Valkiria Network | V-Game | Gry komputerowe | Ogniem i Mieczem | Gry fabularne | Dzikie Pola | Neuroshima | Świat Mroku | Warhammer
Film | Star Wars | Literatura | Andrzej Pilipiuk | Jacek Komuda | Zmierzch | Komiks | Planszówki | Karcianki | Wędrowycz | Bitewniaki | II wojna światowa
Valkiria - Polub nas na Fejsie
  
Więc twierdzisz, że widzisz przyszłość - opowiadanie
 26-05-2009, 05:43
 Brak Danych
 8382 x przeczytano

Praca nadesłana na Konkurs Literacki – Zmierzch
Autorka: Agata Czerwonka
Nagroda: Wyróżnienie
Uzasadnienie: Jedno z tych opowiadań, które budują mocne napięcie i jako jedno z nielicznych wprowadza dynamiczną akcję. Od początku do końca konsekwentnie opowiada też konkretną historię. Gratulujemy.
Wszystkie prace konkursowe zamieszczane są w oryginale – bez korekty i redakcji.


[Więc twierdzisz, że widzisz przyszłość]

— Więc twierdzisz, że widzisz przyszłość?
Starszy mężczyzna o dobrotliwym wyrazie twarzy pochylił się do przodu. Krzesło, na którym siedział, zaskrzeczało ostrzegawczo; daleko za sobą miało nie tylko lata młodości, ale i przydatności, a resztki oparcia i krzywe nogi doskonale świadczyły o jego stanie. Gdy mężczyzna wyraził chęć porozmawiania z niezwykłą pacjentką, opiekująca się nią zakonnica zawołała o okazalsze siedzisko, ale zbył ją jednym gestem, przysuwając sobie ten zabytkowy sprzęt. Skoro wystarczało dziewczynie zamieszkującej celę, mogło wystarczyć i jemu. A nie sądził, by zabieganie o większą wygodę nastawiło ją do niego mile.
Na nic się jednak zdał ten zabieg, jak i wszystkie inne. Dziewczyna milczała niczym zaklęta, obojętna na łagodność jego głosu i złocistego spojrzenia. Mimo to starzec nie poddawał się.
— Więc twierdzisz, że widzisz przyszłość? — ponowił pytanie.
Z kąta pomieszczenia dobiegło westchnienie.
— Nie warto, panie doktorze. Ona i tak nie odpowie — powiedziała siostra Teresa, podchodząc i zatrzymując się za jego plecami. — To kretynka. Kiedy nie plecie tych swoich wróżb, zachowuje się jak martwa. Czasem tylko mamrocze coś pod nosem. — Kobieta podeszła do łóżka, poprawiła z udawaną czułością koc na ramionach pacjentki i natychmiast wróciła na swoje miejsce, jakby się bała, że zostanie przez nią zaatakowana. — Ale tak po prawdzie, to ona nigdy nie powiedziała, że widzi przyszłość — dodała w przypływie szczerości, choć ze słyszalnym wahaniem. — To tylko u nas utarło się tak mówić, bo kiedyś przepowiedziała siostrze Marcie upadek ze schodów, a małej Annie-Luizie burę od kucharki, no i sprawdziło się. Taka to wróżbitka. Opętana. — Siostra zaśmiała się nerwowo, a mężczyzna spojrzał na nią przelotnie, odwracając głowę zbyt szybko, by to zauważyła. W jego ocenie miała mniej niż dwadzieścia pięć lat, a więc musiała być jeszcze bardzo młodą dziewczyną, kiedy trafiła do tego szpitala dla obłąkańców, zwanego oficjalnie domem miłosierdzia. To by wyjaśniało dziwne połączenie troski i współczucia, wyniesionych z chrześcijańskiej ideologii, z pogardą zaczerpniętą od starszych opiekunek. — No i to jej mamrotanie. Dwa wieki temu spaliliby ją na stosie — zakończyła tonem usprawiedliwienia.
Mężczyzna jeszcze raz zbadał wzrokiem postać skuloną na łóżku, jakby chciał wyryć ją w pamięci: małą, trójkątną twarz, czarne włosy, noszące ślady przytępionych nożyczek, przymknięte powieki, lekko poruszające się wargi, filigranową sylwetkę skrytą pod kocem. Potem z zaniepokojeniem przyjrzał się szarym, pozbawionym okien ścianom ciasnej celi i krótkiemu łóżku, które, oprócz zajmowanego przez niego krzesła, było jedynym meblem w pomieszczeniu.
— A za dwa wieki być może wielbiono by ją — odpowiedział. Cóż, jeśli ona była opętana, on równie dobrze mógł przeklęty. Wstał i kończąc spotkanie, zwrócił się do dziewczyny: — Jeszcze tu przyjdę. I mam nadzieję, że wtedy ze mną porozmawiasz, Mary.
Podszedł do niej, objął ją delikatnie i dotknął ustami jej czoła.
— Pięknie pachniesz — wyszeptał tak cicho, by siostra nie usłyszała.
Bladoniebieskie powieki drgnęły i jego złociste tęczówki napotkały spojrzenie dużych, brązowych oczu. Usta rozchyliły się i spomiędzy warg wydobył się równie cichy głos:
— Zabijesz mnie.

Alice ma pięć lat i najpiękniejszą sukienkę, w której dumnie przechadza się alejką.
— Czarownica! Czarownica! — wołają dziewczynki. Zbiegają się, chwytają za ręce i tańczą wokół niej. Kolorowe fartuszki, kokardy i wstążki zlewają się w jednobarwną plamę: — Czarownica!
— Nieprawda! Nieprawda! — Alice chwyta dłońmi głowę, przed oczami ma złośliwie wykrzywioną twarz jednej z dziewczynek. — Ty w lecie spadniesz z konia! — Twarze zmieniają się, jedna zastępuje drugą, ale niemiły uśmieszek nie znika. — Ty zbijesz dzisiaj porcelanowy wazon! Ty zachorujesz na wstrętną chorobę z krostami! Twój kot zostanie otruty! Ty…
Jedna z dziewczynek przerywa taniec, schyla się. W środek kręgu leci pierwszy kamień.
Alice krzyczy.

Kiedy starszy mężczyzna pojawił się w szpitalu po raz trzeci, zaczął wzbudzać zainteresowanie wśród zakonnic. Opowiadały, że nazywa się John Backwards i jest doktorem od beznadziejnych przypadków, dlatego tak się interesuje tą małą Mary Alice Brandon. Starały się być dyskretne i rozmawiały o nim wyłącznie wtedy, gdy — jak sądziły — nie słyszał. Cóż, gdyby był normalnym człowiekiem, faktycznie nie docierałyby do niego te wszystkie pogłoski. Ba, być może wtedy siostry nie pomyliłyby się tak bardzo w jego ocenie. Bo nie był lekarzem ani nawet Johnem Backwardsem.
Mężczyzna nazywany przez nie doktorem, jak większość jego pobratymców, nie pamiętał, jakie nazwisko nosił w swoim ludzkim życiu, a więc nie pozostawało mu nic innego, jak stworzyć sobie nowe.
Przy drzwiach pomieszczenia, do którego zmierzał, czekała już ta sama co poprzednio zakonnica. Mężczyzna skinął jej głową na powitanie i niezauważalnie zgarbił się.
— Czy mógłbym pobyć z nią przez chwilę sam? — zapytał ciepłym, miłym dla ucha głosem. Surowa twarz kobiety złagodniała pod jego czarodziejskim wpływem. Siostra zawahała się, po czym wyraziła zgodę.
— Niech pan zawoła, gdy zechce pan wyjść, doktorze — dodała, odchodząc.
Mężczyzna uchylił drzwi i przekroczył próg, zamykając je za sobą. Cela wyglądała dokładnie tak jak wtedy, gdy ją ostatnio opuszczał. Tym razem jednak zignorował wysłużone krzesło. Bardzo powoli zbliżył się do łóżka. Dziewczyna spoczywająca na nim nawet nie drgnęła.
— Witaj, Mary — powiedział. — Miło cię znów zobaczyć. Pamiętasz mnie? Odwiedziłem cię kilka dni temu. Obiecałaś mi wtedy rozmowę — spróbował ją sprowokować, ale bez skutku. Ostrożnie, nie wydając z siebie żadnego dźwięku, usiadł obok niej; łóżko nawet nie ugięło się pod nim. — Wiem, że nie jesteś szalona. Nie przyszedłem tu po to, by próbować cię leczyć, bo nie jesteś chora. Przyszedłem, bo pomyślałem, że potrzebny ci przyjaciel. Musisz być tu bardzo samotna, Mary.
Koc opadł z ramion dziewczyny. Nie poprawiła go, ale zacisnęła palce na brązowej oblamówce.
— Mówiła na mnie Alice — powiedziała ze wzrokiem utkwionym w ścianie.
— Alice — powtórzył łagodnie mężczyzna. — Popatrzysz na mnie? Jeśli nie chcesz, to nie musisz — dodał, nie doczekawszy się żadnej reakcji. — Myślę, że jesteś wyjątkowa. Widzisz więcej niż inni. To na pewno trudne, ale nie złe. I… Wiesz, kim ja jestem, prawda?
Ciemna, źle ostrzyżona głowa zatoczyła ćwierćokrąg w powietrzu. Mężczyzna ponownie mógł zobaczyć wielkie, pozbawione blasku oczy.
— Mordercą z wyrzutami sumienia.
— Owszem — wyznał z westchnieniem. — Ale ty jesteś ze mną bezpieczna. Nie zrobię ci żadnej krzywdy.
— Zabijesz mnie — odpowiedziała obojętnie.
— Nie — zaprzeczył z mocą. — Nic ci przy mnie nie grozi. Zaopiekuję się tobą.

Alice ma dziesięć lat, a przed sobą lustro, w którym obok niej odbija się matka z wilgotnymi oczami. Jej łzy i smutny bezuśmiech mówią dziewczynce wszystko, choć w głowie ma pustkę.
— Nie. — Odwraca się gwałtownie, wyciągając przed siebie ręce. — Nie, mamusiu, proszę, już będę grzeczna. Obiecuję, że już nigdy tego nie zrobię.
Matka odpycha ją od siebie, odsuwając się do tyłu.
— Zrozum, kochanie, tak będzie najlepiej. Tam wiedzą, jak się zająć takimi jak ty. Tam… Tam nikogo już nie skrzywdzisz.
— Nie, mamo, proszę, to naprawdę nie… Nie, nie, nie… Nie!
Płacząca kobieta odsuwa się jeszcze dalej. Czyjeś ręce chwytają Alice i ciągną w nieznaną stronę. Matka, jej mokra twarz, zgarbione plecy, puste ramiona znikają na zawsze za zamkniętymi drzwiami.
Alice krzyczy.

John Backwards, w przeciwieństwie do niektórych swoich gatunkowych towarzyszy, nie posiadał żadnego nadzwyczajnego daru. Miał natomiast dość powszechną wśród nich siłę przekonywania, a ponadto budził sympatię wszędzie tam, gdzie się pojawiał, i lepiej niż jemu podobni wyczuwał, jacy są ludzie, którzy go otaczają.
Wystarczyły cztery dni, by większość mieszkańców domu miłosierdzia uznała go za szanowanego lekarza, zainteresowanego tym nowym kierunkiem medycyny, psychologią, który od kilku lat pracował w ich szpitalu. Oczywiście, poważnie chorzy pacjenci i dzieci nie dali się zwieść: oni widzieli znacznie więcej niż normalni ludzie i nie tak łatwo ich oszukać. Ale któż by zwracał uwagę na wariatów i dzieci?
Z małą Mary Alice Brandon było inaczej. Minął tydzień i drugi, a ona wciąż udawała, że go nie widzi. Ze wszystkich informacji, jakie uzyskał na jej temat, wynikało, że od lat przebywała samotnie w swojej celi, nieodwiedzana przez nikogo i pogrążona w letargu. Siostry uważały ją za straconą dla świata, a najstarsze z nich nie pamiętały, by dziewczyna kogokolwiek dostrzegła. Była cicha, niemal martwa, pomijając ataki furii na początku, gdy tylko tu przybyła.
Mężczyzna nie wierzył w żadną z tych relacji. Alice rozmawiała z nim — o ile tych kilka słów zasługiwało na miano rozmowy. A to, że obecnie unikała kontaktu, świadczyło według niego o strachu. Ostatecznie wiedziała, kim był, nawet jeśli nie potrafiła tego nazwać. Na nic zdały się jego zapewnienia, że może się nie bać — a naprawdę nie zamierzał jej skrzywdzić, choć jeden tylko Bóg wiedział, jak kusząco pachniała.
Zmiana nastąpiła w piątym tygodniu ich znajomości. Doktor zrezygnował z prób zawiązania dyskusji i czytał głośno książkę, a dotarłszy do ostatniej strony, w milczeniu przyglądał się dziewczynie. Po niedawnej kąpieli jej skóra była jaśniejsza niż zwykle i rumiana po tarciu szorstkim ręcznikiem, a zapach nieco mniej wyraźny. Skrócone włosy, noszące ślady narzędzia równie tępego jak poprzednie, sterczały na wszystkie strony, a ich domniemana miękkość zapraszała, by zanurzyć w nich dłoń.
— Pozostało mało czasu — powiedziała niespodziewanie.
— Do czego? — zapytał, jak zwykle nie okazując zaskoczenia.
— Do wypełnienia się przeznaczenia.
— Wierzysz w przeznaczenie? — zadał kolejne pytanie, nie mogąc powstrzymać rozbawienia. — To znacznie łatwiejsze, nieprawdaż? Zrzucić ciężar naszych win na los. — Zamilkł na chwilę, po czym dodał: — Nawet twoje wizje, Alice, to nic innego jak możliwości. Przeznaczenia nie ma. Tylko zbiór nielogicznych przypadków prowadzących do nieuniknionego.
— Do przeznaczenia.
— Jesteś naprawdę wyjątkowa — powiedział, przekrzywiając głowę z aprobatą.
Powolnym, niemal leniwym ruchem wyciągnął przed siebie rękę i odsunął czarne włosy dziewczyny. Ludzkie oko mimo to nie dostrzegłoby jej twarzy. W pokoju zrobiło się zupełnie ciemno. Przez dziury między ścianami a sufitem przestało przesączać się światło, a więc na zewnątrz musiało być równie ciemno jak w środku.
— Moglibyśmy wyjść na spacer, Alice — zaproponował szeptem.
— Spacer — powtórzyła, jak gdyby wydobywała z najdalszych zakamarków umysłu to na wpół obce słowo. — Tak, możemy iść na spacer.
Delikatny chichot, który wydostał się spomiędzy jej warg, sprawił, że przez chwilę uwierzył w to, że jest obłąkana.

Alice ma piętnaście lat i wciąż powtarza w myślach pacierz, by nie zapomnieć ostatniej rzeczy, która łączy ją ze światem żywych.
Pokój, w którym ją zamknięto, jest ciasny i ciemny, a w powietrzu czuć wilgoć. Łóżko ma twardy, niewygodny materac, ale tylko w nim, otulona kocem i przytulona do ściany, czuje się bezpiecznie.
Przewidzenia znikają. Z rzadka, gdy już nie pamięta, jak wygląda człowiek, widuje przystojną twarz starszego mężczyzny, którego nie zna.
Czuwa. Nic się nie dzieje i opuszcza wartę, powoli i delikatnie, coraz bardziej senna. Kuli ramiona i opuszcza brodę na klatkę piersiową. Zamyka oczy i nagle jest on. Wychyla się z każdego kąta, jeden i wieloosobowy, wszechobecny i wszechogarniający. Nie ma imienia, które opisałoby go dobrze, ale zna go każda istota żyjąca na tym świecie: podstępny, porażający strach. Znalazł ją i tutaj.
Alice krzyczy.

Na dom miłosierdzia przeznaczono budynek wyjątkowo korzystnie położony. Na tyłach posiadłości, zaraz za drzwiami wyjściowymi, rozciągał się olbrzymi, częściowo zagospodarowany park. W cieplejsze dni przyprowadzano tu bardziej sprawnych podopiecznych, prowadzano ich wąskimi alejkami lub sadzano na bielonych ławkach. Nie zagrażał im tu ani miejski gwar, ani wścibskie spojrzenia przechodniów, gdyż oddzielał ich od tego szeroki pas drzew i podobnej roślinności.
Tutaj też zaprowadził Alice doktor Backwards, trafnie zgadując, że nie spotkają nikogo na swojej drodze. Pora była późna i tylko dyżurująca zakonnica, którą sprytnie ominęli przy wychodzeniu, jeszcze nie spała.
Dziewczyna nie oddalała się od mężczyzny na krok, jakby porażona ogromem otaczającego ją świata, tak różnego od tego, co dotąd znała. Rozglądała się trwożnie dookoła, kręcąc szybko głową, by nic jej nie umknęło, a trochę tak, jakby czegoś szukała. Starzec przyglądał się jej.
— To nie jest zbyt piękne miejsce. Nie umywa się do innych, które chciałbym ci pokazać. Derbyshire… — zamilkł, widząc jej brak zainteresowania, choć nie dopatrzył się żadnych oznak zniecierpliwienia.
Park wydawał się być uśpiony. Gałęzie drzew szumiały delikatnie, poruszane słabym wiatrem, podobnie jak trawy, przez które wędrowały małe zwierzątka, umykające w popłochu przed spacerującymi. Ludzkie ucho zapewne nie mogło uchwycić nic poza ciszą.
— Już zupełnie blisko — powiedziała nagle dziecięcym głosem Alice.
Nabrał tchu, by odpowiedzieć. I wtedy to poczuł.
Woń dobiegająca z nieokreślonego kierunku była słodka i zdecydowanie przyjemna, podobna do jego zapachu i nie do pomylenia z żadną inną.
— Mój Boże — wyszeptał, zatrzymując się w pół kroku jak posąg. — Niemożliwe. Alice, tu jest inny…
— Wampir — dokończyła zupełnie spokojnie, słowem, którego według niego nie miała prawa znać.
Przez ułamek sekundy zastanawiał się, kim naprawdę jest ta dziewczyna i ile jeszcze wiedziała, nie zdradzając się z niczym. Ale zaraz zapach nasilił się, a wraz z nim do doktora dotarło coś jeszcze, sprawiając, że każda myśl, która nie koncentrowała się na zapewnieniu jej ochrony, stała się zbędna.
— Tropiciel — oświadczył martwym głosem. — James.
Powróciło wspomnienie dusznego powietrza przed burzą, jedyną taką, właśnie tam, na południu. I słodkiej krwi młodego mężczyzny, ostatniego człowieka, jakiego ugryzł, gdyż konsekwencje okazały się zbyt straszne.
W mgnieniu oka złapał dziewczynę i rzucił się pędem przez las, z szybkością, jakiej nie mógł rozwinąć nie tylko starzec w jego wieku, ale też młody, zdrowy chłopak. Towarzyszył mu wrzask niesionej dziewczyny.

Alice ma dwadzieścia lat i jej świat rozjaśnia się wraz z otworzeniem drzwi, przez które przechodzi mężczyzna o wyśnionej przez nią twarzy. Wszystko świadczyły przeciw niemu: złote tęczówki, blada, zimna skóra, zbyt gładka twarz i bujna czupryna, niż u człowieka w podeszłym wieku, za jakiego chce uchodzić. Ale ludzie są ślepi, nic więc dziwnego, że mu się udaje ich zwieść.
Mężczyzna przychodzi i przychodzi, wciąż powraca. Mówi, a Alice go słucha, bo przecież poza nim nie posiada nic; on wniósł światło w jej życie i to on ją uwolni z tego miejsca, wyciągnie ją z objęć strachu. Zaprzecza, opowiada jej o przeznaczeniu i o winie, a ona pozwala mu na to, bo wie, że na nic się zdadzą wszystkie jego słowa.
— Już zupełnie blisko — mówi z radością, kiedy czuje, że zbliża się jej czas.
Ale mężczyzna unosi ją w powietrze i pozbawia tchu. Drzewa zlewają się w jedną ciemność i nie ma ratunku.
Alice krzyczy.

Dwa krótkie zdania John zwieńczył swoim podpisem, jak najbardziej niewyraźnym, na wypadek gdyby ktoś próbował coś tutaj znaleźć. Kilka prostych słów i Mary Alice Brandon została wypisana ze szpitala dla przewlekle chorych, obłąkanych, opętanych czy, jak uważał on sam, nieszczęśliwych.
— Zabiorę cię stąd — obiecał gorączkowo, zacierając ślady po sobie, by następnego dnia wydawał się tym, którzy go znali, tylko przywidzeniem. — Nie możesz tu zostać, on bez trudu wytropiłby cię. Wyjedziemy gdzieś, gdzie cię nie znajdzie.
Dziewczyna stała obok, sztywna i zmarznięta, w poszarzałej koszuli, zupełnie spokojna, jakby ta wariacka podróż zabiła w niej wszelkie emocje.
— Nie bój się — przemówił łagodnie, dotykając jej policzka. — Zrobię wszystko, by cię chronić. Chodźmy.
Delikatnym ruchem dotknął jej ręki, gładząc drżącą dłoń.
— Złap mnie za szyję, będę cię niósł. Będziemy biec bardzo szybko, ale nie bój się, nic ci nie grozi.
Usadził ją sobie na plecach, a kiedy nie usłyszał protestu, wybiegł z budynku między drzewa.
Las był jeszcze ciemniejszy i bardziej nieprzystępny, ale zapach nieproszonego gościa rozwiał się. Tropiciel musiał odejść, zapewne przekonany, że jego ofiara nie spróbuje się wykraść przed świtem. Wróci dopiero rano, a wtedy oni oboje będą już daleko, pocieszał się doktor, wiedząc, że nie mają szans — James nigdy nie popełniłby tak głupiego błędu.
Dźwięki, wcześniej przytłumione, nasiliły się, jak gdyby zjednoczone w chęci ukrycia obcego. Ziemia nie nosiła śladów stóp, a słodka woń zginęła zupełnie, im bardziej posuwali się na przód. Zaniepokojony tym doktor zatrzymał się, a wtedy dziewczyna zsunęła się z jego pleców i przeskoczyła najbliższą kępę krzaków.
— Alice, nie! — syknął rozgniewany. W swoim ludzkim tempie nie miała z nim szans, ale zanim zdążył ją złapać, potknęła się i upadła. Natychmiast znalazł się obok.
— To koniec — powiedziała dźwięcznym głosem, w którym pobrzmiewała dziwna radość.
Skierował twarz w stronę, w którą patrzyła, i parsknął, wziąwszy głębszy oddech. Spomiędzy drzew dobiegał wyraźny zapach. Tropiciel był tu. Nie dalej niż minutę szybkiego biegu stąd. Z sobie tylko znanych powodów jeszcze ich nie dopadł.
— Przepraszam, Alice — powiedział doktor, przytulając czoło do ziemi.
— Zrób to teraz. — Padła krótka, spokojna odpowiedź. Dziewczyna nie wydawała się być przestraszona tym, co miało się stać. Może nie wiedziała, co ją czeka. A może…
Stary wampir gwałtownie podniósł głowę.
Może wiedziała lepiej niż on.
— Co się z nami stanie? — zapytał, szukając w brązowych oczach czegoś, co pozwoliłoby mu uwierzyć, że miała rację.
— Zabijesz mnie — odpowiedziała, równie obojętnie jak zawsze. — A potem sam zginiesz.
Z gęstwiny dobiegło głośne warknięcie i odgłos kroków: szybkich, mocnych uderzeń gołych stóp o ziemię, która zdawała się jęczeć z bólu. Taki odgłos mógł towarzyszyć jedynie bardzo wściekłemu wampirowi. Natężenie dźwięku wskazywało zaś na to, że jest on już całkiem blisko.
Doktor Backwards znał tę wściekłość, widział ją nie raz. Sam ją stworzył. A skoro tak — jeden Bóg mógł przewidzieć, jakie zło wydobędzie na świat z tej dziewczyny. Jeśli jednak alternatywą była jej śmierć…
— Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz, Alice.
Pochylił się nad swoją podopieczną i odsunął jej włosy. Smętne, poszarpane kosmyki zwisały żałośnie wokół głowy wraz z kilkoma wplątanymi w nie listkami. Owiawszy zimnym oddechem jej twarz, zatopił zęby w jasnej, pachnącej szyi.
Ledwie odsunął usta, jakaś nieznana siła złapała go za ramiona, odrzuciła na najbliższe drzewo i przyparła do niego.
— Witaj, ojcze. — Usłyszał szept przy uchu.
A potem nie było już nic.

Alice nie wie, ile ma lat, i nie pamięta nic poza tym imieniem.
Całe jej ciało jest bólem. W żyłach zamiast krwi płynie ogień, a każda jego kropla pali od środka. Komórki obumierają jedna po drugiej, trawione wszechogarniającym ciepłem. Każda myśl układa się w jedyne zdanie, jakie jeszcze istnieje: niech to się wreszcie skończy. Nic innego nie ma znaczenia.
Alice krzyczy, ale wie, że to już ostatni raz. A potem — potem nie będzie ani strachu, ani ciemności.


Informacje dodatkowe:
 

Komentarze:
Początek 1 2 Dalej Koniec


 
10-06-2009, 23:32 | Rose | Komentarzy w sumie: 10
cudowne... :)


 
10-06-2009, 13:48 | Wiewiór | Komentarzy w sumie: 942
Co tu dużo gadać - opowiadanie to kawał świetnej roboty i wielu, naprawdę wielu domowych grafomanów może zazdrościć autorce wyczucia nastroju i zręcznej umiejętności prowadzenia narracji, która, jak jest napisane w uzasadnieniu, od samego początku do końca trzyma w napięciu! Gratulacje!


 
29-05-2009, 23:19 | muchojadek | Komentarzy w sumie: 20
Fantastyczna praca, nie mogłam oderwać się od czytania. Ciekawa jestem co Cię zainspirowało


 
27-05-2009, 18:29 | Spero | Komentarzy w sumie: 19
Cudowne!
Jeśli to tylko wyróżnienie, to jestem ciekawa zwycięskiej pracy!
Wielkie brawa dla autorki, za tak cudowne dzieło :)
Chociaż odrobinę przeszkadzały mi te wstawki z czasem teraźniejszym... Trochę mnie gubiły :) Ale poza tym - genialne ;*


 
27-05-2009, 15:58 | .Lola. | Komentarzy w sumie: 14
Bardzo lubię opowiadania, które, zachowując wszystkie kanoniczne fakty, opowiadają coś nowego o przeszłości bohaterów. I jestem zachwycona taką kreacją postaci Alice. Zwłaszcza że już w jej przeszłości można się było doszukać tego, jaki dar będzie posiadała jako wampir, choć oczywiście w czasie, gdy była człowiekiem nie był on "darem", a raczej czymś w rodzaju szaleństwa. Podoba mi się przebieg akcji i przeplatanie fragmentów z dwóch różnych punktów widzenia, które na końcu zbiegają się w czasie. Postać doktora również imponująca, w dodatku pozwala dodać jakby drugie dno do postaci Jamesa i lepiej zrozumieć jego dość nietypowy charakter. I przede wszystkim ten styl i nastrój, które mówią same za siebie - imponujące, naprawdę. Tajemniczość, świetny warsztat oraz dobrze przemyślany i zrealizowany pomysł. Przypuszczam, że gdybym była na miejscu Autorki, wyróżnienie nie byłoby miejscem satysfakcjonującym, ale nie wyniki są tutaj przecież najważniejsze. Tak więc - gratuluję cudownej pracy. I życzę kolejnych równie udanych.


 
27-05-2009, 11:23 | Enkeli | Komentarzy w sumie: 7
Świetna praca :), naprawdę wciągająca :)


 
26-05-2009, 19:13 | Diana | Komentarzy w sumie: 69
No nie mogę! Jeżeli jest to praca wyróżniona, to jaka będzie praca zwycięska?
Świetne opowiadanie!
Jestem pod wrażeniem!
Uf, nie mogę złapać oddechu...;p


 
26-05-2009, 17:06 | KaKa1766 | Komentarzy w sumie: 10
super, bardzo fajne i ciekawe


 
26-05-2009, 15:48 | werr_ | Komentarzy w sumie: 25
naprawdę super, aż mnie zaczęło wciągać ;D


 
26-05-2009, 15:34 | kundzia | Komentarzy w sumie: 52
Cudowne. To ciekawe jaka jest praca za pierwsze miejsce :P



Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   

Witamy na stronie
poświęconej twórczości
Stephenie Meyer:
 
* * *
 
Zapraszamy
na nasze
 
* * *
 
Odwiedź koniecznie
naszą stronę główną
Profil użytkownika
Pseudonim

Hasło

Zapisz login

Przypomnij hasło!
Rejestracja

Szukaj

Nowości w V-Sklepie



Czy kupisz Przed świtem?

Oczywiście!!!
308  Głosów (57%)
Raczej tak
14  Głosów (2%)
Nie wiem
9  Głosów (1%)
Nie
8  Głosów (1%)
Mam zamiar ją wygrać w konkursie :)
33  Głosów (6%)
Aaaaaa!!!... KOCHAM EDWARDA CULLENA!!!
160  Głosów (30%)

Ankieta wygasła

Archiwalne

Na służbie:
Żołnierze: 0

Cywile: 46

Statystyki wizyt:
Wizyty: 2959999
Dziś gości: 35
Ten miesiąc: 6092
Rekord gości: 11493
Gości wczoraj: 447