem wyraźnie zaznaczyć, że mimo ogromnej niezależności, „Mullins & Colbein” pozostają korporacją pod wielkim wpływem władz miasta. Dotyczy to przede wszystkim szeroko pojętych kontaktów z pozostałymi siłami, próbującymi znaleźć swoje miejsce w zniszczonych wojną Stanach. Żadna z akcji, przeprowadzanych przez najemników korporacji, nie może być wymierzona w aktualnych sojuszników NJ. Odnosi się to nawet do tych najdrobniejszych, w których często celem jest pozbycie się jakiejś jednej osoby, która zalazła komuś za skórę. Sojusznicy miast są dla „Mullins & Colbein” nietykalni. Co więcej, najemnicy wynajmowani są również przez sojuszników Nowego Jorku, choć nie zawsze. Oczywiście od każdej reguły są wyjątki, więc i w tym przypadku nie może być inaczej. Jeśli to sojusznik zaczyna bruździć i nie szanuje wcześniej zawartych umów, najemnicy ruszają do akcji i starają się ją tak zorganizować, żeby winnym okazał się ktoś inny – najlepiej wspólny wróg.

Droga do szeregów korporacji nie jest łatwa, ale dla kogoś, komu naprawdę zależy na karierze najemnika, ze znakomitym zapleczem i perspektywami na przyszłość, stoi otworem. Wystarczy tylko zgłosić się do kwatery głównej, mieszczącej się w Nowym Jorku, i odczekać jakiś czas, podczas którego władze korporacji rozpatrują podanie kandydata (tak, trzeba wypełnić podanie, więc lepiej naucz się czytać i pisać). Jeśli kandydat spełnia wymagania firmy, wysyłany jest do obozu treningowego, jakieś 40 mil na północ od NJ, do mieściny Mianus, i tam zaczyna się żmudny okres treningowy, trwający od sześciu do dwunastu miesięcy. A potem składa się przysięgę na wierność Konstytucji, miastu Nowy Jork i korporacji, dostaje przydział do którejś z wielu placówek i rozpoczyna się pracę. Prawie jak za starych, dobrych czasów.

Nieco inaczej wygląda sprawa z chętnymi do pracy w zaciszu warsztatów. Ich szkolenie jest dłuższe i trwa dwa lata, podczas których opanowują nie tylko podstawowe umiejętności bojowe, ale przede wszystkim rozwijają umiejętności techniczne lub inne, z którymi zgłosili się do korporacji, a także wiele innych potrzebnych rzeczy, zgodnie z ich uzdolnieniami (które sprawdza się za pomocą serii testów, więc naprawdę powinieneś umieć czytać i pisać).

Jeśli chodzi o chętnych do wstąpienia w szeregi korporacji, tych nie brakuje i pewnie przez długi jeszcze czas nie zabraknie. Zachęcają perspektywy, doskonały, jak na obecne czasy, sprzęt i doskonałe zaplecze logistyczne. Jest to jednak praca dla ludzi na poziomie, którzy cenią sobie trwałość i tradycje. Nie ma tu miejsca dla morderców i rządnych krwi szaleńców, więc jeśli pochodzisz z Południowej Hegemonii, to zabieraj swoją paskudną gębę tam, skąd przyszedłeś, i nie pokazuj się pośród prawdziwych Amerykanów!

Autor: Piotr Orliński
Redakcja: Marek "Mar_cus" Szumny


Komentarze:


 
18-03-2008, 11:05 | Valagar | Komentarzy w sumie: 1
fajne opowiadanie



Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   

Witamy w Bunkrze - stronie poświęconej Neuroshimie. Prosimy o opanowanie i stosowanie się do zaleceń obsługi Bunkra - od tego zależy Wasze bezpieczeństwo.

***
 
Pamiętaj! Bunkier wciąż potrzebuje nowych ludzi! Ludzi zdolnych, zdecydowanych i wytrwałych! To możesz być właśnie Ty!

***
 
Dowództwo Bunkra przypomina o nieustającej potrzebie wyrażania konstruktywnych opinii za pośrednictwem Komentarzy.
Profil użytkownika
Pseudonim

Hasło

Zapisz login

Przypomnij hasło!
Rejestracja

Szukaj

Nowości w V-Sklepie