Valkiria Network | V-Game | Gry komputerowe | Ogniem i Mieczem | Gry fabularne | Dzikie Pola | Neuroshima | Świat Mroku | Warhammer
Film | Star Wars | Literatura | Andrzej Pilipiuk | Jacek Komuda | Zmierzch | Komiks | Planszówki | Karcianki | Wędrowycz | Bitewniaki | II wojna światowa
Valkiria - Polub nas na Fejsie
  
Stracone wspomnienia - opowiadanie
 03-06-2009, 23:20
 Brak Danych
 9335 x przeczytano

Praca nadesłana na Konkurs Literacki – Zmierzch
Autorka: Katarzyna Molenda
Nagroda: II miejsce
Uzasadnienie: Tekst, w którym zastosowano najwięcej różnych zabiegów literackich i to one pomogły w pełniejszy, bardziej plastyczny sposób ukazać tę historię. Punktowaliśmy tutaj przede wszystkim koncept i brawurę, a niekoniecznie wykonanie. No to jazda!
Wszystkie prace konkursowe zamieszczane są w oryginale – bez korekty i redakcji.


Stracone wspomnienia

Może to lepiej, że cały świat nagle rozpłynął mi się przed oczami. Może to lepiej, że łzy, nic nie robiąc sobie z tego, iż tak bardzo chciałam je powstrzymać, wezbrały pod moimi powiekami, a następnie ciepłymi strużkami spłynęły wzdłuż policzków. Może to lepiej, że zamiast rozjaśnionego cudownym, majowym słońcem cmentarza i zgromadzonych na nim ludzi widziałam teraz świetlne wężyki, plamy zieleni i nieforemne, czarne sylwetki. Lepiej, bo widok świeżego, białego nagrobka z napisem „ Chloe Schaeffer, ur. 30 maja 1917 roku, zm. 29 maja 1928 roku. Szczęśliwych jedenastych urodzin w niebie, Aniołku” sprawiał mi ból nie do opisania.
Chloe. Moja najlepsza przyjaciółka. W przeciwieństwie do mnie nigdy nie miała złego humoru. Wiecznie uśmiechnięta, ze swoją niesforną szopą drobnych loczków w kolorze dojrzałego zboża rzucała się w oczy na kilometr. Jak to się stało, że tamten woźnica jej nie zauważył, gdy wbiegała na drogę? I czym tak drobna i śliczna istotka mogła wystraszyć o tyle większego od niej konia, że ten aż stanął na tylnych nogach, a potem…
-Mamo- zaszlochałam głośno, nie mogąc już dłużej się powstrzymać.
-Ciiii, kochanie- matka ścisnęła mnie mocniej za rękę- Nie zwracaj na siebie uwagi…
Za późno. Joan Schaeffer, mama Chloe, stojąca w pierwszym rzędzie, przez całą ceremonię wsparta na ramieniu swojego przygarbionego męża, odruchowo zwróciła w moją stronę zapuchniętą od płaczu twarz. Przez chwilę tylko patrzyła na mnie nieprzytomnie, po czym nagle jej oczy zmrużyły się w dwie wąskie szparki, a usta wykrzywiły w wyrazie nienawiści.
-Ty!- zaskrzeczała, puszczając rękę męża i wskazując mnie palcem, aby nikt ze zgromadzonych nie miał najmniejszych wątpliwości, kogo ma na myśli- To twoja wina! Wiedźma! Wiedźma!!!
Wszyscy odwracają się w moim kierunku. Czuję, jak matka chwyta mnie za ramiona
i popycha w stronę wyjścia z cmentarza. Przerażenie sprawia, że plączą mi się nogi. Potykam się o własne stopy.
-Wiedźma!- ciągle słyszę za sobą krzyki pani Schaeffer- To ona rzuciła klątwę na moją córkę!
Wybucham głośnym płaczem. Moja głowa zaczyna pulsować bólem, zupełnie jakby próbowało się z niej wydostać jakieś małe, ruchliwe zwierzątko.
-Wiedźma!
Cmentarz rozpływa się we mgle. Ciemność skrywa wszystkie wpatrujące się we mnie twarze. Jestem tylko ja, mój ból i to potworne słowo, odbijające się echem w mojej obolałej czaszce. Wiedźma.

* * * *

-Alice? Wszystko w porządku?- przez czarną mgłę przebija się czyjś głos: ciepły, opiekuńczy i tak różny od zgrzytliwych wrzasków i wyzwisk Joan Schaeffer, jakie dopiero co posypały się w moim kierunku.
Zdezorientowana, odruchowo mrugam oczami, aby usunąć z pola widzenia resztki smolistego oparu.
-Alice? Skarbie, mówię do ciebie!- czuję na policzkach delikatny dotyk dłoni, a do moich nozdrzy dociera jakże znajoma woń wiśniowych landrynek. Znam tylko jedną osobę wiecznie pachnącą owocowymi cukierkami, którym nie może się oprzeć pomimo kilku funtów nadwagi.
-Maggie?- mgła znika bez śladu. Zamiast niej widzę pochyloną nad sobą twarz mojej starszej o dwa lata siostry z szeroko otwartymi, szmaragdowozielonymi oczami, dokładnie takimi samymi jak moje własne.
-Alice- Maggie oddycha z ulgą na dźwięk swojego imienia- Ale mnie wystraszyłaś. Rzucałaś się na łóżku i mamrotałaś jakieś dziwne rzeczy, a ja nie mogłam cię obudzić.
Rozglądam się dookoła i widzę znajome pomieszczenie, urządzone w różnych odcieniach różu i fioletu. Jestem w pokoju, który od wczesnego dzieciństwa dzielę z Maggie.
A zatem najwyraźniej straciłam przytomność na pogrzebie Chloe i ktoś, pewnie tata, przyniósł mnie do domu.
Pogrzeb Chloe. Na samo wspomnienie moje oczy znów wypełniają się łzami. Podnoszę się z łóżka i idę w stronę drzwi, ignorując dalsze słowa siostry. Maggie jest kochana, ale w tej chwili potrzebuję mamy. Pragnę tylko jednego- usiąść na jej kolanach, wtulić się w którąś
z pięknych, kosztownych sukien, jakie nosiła nawet w dni powszednie i na kilka minut rozpłynąć się w poczuciu bezpieczeństwa i zapomnieniu o całym tym potwornym dniu. To nic, że mama zawsze faworyzuje Maggie. To nic, że to nie ja jestem jej najukochańszą córeczką. Przecież nie odtrąci mnie dzisiaj, tuż po tym, jak na zawsze pożegnałam najlepszą przyjaciółkę.
Zbiegam po schodach na parter naszego ogromnego domu. O tej porze dnia mama najchętniej przebywa w salonie. Rzeczywiście, już w holu słyszę dobiegające stamtąd głosy. Może rozmawia z tatą albo podejmuje jakiegoś gościa. Nieważne. Potrzebuję jej. Bez pukania wpadam do salonu. Mama siedzi na kanapie, a obok niej…Joan Schaeffer. Zatrzymuję się jak wryta i ze strachu wtulam głowę w ramiona, ale tym razem na twarzy matki Chloe nie ma śladu nienawiści czy choćby zwykłej antypatii. Przeciwnie, na mój widok jej wargi rozciągają się w szerokim uśmiechu.
-Witaj, Alice. Już dawno nie mieliśmy przyjemności cię gościć. Musisz być bardzo zajęta nauką.
-Alice!- syczy mama- Kto to widział, tak wbiegać bez pukania? Nie tak cię uczyłam!
Nic z tego wszystkiego nie rozumiem, ale za to dostrzegam szansę wyjaśnienia pani Schaeffer, że to nie z mojej winy jej córce przydarzył się ten straszny wypadek.
-Tak mi przykro z powodu Chloe- szepczę, połykając łzy- Będzie mi jej bardzo brakowało.
Joan Schaeffer marszczy brwi.
-Pokłóciłyście się? Drogie dziecko, nie przejmuj się tak, Chloe nie potrafi długo chować urazy. Zobaczysz, że na jej przyjęciu urodzinowym na pewno się pogodzicie.
-Alice!- mama podnosi się z kanapy i chwyta mnie za rękę- Co ty sobie wyobrażasz? Przeszkadzasz nam w rozmowie, bo nie potrafisz dogadać się z Chloe?
Chociaż w salonie jest bardzo wysoka temperatura, ogarnia mnie nagły chłód.
-Jjj…jak too?- zaczynam szczękać zębami- Przecież Chloe nie żyje…wpadła pod dorożkę…
Joan Schaeffer wytrzeszcza na mnie oczy. Mama odwraca się ku niej
z przepraszającym uśmiechem.
-Biedne dziecko, zdrzemnęła się po obiedzie i widocznie przez ten upał przyśnił jej się jakiś koszmar.
-Ach, rozumiem…-pani Schaeffer uśmiecha się do mnie współczująco- Zapewniam cię Alice, że Chloe nic nie dolega. To miło z twojej strony, że tak przejmujesz się jej losem.
Co? Co one obie wygadują? Chloe miała wypadek. Dwudziestego dziewiątego maja, dzień przed swoimi jedenastymi urodzinami. Dzisiaj byłam na jej pogrzebie.
-Idź do siebie, Alice- mama popycha mnie w stronę drzwi. Później porozmawiamy na temat twojego karygodnego zachowania.
Odrętwiała, spełniam jej polecenie. Wspinam się na górę, z powrotem do swojego pokoju. Na szczęście jest pusty, Maggie gdzieś sobie poszła. To dobrze, bo nie mam siły jej teraz tłumaczyć, co się stało i dlaczego cała się trzęsę. Mam zamiar rzucić się na łóżko
i zwinąć w kłębek pod kołdrą, gdy nagle coś przykuwa moją uwagę. Na ścianie obok biurka wisi kalendarz z bukietem róż w wazonie. Codziennie na chwilę przed pójściem spać Maggie zrywa starą kartkę, aby rano żadna z nas nie miała wątpliwości, jaki aktualnie mamy dzień. Jeszcze nigdy nie zdarzyło jej się, aby o tym zapomniała i mam dziwne przeczucie, że nie zaniedbała swojego obowiązku również wczoraj. A skoro tak, to dzisiaj jest 28 maja, a ja znowu zrobiłam to, czego mama tak surowo mi zabrania. Znowu spojrzałam przez okno do przyszłości. Chloe nie umarła. Chloe umrze jutro, a pojutrze, zamiast na przyjęciu urodzinowym, znajdę się na jej pogrzebie. Nie, nie mogę do tego dopuścić…Mamo, musisz mnie wysłuchać, proszę, ten jeden, jedyny raz musisz mnie wysłuchać…tym razem nie chodzi o to, że burza zniweczy plany dotyczące niedzielnego pikniku albo że nasz kot, o którym wszyscy myśleli, że jest samcem, zostawi nam w ogrodzie siedmioro kociąt…mamo, musisz mnie wysłuchać…

* * * *

-Alice, wróć…wróć do mnie…
Ten głos…najdroższy na świecie głos…jak mogłabym go nie posłuchać?
Wracam. Z westchnieniem ulgi odrywam się od wspomnień z czasów, gdy byłam jeszcze człowiekiem. Dziwne. Byłam pewna, że utraciłam je na zawsze, a tymczasem widok nagrobka z napisem „Alice Underwood” wydobył część mojej przeszłości z mroków niepamięci.
-Miałaś jakąś niepokojącą wizję?- stojący tuż obok Jasper wpatrywał się we mnie
z niepokojem.
Pogłaskałam go po pokrytym bliznami policzku.
-To nie była wizja dotycząca przyszłości. Tym razem przeniosłam się w przeszłość- wyjaśniłam, a następnie opowiedziałam mu z najdrobniejszymi szczegółami wszystko, co pojawiło się w mojej głowie.
-Nie powinniśmy byli tu przyjeżdżać- szepnął Jasper, obejmując mnie- Mogliśmy zostawić to wszystko tak, jak było.
-Nie gadaj głupot- mruknęłam z nosem wtulonym w jego kurtkę- Wiem, że na moim miejscu postąpiłbyś tak samo. Chciałbyś wiedzieć. Każdy by chciał.
Jako jedyna z Cullenów nie zachowałam żadnych wspomnień dotyczących mojego ludzkiego życia. Nie miałam pojęcia kto ani dlaczego mnie stworzył. Dopiero w zeszłym roku Bella przypadkiem dowiedziała się, w jaki sposób spędziłam ostatnie lata przed przemianą- jako pacjentka szpitala psychiatrycznego. Na moją prośbę Carlisle rozpoczął żmudny proces poszukiwania owego ośrodka. Nie było to łatwe, jako że okazało się, iż placówka spłonęła kilkadziesiąt lat temu. Ale Carlisle’owi, który chyba jeszcze nigdy nikogo nie zawiódł, udało się odkryć moje prawdziwe nazwisko, nazwę rodzinnej miejscowości, a nawet niewielki kopczyk na pobliskim cmentarzu, w którym rzekomo spoczywały moje doczesne szczątki. To właśnie przy nim stałam teraz z Jasperem.
-Nie wysłuchała cię- mój ukochany bardziej stwierdził, niż zapytał. Wiedziałam, że mówi o mojej matce.
-Nie-powiedziałam cicho- Chloe zginęła, a jej pogrzeb wyglądał dokładnie tak, jak to przewidziałam.
-A w jaki sposób…-Jasper skrzywił się, jakby te słowa z trudem przechodziły mu przez gardło- No wiesz…
-W jaki sposób trafiłam do szpitala?- dokończyłam za niego- Nie mam pojęcia, Jazz…jeszcze nie odzyskałam tego wspomnienia.
Jasper popatrzył mi prosto w oczy.
-Więc może na tym poprzestańmy. Alice, proszę, wracajmy do domu. Nie chcę, żebyś odkryła coś, co jeszcze bardziej cię zrani.
-Naprawdę uważasz, że jeśli teraz wrócę do Forks z podwiniętym ogonem, to kiedyś jeszcze zaznam spokoju?
-Może za jakieś dwieście, trzysta lat…-uśmiechnął się lekko.
-Nawet wtedy. Chodź, kolej na następny etap naszej wyprawy- wzięłam go za rękę
i ramię w ramię ruszyliśmy w stronę ulicy, na której przed kilkudziesięciu laty stał mój dom. A gdy już znaleźliśmy się na miejscu…

* * * *

-Przestań, Alice. Masz natychmiast przestać!- krzyczy mama- Chcesz skończyć jak twoja ciotka Laura?!
Ciotka Laura była rodzoną siostrą mojego taty. Oficjalna wersja, jaką rodzice
z głębokim smutkiem powtarzali znajomym, była taka, że w wieku zaledwie siedemnastu lat zmarła na zapalenie płuc. Naprawdę zaś ojciec już od wielu lat płacił za jej pobyt
w podmiejskim szpitalu dla obłąkanych. Nikt nie chciał powiedzieć mi, jakie były objawy jej choroby. Laura oszalała i tyle, więcej nie miałyśmy prawa wiedzieć, ani ja, ani Maggie. Moją siostrę zresztą niespecjalnie interesowała historia nieszczęsnej ciotki. Ale ja kiedyś podczas zabawy na strychu znalazłam stary, olejny portrecik z podpisem „Laura Underwood”, przedstawiający dziewczynę z delikatną twarzą leśnego duszka, uderzająco podobną do mojej własnej. To wtedy po raz pierwszy poprosiłam rodziców, aby pozwolili mi odwiedzić ciotkę, co przyprawiło mamę o całodniową migrenę. Oczywiście, zgody nie dostałam, ani wtedy, ani później, ale mimo to nie traciłam nadziei, że kiedyś będzie mi dane poznać moją jedyną ciocię, jaka by ona nie była.
-Nie mogę- płaczę- On się zbliża…przyjdzie po mnie…mamo, tak strasznie się boję…
Mama załamuje ręce. Maggie zerka na mnie ze swojego łóżka ze zgrozą w oczach. Żadna z nich nie zbliża się do mnie, czemu zresztą nie mogę się dziwić. Znowu zwymiotowałam przez sen.
Ten koszmar zaczął mnie nawiedzać kilka dni po moich piętnastych urodzinach. Zawsze to samo. Najpierw pojawia się przeraźliwe poczucie pustki i samotności. Leżę na twardym, metalowym łóżku w pustym pokoju o szaroniebieskich ścianach. Jedyne okno przesłaniają kraty, drzwi są zamknięte na klucz. To jeszcze samo w sobie nie jest straszne. Straszna jest świadomość, że znalazłam się w pułapce bez wyjścia. Nie ma dla mnie żadnej nadziei. Wiem, że nigdy się stąd nie wydostanę.
A potem nagle sceneria ulega zmianie. Duży, zapuszczony ogród. Przy kamiennej bramie stoi anioł. Co prawda nie jest ubrany na biało ani nie ma skrzydeł, ale to musi być anioł, bo żaden człowiek nie mógłby być tak oszałamiająco piękny. Ma zamknięte oczy. Jego długie rzęsy rzucają cienie na marmurowo blade policzki. Zbliżam się do niego, zafascynowana. Gdy jestem już na odległość zaledwie kilku kroków, odwraca się w moją stronę i z rozkoszą wciąga powietrze. Błogość łagodzi doskonałe rysy jego twarzy.
-Przyszedłeś po mnie? Zabierzesz mnie stąd?- pytam z nadzieją.
Anioł otwiera oczy i uśmiecha się do mnie szeroko, a ja zaczynam dławić się własnym krzykiem, bo jego tęczówki lśnią rubinową czerwienią, a po ostro zakończonych zębach spływa krew.
-O tak, Alice. Przyszedłem tu właśnie po ciebie.
Wtedy cała zawartość żołądka podchodzi mi do gardła. Zaczynam wymiotować,
a potem wrzeszczeć, niestety, już nie tylko we śnie. I w ten sposób tracę wszelką szansę na ukrycie przed rodzicami i Maggie tego, że moje wizje nie odeszły wraz z pogrzebem Chloe, że chociaż tak bardzo się staram i nawet podkradam mamie nasenne tabletki, wszystkie moje wysiłki idą na marne…

* * * *

-Alice, wróć…wróć do mnie…-Jasper używa swojego najlepszego sposobu na sprowadzenie mnie z powrotem.
-Och, Jazz…mama przyszła do mnie i powiedziała, że jestem już wystarczająco dorosła, aby pojechać z nią do ciotki Laury- wyrzuciłam z siebie gwałtownie najświeższe wspomnienie, to, które przemknęło mi pod powiekami tuż przed tym, jak usłyszałam jego głos- Wiedziała, jak bardzo pragnęłam ją poznać. Ale gdy już tam dotarłyśmy…zostawiła mnie, Jazz. Zostawiła mnie tam.
-Kto to jest ciotka Laura?- zapytał Jasper, zdezorientowany. Zapomniałam, że
w przeciwieństwie do Edwarda nie potrafi czytać w moich myślach. Tym razem oszczędzając mu najbardziej drastycznych szczegółów, przeprowadziłam go przez drogę, jaką mój umysł przebył w ciągu ostatnich kilkunastu sekund.
-Moja biedna Allie- był tak samo wstrząśnięty jak ja- A więc twoja rodzina uznała, że ty również jesteś obłąkana. I bardzo sprytnie wykorzystali fakt, że jako jedyna z nich miałaś w sobie na tyle ludzkich uczuć, aby chcieć nawiązać jakiś kontakt z ciotką, którą pewnie
w swoim czasie potraktowali tak samo jak ciebie.
-Tak…-szepnęłam, spoglądając na budynek, w którym się wychowałam. Był
w zadziwiająco dobrym stanie, widać było, że ktoś troskliwie się nim opiekuje –Jasper, jak oni mogli to zrobić…-nawet moje twarde, wampirze ciało ugięło się pod ogromem bólu, jaki sprawiło mi to wspomnienie. Przywarłam do Jaspera i zaczęłam szlochać w jego kurtkę nie uroniwszy przy tym ani jednej łzy: nasza rasa nie potrafiła uzewnętrzniać swoich emocji tak, jak robią to ludzie. A szkoda. W tym momencie wolałabym raczej poczuć na twarzy słone krople niż roznieść w pył mój rodzinny dom, ale niestety tylko ta druga opcja leżała w moich możliwościach.
-A ty co, gagatku?- rozległ się nagle czyjś surowy, jazgotliwy głos- Nie wstyd ci, że dziewczyna przez ciebie płacze? Co, pewnie chcesz ją rzucić bo nowa zawróciła ci w głowie? I co tak gały wytrzeszczasz, myślisz, że skoro żeś ładny to już nikt ci nic nie powie, ta?
Zaskoczona, puściłam kurtkę Jaspera, odwróciłam głowę w kierunku, z którego wciąż dobiegało trajkotanie i zobaczyłam malutką, białowłosą staruszkę mierzącą mojego ukochanego groźnym spojrzeniem spod ogromnych okularów.
-Nie martw się, kochana, tego kwiatu jest pół świata, znajdziesz sobie lepszego, takiego, który nie będzie miał wyrazu twarzy jak wygłodzony jamnik- świergotała dalej kobiecina, puszczając do mnie oko- Ten na gębie całkiem niebrzydki, ale głupi musi być straszliwie skoro zostawia taką śliczną laleczkę jak ty…
Biedny Jasper. Podbródek drgał mu od powstrzymywanego śmiechu, ale bał się nawet mrugnąć w obawie, że jeden niewłaściwy ruch i dziarska babcia zaraz rozbije mu na głowie ściskaną w rękach parasolkę. Rzecz jasna, to nie guza się obawiał, lecz reakcji kobiety na widok tego, co z jej przeciwdeszczowym sprzętem zrobiłaby twardsza od skały, wampirza czaszka.
Odgarnęłam z twarzy włosy i już otworzyłam usta, aby wytłumaczyć babci, że to nie mój chłopak doprowadził mnie do rozpaczy, gdy nagle usłyszałam, jak kobieta głośno wciąga oddech. Pomyślałam, że pewnie urzekła ją moja nieśmiertelna uroda, przedtem trochę przesłonięta czarnymi kosmykami, teraz widoczna w całej okazałości, gdy jednak padły kolejne słowa okazało się, że nie to było powodem jej reakcji.
-Alice- szepnęła- Mój Boże, Alice…
Zaskoczona, przyjrzałam jej się uważniej i nagle dostrzegłam to, na co powinnam była zwrócić uwagę już na samym początku. Te oczy. To nic, że przesłaniały je grube szkła. I tak widziałam, że są duże i pomimo jej wieku zachowały swój żywy odcień szmaragdowej zieleni. Oczy Underwoodów. Moje oczy sprzed przemiany.
-Maggie- w ostatniej chwili powstrzymałam się, żeby nie powiedzieć tego na głos. Wiedziałam, że jeszcze żyje, wciąż mieszka w naszej rodowej siedzibie i w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat cieszy się nie najgorszym zdrowiem, ale prędzej spodziewałabym się śmierci niż tego, że przypadkiem ją spotkam, nawet stojąc tuż pod jej własną furtką.
-Przykro mi… pani mnie z kimś myli. Jestem Rosalie- skłamałam, podając imię mojej przybranej siostry.
Maggie pokiwała głową ze zrozumieniem, ale w jej oczach czaiło się coś…coś takiego…
-Ona wie- przemknęło mi przez myśl- Jej nie zwiodły moje złotawe tęczówki ani na wieki osiemnastoletnie ciało. Ona wie, że to ja.
-Oczywiście…nie możesz być Alice…ale tak bardzo mi ją przypominasz, mimo że jesteś od niej o wiele ładniejsza- zaśmiała się nagle- Przepraszam kochanie, pewnie się zastanawiasz, o co mi chodzi…widzisz, dawno, dawno temu miałam siostrę. Ona była…wyjątkowa. Miała pewien dar. Umiała przewidywać przyszłość. Dopiero po latach zrozumiałam, że to był dar, a nie szaleństwo, jak stwierdzili nasi rodzice. Umieścili ją
w szpitalu psychiatrycznym. Trzy lata później budynek strawił pożar. Nikt się nie uratował- po jej pomarszczonych policzkach popłynęły łzy- Ale wiesz, co jest najgorsze? To, że nie tylko ona miała ten dar. Ja też go miałam, ale nie byłam tak wrażliwa jak Alice i lepiej umiałam się kontrolować. Potrafiłam odróżnić wizję od teraźniejszości. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że z Alice wcale się od siebie tak bardzo nie różnimy. A potem, gdy ją zabrali, tak długo udawałam, że widzę i słyszę tylko to, co widzą i słyszą inni, że w końcu udało mi się zabić tą cząstkę siebie. Stałam się „normalna”- ostatnie słowo wymówiła z niesmakiem- Taka, jaką chcieli mnie widzieć rodzice. Oto Margaret Underwood, córka idealna, której ludzie nie wytykają palcami na ulicy…
Wiedziałam, że to, iż ogarnął mnie nienaturalny spokój i udało mi się zachować kamienny wyraz twarzy było jedynie zasługą umiejętności Jaspera.
-Jak sądzisz Rosalie…czy gdyby moja Alice żyła, potrafiłaby mi wybaczyć to, że byłam takim strasznym tchórzem? Że nie stanęłam w jej obronie, gdy słyszałam jak rodzice planują umieścić ją w zakładzie? I nie powiedziałam im, że w gruncie rzeczy jesteśmy takie same?- Maggie wpatrywała się we mnie z napięciem.
Może kiedyś, Maggie, ale jeszcze nie teraz. To właśnie chciałam jej powiedzieć, ale była już taka stara, tak niewiele życia jej zostało… Czy mogłam pozwolić, aby umierała dręczona wyrzutami sumienia? Czy ona pozwoliłaby mi w ten sposób umierać? Poczułam na swoich plecach delikatny dotyk Jaspera. Przymknęłam oczy.
-Myślę, że tak, pani Underwood. Wydaje mi się, że Alice potrafiłaby to zrozumieć.

* * * *

-Powiedz mi Allie, czy jest sens przekonywać cię, żebyś tego nie robiła?- grobowa mina Jaspera świadczyła o tym, że doskonale znał odpowiedź na swoje pytanie.
-Absolutnie żadnego- oznajmiłam zgodnie z jego oczekiwaniami. Ścisnęłam go za rękę- Bądź przy mnie, Jazz. Spraw, żebym wróciła.
-Nie musisz o to prosić- westchnął z rezygnacją.
-A zatem nie ma na co czekać.
Rozglądam się dookoła. Połacie nieskoszonej trawy, chwasty, opalone fundamenty budynków: tak wygląda miejsce, w którym przed laty stał szpital. Trudno się dziwić, że ludzie w żaden sposób nie zagospodarowali na nowo tego terenu- kto chciałby, dajmy na to, wybudować dom w miejscu, gdzie grupa nieszczęśników zakończyła w płomieniach swoje smutne życie?
-Czy na pewno w płomieniach, Alice?- odzywa się cichy, powątpiewający głosik
w mojej głowie. Jest tylko jeden sposób, aby dowiedzieć się prawdy. Zamykam oczy
i pozwalam się wchłonąć pętli czasu.

* * * *

Już nie płaczę. Nie bronię się, gdy chcą mi zrobić zastrzyk. Nie protestuję, gdy przynoszą mi do połknięcia coraz to nowe pigułki. Nie błagam bezskutecznie o spotkanie
z ciocią Laurą. Nie walę w zamknięte drzwi zakrwawionymi pięściami. Martwi ludzie nie robią takich rzeczy.
A ja jestem martwa odkąd zdałam sobie sprawę, że nikt nie ma zamiaru po mnie wrócić, a każdy kolejny dzień mojego żałosnego życia będzie odtąd idealną kopią poprzedniego. Pokój, w którym dzień trwa sto lat, a noc jeszcze dłużej, wygląda dokładnie tak, jak ten z mojego koszmaru. Z utęsknieniem czekam na pojawienie się czerwonookiego anioła. Jeśli jeszcze w ogóle pamiętam, co to jest nadzieja, to żywię ją odnośnie tego, iż to moją krew będzie miał na zębach. Byłabym dłużniczką każdego, kto pozbawiłby mnie życia
i w ten sposób wyzwolił z tego więzienia. Sama nie mogę tego zrobić, bo za bardzo mnie pilnują.
Słyszę ciche skrzypnięcie otwieranych drzwi, ale żadnego odgłosu kroków. Moja głowa jest zbyt ciężka po wieczornej porcji leków, aby unieść ją z twardej poduszki
i zobaczyć, czy ktoś wszedł do izolatki, zresztą, nic mnie to nie obchodzi. Martwi ludzie nie odczuwają zainteresowania, czyż nie?
Czyjaś ręka ostrożnie mierzy mi puls i to jest dziwne, bo zwykle nikt tutaj nie bawi się w delikatność. Wbrew sobie odrobinę uchylam powieki.
-Witaj, Alice- młody mężczyzna w lekarskim fartuchu uśmiecha się do mnie
z sympatią i współczuciem. Jest piękny, tak piękny, że mogłabym wziąć go za krwawego anioła z mojego snu, gdyby nie to, że ma zupełnie inne rysy twarzy i oczy w kolorze ciepłego złota.
-Jestem doktor Patrick Nichols. Nowy w tej placówce, co nie oznacza, że mniej wykwalifikowany. Od dzisiaj przejmuję opiekę nad tobą. Powiedziano mi, że nic nie chcesz jeść i kompletnie zamknęłaś się w sobie. Musimy coś z tym zrobić Alice.
Chociaż wydawało mi się, że stałam się pustą skorupą pozbawioną wszelkich uczuć, łzy napływają mi do oczu. Minęły lata, odkąd ktoś zwrócił się do mnie w tak ciepły sposób.
-Nie płacz- czuję jego dłoń na krótko ostrzyżonych włosach i dziwną, słodką woń oddechu, gdy nachyla się do mojego ucha- Alice, zapoznałem się z historią twojej choroby
i w zasadzie wątpię, że mamy tu do czynienia z chorobą. Ty nigdy nie powinnaś tu trafić, prawda, biedny, mały chochliku?
Dwie gorące strużki spływają po moich policzkach.
-Proszę, pomóż mi- mój głos jest tak słaby i cichy, że mam wątpliwości, czy ktokolwiek poza mną jest w stanie go usłyszeć. Ale on słyszy. Znowu głaszcze mnie po głowie.
-Pomogę, Alice. Obiecuję, że cię stąd wydostanę. Ale najpierw ty musisz pomóc mnie. Nabrać sił, jeżeli mamy stąd uciec. Wstać z łóżka. Zjeść kolację. Pójść jutro ze mną na spacer. Założę się, że bardzo długo nie widziałaś słońca. A tego, co dzieje się ze mną, gdy wyjdę na słońce, to już na pewno nie widziałaś nigdy w życiu.

* * * *

Nabieram sił. Wstaję z łóżka. Codziennie zjadam śniadanie, obiad i kolację. Chodzę na spacery z Patrickiem. Patrzę na słońce i podziwiam, jak pięknie w jego promieniach skrzy się jego skóra. Oczywiście, to jest możliwe tylko wtedy, gdy jesteśmy sami, o co nie jest trudno, bo tutejszy personel niespecjalnie rwie się do przechadzek z pacjentami. Codziennie zastanawiam się, jak to możliwe, że ludzie, których znałam i kochałam okazali się mniej ludzcy niż ten oszałamiająco przystojny, dobry i szlachetny aż do bólu wampir. Patrick nie ukrywał przede mną tego, kim tak naprawdę jest, a mnie niewiele to obeszło. Pokochał mnie
i sprawił, że znowu zaczęłam żyć. Był w trakcie gromadzenia dla nas lewych dokumentów
i przygotowywania planu ucieczki na drugi kraniec Stanów. W obliczu tych faktów jakie znaczenie miało to, że na jego dietę składała się wyłącznie krew dzikich zwierząt? W końcu każdy związek to sztuka kompromisu. Nie będzie chciał korzystać z moich kulinarnych zdolności to nie, nie ma przymusu.
Patrick umożliwił mi również spotkanie z ciocią Laurą, ale niestety nie zdołałam nawiązać z nią kontaktu. Pół życia spędzone w zamknięciu zrobiło swoje. Jeżeli nawet trafiła tu będąc przy zdrowych zmysłach, tak jak ja przed trzema laty, to na chwilę obecną już nie było dla niej ratunku.
Pochłonięta rozmyślaniem o naszym przyszłym życiu, odpoczywam, spacerując po zapuszczonym ogrodzie szpitala. Mój stan na tyle się poprawił, że mogę to robić samotnie. Nikt już nie boi się, że zrobię sobie krzywdę, a Patrick z racji swoich obowiązków nie może całe dnie przesiadywać ze mną na dworze.
Dzisiaj idę troszeczkę dalej niż zwykle, aż do głównej bramy szpitala. Nagle ogarnia mnie niejasne poczucie zagrożenia. Uświadamiam sobie, że znam ten widok. To chyba tędy przejeżdżałyśmy z matką powozem tego straszliwego dnia, gdy mnie tu zostawiła. Ale jest coś jeszcze…mój sen. To brama z mojego koszmaru. Nim zdążę mrugnąć, już stoi przy niej mężczyzna. Czerwonooki anioł z mojego snu. Z tym, że teraz już wiem, co to za istota. Nieziemsko piękny jak mój Patrick, lecz w przeciwieństwie do niego śmiertelnie niebezpieczny. Wygłodniały wampir, którego nie zadowoli zwierzęca krew. Bierze głęboki oddech i zachłystuje się zapachem mojej.
-A więc to ty mnie tu sprowadziłaś- mówi- To ciebie czuć na kilometr.
Mija ułamek sekundy i tuż obok niego pojawiają się towarzysze. Jest ich dwójka: ciemnowłosy mężczyzna i kobieta z burzą lśniących, płomiennoczerwonych włosów.
-Zadowolisz się tym chucherkiem, James?- ruda śmieje się do potwora z mojego koszmaru.
-Nie czujesz, jak ona pachnie Victorio? To będzie uczta stulecia- oczy Jamesa błyszczą jak drogie kamienie- Ale nie przejmuj się, dla ciebie i Laurenta też znajdzie się jakiś smaczny kąsek- kiwa głową w kierunku szpitala- Tylko nie zapomnijcie później puścić to wszystko
z dymem! My nie zostawiamy śladów…
Odwracam się i biegnę tak szybko, jak tylko potrafię. James wybucha perlistym śmiechem.
-Uciekaj, uciekaj, nie znoszę, jak coś przychodzi mi zbyt łatwo!
Mknę na przełaj przez zarośla i tuż pod szpitalem wpadam prosto na Patricka. Łuuup! Ależ te wampiry są twarde.
-Alice?- łapie mnie za ręce- Co się stało, czemu tak pędzisz?
Wyjaśniam mu, kogo spotkałam przy bramie, a tymczasem w budynku rozlegają się krzyki. Nie mam wątpliwości, że to James, Laurent i Victoria rozpoczęli ucztę. Mnie zostawili na deser.
-Nie- w oczach Patricka maluje się przerażenie- Wszystko, tylko nie James…Och, Alice, tak mi przykro…Jeżeli to James zapragnął twojej krwi, to nie mam innego wyjścia…
-Ratujmy ich!- przerywam mu, bo wrzaski w szpitalu stają się coraz głośniejsze.
-Nie mamy szans, Alice- Patrick nie rusza się z miejsca- Trójka wampirów nasyconych ludzką krwią…Alice, kochanie, mogę uratować tylko ciebie i tylko w jeden sposób…-zbliża twarz do mojej twarzy- Jeśli cię ukąszę, dla Jamesa przestaniesz być atrakcyjna. Dam ci nowe życie. Życie bez wspomnień. Potrafię to zrobić, Alice. To mój dar. Potrafię wejść do twojej głowy i uśpić to wszystko, bez czego łatwiej ci będzie zacząć od nowa.
-Nam!- protestuję- Nie mnie, tylko nam!
-Alice- szepcze Patrick- James nie pozwoli mi odejść po tym, co ci zrobię. Miałem okazję go poznać. Nie zabije nowo narodzonej, ale mnie…tak.
-Nie!- krzyczę, ale jest już za późno. Czuję ręce Patricka na swojej głowie i nagle tracę świadomość tego, kim jestem. A potem cały świat zalewa morze ognia.

* * * *

-Allie, kocham cię. Wróć do mnie!- poczułam na ustach pocałunek Jaspera.
To już koniec. Już wiem. Patrick przemienił mnie w wampira, tym samym ratując przed zostaniem przekąską Jamesa. Uśpił też moje ludzkie wspomnienia. Nie tylko dlatego, aby oszczędzić mi cierpienia z powodu tego, co zrobiła moja rodzina. Wiem, że nie chciał również, abym opłakiwała jego śmierć. Wolał zamknąć to wszystko, co nas łączyło
w najdalszym zakamarku mojego umysłu niż skazać mnie na męki przeżywania jego straty. Zdołał jakoś umieścić mnie w bezpiecznej odległości od płonącego szpitala, aby ogień rozpalony przez Jamesa i jego świtę dla ukrycia prawdziwej przyczyny śmierci przebywających w nim ludzi nie zrobił krzywdy rodzącemu się wampirowi, a potem…potem zapewne poniósł karę za swój czyn. James był tropicielem. Znalazłby go nawet wśród lodowców Grenlandii. Wiem, że Patrick mu się nie wymknął.
-Alice?- Jasper patrzył na mnie z niepokojem- Dlaczego nic nie mówisz?
Są tak różne odcienie miłości. Wiem, że mój mądry, cudowny Jasper nie będzie miał żadnych wątpliwości, iż pomimo tego, że odzyskałam wspomnienia o Patricku, między nami nic się nie zmieni. Patrick zasługuje na pamięć i specjalne miejsce w moim sercu i dostanie to wszystko ode mnie, ale to Jasper pozostanie na wieki miłością mojego życia.
-Obiecuję, że wszystkiego się dowiesz, Jazz. Ale nie teraz. Teraz jak najszybciej muszę zrobić kilka rzeczy.
-Co takiego?- po jego oczach widzę, że boi się, co też znowu przyszło mi do głowy.
-Chcę kupić olbrzymi, cudowny prezent dla Carlisle’a z okazji Dnia Ojca i dla Esme z okazji Dnia Matki. Wiem, że niektórzy obchodzą takie święta, ale nie obchodzi mnie kiedy. Dla mnie to jest dziś. Potem chcę uściskać Rose, Emmeta, Bellę i Edwarda i powiedzieć im, że nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego rodzeństwa. Następnie mam zamiar zrobić tyle naleśników dla Renesmee, ile tylko mała zdoła w siebie napchać. A później chcę…-resztę moich planów wyszeptałam mu do ucha.
-To mi się podoba- uśmiechnął się Jasper- Chociaż jak dla mnie moglibyśmy zacząć od końca…
-Chodźmy stąd, Jazz- wzięłam go za rękę- Alice Underwood umarła dawno temu. Alice Cullen wraca do domu.

* * * *

Informacje dodatkowe:
 

Komentarze:
Początek 1 2 Dalej Koniec


 
09-06-2009, 11:46 | Diana | Komentarzy w sumie: 69
I tak oto wkroczyliśmy,y na grząski grunt sporów ideologicznych, bo mam wrażenie, iż teraz nie dyskutuje się tu o samym opowiadaniu, ale o sposobie przedstawienia faktów. I spróbujcie się ze mną nie zgodzić;)


 
06-06-2009, 00:33 | .Lola. | Komentarzy w sumie: 14
Cóż, przypuszczam, że wzbudzanie kontrowersji i wdawanie się w głupawe dyskusje zostało ostatnio jednym z moich hobby, które pozwala odreagować po trudach życia codziennego. I szczerze mówiąc, moje zdanie na temat książki pani Meyer nie zmienia faktu, że ją przeczytałam, więc w pewnym sensie zostałam wciągnięta do tego świata i wolność słowa pozwala mi na wyrażanie swojej opinii. A konkurs wzbudził moje zainteresowanie, tyle. Nie chcecie mnie tu? Bardzo mi przykro. Szkoda tylko, że tak wielką radość sprawia mi czytanie Waszych odpowiedzi xD Nie wiem, czy niektórzy zdają sobie sprawę z tego, że ich zbulwersowane komentarze zapewniają mi i kilku innym osobom naprawdę dobrą rozrywkę…
Nie zamierzam tutaj utrzymywać, że potrafiłabym napisać takie opowiadanie (czy też gorsze lub lepsze), bo to najzwyczajniej w świecie nie moja działka. Zawsze najłatwiej zarzucić komuś, że sam nie potrafi lepiej - nie można porównywać siebie do gorszych, moi drodzy, tylko do lepszych, trzeba mierzyć wyżej, a nie się cofać. Faktem jest, że wiele osób nie potrafiłoby napisać czegoś takiego jak powyższe opowiadanie, lecz równie wiele posiada umiejętności dużo większe. I jeśli naprawdę miałabym wytypować faworyta wśród pierwszej trójki - w tej chwili dwójki, z uwagi na zaistniałą sytuację - wybrałabym opowiadanie pt. "Dzeus". Przy czym na uznanie zasługuje też jedna z prac wyróżnionych, na temat której się również wypowiadałam i powtarzać nie zamierzam. Moje potencjalne talenty nie mają tutaj nic do rzeczy - czy je mam, czy nie, nie mnie oceniać.
Powiadasz, Adrianno, że nie pamiętasz wszystkich szczegółów książki. Cóż, ja też nie. I oczywiście, że fanką jesteś, ja natomiast zaliczam się co najwyżej do czytelników. I nie dziwi mnie to, że nie każdy pamięta wszystko, co zostało w książce podane, bardziej zaskakująca byłaby sytuacja odwrotna. Uważam jednak, że jeśli ktoś zabiera się za napisanie fanfiction, powinien przynajmniej trochę czasu poświęcić na zastanowienie się i sprawdzenie, czy przypadkiem to, o czym pisać zamierza, nie koliduje z kanonem. A skoro już dana osoba postanawia zmienić niektóre fakty, to nie powinna robić tego z powodu niedostatecznej wiedzy, lecz raczej w wyniku całkowicie zamierzonej i przemyślanej decyzji, która powstaje po stwierdzeniu, że niektóre wydarzenia z książki zupełnie psują zamysł opowiadania. Autor fanfiction może sobie często na wiele pozwolić, jednak jego decyzje powinny być uzasadnione, bo tylko wtedy widać prawdziwe zaangażowanie i niemały wkład włożony w stworzenie godnego uwagi opowiadania.
Wkład w postaci czasu i serca to jeszcze nie wszystko. Wielu w ostatnim czasie powtarza, że polski system edukacji wymaga od uczniów/studentów wielu umiejętności, jednak odzwyczaja od logicznego myślenia. I ja, niestety, zgadzam się z tą opinią. I ubolewam, ponieważ, bądź co bądź, na mnie również odciska to swoje piętno.


 
05-06-2009, 20:08 | Adrianna | Komentarzy w sumie: 1
Wiesz .Lola, nie rozumiem jakim cudem chce ci się tu siedzieć i pisać komentarze, skoro cytuję: ,,Z przykrością muszę przyznać, że w dzisiejszych czasach coraz mniejszą uwagę zwraca się na dobrą literaturę, do której ja Zmierzchu nie zaliczam i po cichu liczyłam na to, że znajdą się osoby, które będą potrafili wyciągnąć z tej książki to, co ma do zaoferowania do stworzenia czegoś bardziej ambitnego".
Co do powyżej pracy- spróbuj .Lola napisać coś chociaż tak w połowie dobrego pod względem gramatycznym jak i treści. Wtedy się wypowiadaj, a nie wprowadzasz tutaj nutę zażenowania.
Kurczę, ta praca miała być DOWOLNA. Drobne przeróbki nie przeszkadzają w czytaniu.
Aha, i jeszcze jedno- ja np. nie pamiętam wszystkich szczegółów książki- to co już nie jestem jej fanem?
Autorka tego tekstu stworzyła wspaniałą historię, nie twierdzę, że każdemu musi się ona podobać, ale z całym przekonaniem twierdzę, że autorka włożyła w nią swój czas i serce.


 
05-06-2009, 17:05 | Kia | Komentarzy w sumie: 9
Masz rację Rafał,istna kaczka ze mnie pod tym względem;)gdybym miała się przejmować negatywnymi komentarzami,to chyba nigdy bym nic nie napisała,ani tym bardziej nie wysłała, bo przecież jeszcze się taki nie urodził,który by wszystkim dogodził;) Alice.cullen,przykro mi ale nie prowadzę żadnego bloga ani nie mam tego w planach,ale jeśli Ty prowadzisz to napisz adres,chętnie zajrzę.I cieszę się bardzo,że jednak większości się podobało:)


 
05-06-2009, 11:09 | .Lola. | Komentarzy w sumie: 14
Odpowiedziałabym na tę jakże konstruktywną krytykę mojego komentarza, jednak wolałabym nie wdawać się w dyskusje oparte na wiedzy z filmu, który, bądź co bądź mało wiernie oddaje samą książkę. A to ona jest podstawą do fanfiction, więc... cóż. Napiszę jedynie o kilku sprawach.

Poza tym moje zdanie w wielu miejscach wyrażałam za pomocą wyolbrzymień, aby zwrócić uwagę na niektóre szczegóły, które wydają mi się absurdalne. I nadal uważam, że mimo znajomości imienia konkretnego wampira, inni nie wiedzą, kim on jest. W końcu James nie był znany na całym świecie, jak, powiedzmy, Volturi... To po prostu jeden z wielu wampirów, może nie jeden z wielu o tym samym imieniu, ale z pewnością nie każdy James byłby Tropicielem i na to chciałam zwrócić uwagę.

Mary Alice Brandon - przed przemianą.
Alice Cullen - po.
I nie trzeba przekopywać całej książki, żeby to wiedzieć - zwykła wikipedia podaje tą informację.

I, och, rzeczywiście, nie było wizji o domku z ogródkiem i białym płotkiem - najwyraźniej odniosłam się tutaj do faktu, że Alice planowała z panem doktorem swoją przyszłość i przeprowadzkę na drugi koniec Stanów Zjednoczonych. Ale w przypadku tak słodkiej i romantycznej miłości tak sobie tą przyszłość wyobraziłam, najwyraźniej dopuściłam się nadinterpretacji, o ile tutaj cokolwiek może zostać źle zinterpretowane, skoro wszystko zostało podane czytelnikom na tacy i zrozumienie opowiadania nie wymaga ani trochę zastanowienia. A ja lubię, gdy Autor zostawia czytelnikowi choć trochę miejsca na interpretację. W przeciwnym wypadku wszystko wydaje się po prostu nudne i takie jest właśnie moje zdanie na temat tego opowiadania. Z przykrością muszę przyznać, że w dzisiejszych czasach coraz mniejszą uwagę zwraca się na dobrą literaturę, do której ja Zmierzchu nie zaliczam i po cichu liczyłam na to, że znajdą się osoby, które będą potrafili wyciągnąć z tej książki to, co ma do zaoferowania do stworzenia czegoś bardziej ambitnego. Nie zawiodłam się w przypadku dwóch prac i ta nie jest jedną z nich.

Po raz kolejny kilka spraw zamieniło się w referat, chyba muszę się przyzwyczaić, że nie umiem wypowiadać się krótko i treściwie.


 
05-06-2009, 07:34 | rafał | Komentarzy w sumie: 3
buhaha,no nie mogę...aż specjalnie założyłem konto jak zobaczyłem niektóre posty;/o mój Boże,droga Autorko,jak mogłaś nie zapamiętać że dziewczyna do której przez całą sagę wszyscy zwracali się Alice naprawdę miała na imię Mary,o czym było wspomniane aż na 1 stronie! zgroza!poza tym jakim cudem gdy Alice mówi Patrickowi kogo spotkała przy bramie(przecież padły przy niej ich imiona)to on od razu wie o kogo chodzi,przecież wampirów o imionach James,Laurent i Victoria jest cała zgraja,nawet u mnie w mieście można spotkać takich na każdym kroku! A miłość Jaspera i Alice,skoro ona kiedyś kochała Patricka,jakże to być może!przecież kocha się tylko raz w życiu!dlatego ja wiem,że już nigdy się nie ożenię skoro w przedszkolu podkochiwałem się w takiej jednej Izie...Patrick nie wyczuł wampirów,o Boże przecież wiadomo że każdy wampir ma węch jak foksterier,tylko dlaczego jak w filmie w scenie meczu zbliżają się obce wampiry to nikt ich nie wyczuł tylko dopiero Alice zobaczyła ich w swojej wizji?a co do marzeń Alice o domku z ogródkiem to chociaż czytam tą historię kolejny raz to jakoś nie widzę tego wątku,ale trudno,w końcu noszę okulary.Przecież skoro w swoim śnie widziała Jamesa(i nic poza tym)to dziewczyna nie miała prawa marzyć,że wyjdzie cało z tego spotkania,skądże,od razu powinna szykować się na śmierć. A Autorce z pewnością nie chodziło o to,że James się z nią bawi,gdy kazał jej uciekać,broń Boże,on na pewno uznał że w życiu jej nie dogoni...mógłbym tak jeszcze długo ale szkoda mi czasu.Kochana Autorko,po Twoim opowiadaniu wnioskuję że bystra z Ciebie dziewczyna,a zatem mam nadzieję że niektóre posty spływają po Tobie jak woda po kaczce:-)


 
04-06-2009, 22:17 | Sharn | Komentarzy w sumie: 1069
Nie, nie sumowaliśmy punktów ściśle w matematyczny sposób, obliczając jeszcze np. średnią ważoną. Wybraliśmy prace i potem głosowaliśmy - dyskutowaliśmy i przekonywaliśmy siebie do swoich racji. A ocena, choćby nie wiem jak obiektywna w teorii zawsze jest podszyta subiektywnym spojrzeniem w praktyce. To tak zwane "coś", co czasami tekst posiada potrafi zjednać do siebie członków jury, choć np. technicznie już doskonały nie jest. I mam nadzieję, że nikt nie będzie miał nam za złe, że wybraliśmy takie, a nie inne opowiadania.


 
04-06-2009, 21:18 | alice.cullen | Komentarzy w sumie: 36
Bardzo mi się podobało, bardziej niż praca z I-szego miejsca. Trochę brakło mi tej radości, którą emanuje Alice, bo stała się poważna i tak dalej, ale w końcu nie musiała być taką, jaką ją znamy z sagi. Świetne to jest, bardzo zgrabna koncówka, wkradło się trochę humoru ;p Gratulacje. Mam nadzieję, że założysz bloga, a wtedy podasz mi adres :PP Chyba że już go masz :P twilighter @ o2. pl


 
04-06-2009, 18:24 | .Lola. | Komentarzy w sumie: 14
Oryginalność i zmiana faktów to dwie odmienne sprawy. Można napisać oryginalne opowiadanie zgodne z kanonem, jak również powtarzać oklepane schematy, zmieniając jednocześnie wydarzenia/cechy/fakty A jeśli ktoś ma własną wizję na jakiś temat, to znaczy, że na dobrą sprawę pisze o kimś zupełnie innym. Nie mówię, że to złe i niedobre, chciałabym jednak zauważyć, że w tym opowiadaniu postać Alice została niejako "spłaszczona" do postaci płaczliwej nastolatki. I chociaż jej życie sprzed przemiany może być dość różnorodnie przedstawiane ze względu na niewielką ilość faktów jego dotyczących, to i ono wydaje mi się mało przekonujące.
I, naprawdę, ja nie zamierzam twierdzić, że zmiana jakichś faktów podanych w książce jest karygodna. Uważam jedynie, że jeśli ktoś chce coś takiego zrobić, to powinien mieć przynajmniej konkretny powód ku temu, którym nie jest z pewnością brak wiedzy na temat samej książki, do której fanfiction pisze. Tutaj tego nie widziałam, dlatego moje zdanie jest takie, a nie inne. I rozumiem, że można się z nim nie zgadzać. Nie spodziewałam się też innych reakcji.
I, ekhm, ja się nie czepiam oceniających. Zadałam konkretne pytanie w nadziei na uzyskanie odpowiedzi, której jestem po prostu ciekawa. Wbrew pozorom rozumiem, jak trudno jest zachować obiektywny stosunek do ocenianych prac.


 
04-06-2009, 17:48 | Diana | Komentarzy w sumie: 69
Hmmm... jakby to powiedzieć... ,,O gustach się nie dyskutuje". Tak, to mądre powiedzenie, aczkolwiek nie zgadzam się z opinią .Loli. ponieważ każdy może mieć własną wizję dotyczącą faktów... nie musi być tal ściśle oparta na książce pani Meyer. Przyznam, były niedociągnięcia, ale bardzo podobało mi się to, iż przemiana Alice była tylko w niektórych momentach podobna do tej z sagi Zmierzchu. Oryginalność.
PS. Przyznam, ze gdy zaczęłam czytać to opowiadanie, nie miałam pojęcia, ze to chodzi o Alice Cullen! Przestańcie się irytować i zapamiętajcie, że nie każdy myśli tak jak wy. I przestańcie się czepiać oceniających, ciekawe, jakie prace wy byście wybrali...? Hmmm. łatwo jest się wymądrzać, nie wiedząc, jak to jest. Ja będę miała okazję zobaczyć, wiec czuję się duchowo zmuszona, by bronić jury. Dziękuję.



Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   

Witamy na stronie
poświęconej twórczości
Stephenie Meyer:
 
* * *
 
Zapraszamy
na nasze
 
* * *
 
Odwiedź koniecznie
naszą stronę główną
Profil użytkownika
Pseudonim

Hasło

Zapisz login

Przypomnij hasło!
Rejestracja

Szukaj





Na służbie:
Żołnierze: 0

Cywile: 32

Statystyki wizyt:
Wizyty: 2874123
Dziś gości: 146
Ten miesiąc: 5603
Rekord gości: 2237
Gości wczoraj: 452

Copyright © 1998-2017 Valkiria Network | Development by Damian Szymański Entertainment
kontakt z redakcją | formularz kontaktowy | nota prawna | bannery i logo | pomoc