Nigdy do tej pory nie byłem jeszcze na Falkonie, choć już ze dwa razy się wybierałem. Z tym większą więc chęcią przyjąłem do wiadomości fakt, że w tym roku udamy się z ekipą Kuźni Gier na ten konwent, aby promować najfajniejszą polską karciankę kolekcjonerską, jaką znam, czyli Veto! oraz świetnie się bawić. I muszę przyznać, że pewien plan minimum został bez dwóch zdań wykonany – sarmackich klimatów oraz zabawy zdecydowanie nam nie brakowało!
Droga do Lublina nie była zbyt daleka, ale za to obfitująca w rozmowy o tematach trudnych do powtórzenia (zresztą pewnie jest to powodem, dla którego w pewnym momencie poświęciłem się już całkowicie prowadzeniu samochodu...), gdzie szyki przeciwko sobie rozwinęły obozy inżynierów i humanistów. Na konwent dojechałem niestety intelektualnie pobity i psychicznie zmęczony, ale na szczęście szybko udało mi się odbić.
Nawet niezłe wrażenie zrobiło miejsce konwentu – obszerne i zadbane, choć nieco martwiło jego umiejscowienie. Może nie było jakoś super daleko od centrum, ale jednak fajniej byłoby mieć pod bokiem starówkę, a nie jakieś chaszcze. O wiele słabiej wypadła za to akredytacja, przy której panowało ogólne zblazowanie i zamęt. Na szczęście udało nam się możliwie szybko uporać z tym problemem i ruszyliśmy na zwiedzanie falkonowej szkoły.
Stoiskom wydawniczym z planszówkami, karciankami, bitewniakami, grami fabularnymi, biżuterią, koszulkami, ozdobami i akcesoriami wydawało się nie być końca, dzięki czemu Falkon zrobił na mnie wrażenie dość tłocznego, ale nie na tyle, aby odbiło się to negatywnie na ocenie – powiedziałbym prędzej, że było po prostu swojsko, i aby przedostać się z jednego końca szkoły na drugi, trzeba było się po prostu nieco poocierać – dla niektórych po prostu raj!
Tu i ówdzie zaglądnąwszy, swoje kroki skierowałem do wyczekiwanej przeze mnie Sali Sarmackiej, której obsługą zająć się miała Kuźnia Gier do spółki z Wargamerem. Pierwsze wrażenie zrobiła na mnie niestety nieszczególne – taka mało sarmacka jednak była, ale na szczęście zaraz po wejściu dało się poczuć ducha staropolszczyzny. Kupę czasu spędziłem w tym właśnie miejscu, przez co poznałem uroki współobozowania z postaciami tak nietuzinkowymi jak Strasznie Chrapiący Lucek (do tej pory lekceważyłem opowieści o jego chrapaniu, ale kiedy nad ranem obudził mnie dźwięk piły tarczowej ślizgającej się po zardzewiałej blasze, poznałem przytłaczającą prawdę...) i ogólnie pojęta Niemyjąca Się Reszta.
W piątek jednak nie mieliśmy za bardzo czasu, aby skorzystać z konwentowych dobroci, bowiem szybko wybraliśmy się na miasto, aby porozmawiać o chmielu. Wypad był całkiem udany, choć piątkowego wieczora jeszcze całkiem mało ludzi dało się spotkać, w związku z czym musieliśmy się bawić w swoim hermetycznym, nie do końca zdrowym towarzystwie. Efekt był jednak niezły, choć poznaliśmy jedną z największych tajemnic lubelskiego handlu – otóż, weekendową porą właściciele knajp mają chyba jakąś obsesję na punkcie zamykania swoich lokali, gdy zaczynają się one napełniać... Zrobiliśmy sobie więc niezłą rundkę po starówce, zanim powróciliśmy na konwent.
Sobotni poranek bynajmniej nie był tak przyjemny jak uprzedni wieczór i zdawał się być wrednym wyrzutem sumienia po nieprzespanej nocy. Niemniej jednak, ruszyliśmy z rana ochoczo do pracy, po niezbyt kulturalnym wyproszeniu jakichś rannych ptaszków z Sali Sarmackiej. Kolejne przerwy w niewolniczych szychtach tłumaczenia gry w Veto! zapełniałem sobie obchodami po Falkonie, gdzie udało mi się tylko usłyszeć (niestety) o paru ciekawych atrakcjach, jakimi były różnorakie konkursy (nieźle wyglądały biegające po korytarzach Pokemony), sesje (w mojej głowie królowały oczywiście opowieści o urokliwym Wolsungu) oraz prelekcje tych czy owych (do najciekawszych zaliczyć mogę tę, której treść poznałem w całości, czyli „Veto! - gra dla jajcarzy czy powergamerów?”, szkoda tylko że zebrała tak małą publikę; może następnym razem powiedzie się lepiej).
A sobota wieczór, jakby nie patrzeć, należała do nas. Chwała Bogu, że trafiliśmy do prześwietnej knajpki Czeska piwnica, gdzie spędziliśmy masę czasu i bawiliśmy się doprawdy wybornie. Mnogość dobra, jakiego tam można było zakosztować, przytłaczała. Odnieśliśmy tylko wrażenie, że osoby nie do końca aprobujące nasze niekiedy przaśne, ale jednak całkiem zabawne, bo absurdalne żarty, słabo się z nami bawiły (a ja sam nie wiem, co może być fajniejszego w połowie imprezy, niż być pogryzionym przez owczarka alzackiego albo dostać z zaskoczenia soczystą lepę...).
Niedziela do popołudnia była czasem, gdy na terenie konwentu pojawiło się więcej „normalnych ludzi”, czyli takich, którzy na Falkon przyjechali z żoną/mężem i dzieckiem/dziećmi. W krótkiej przerwie udało mi się wyskoczyć jeszcze na chwilę do Games Roomu i, nad czym bardzo ubolewam, nie zdołałem zagrać w żadną nową planszówkę, ale przynajmniej udało mi się spektakularnie wziąć wciry od moich adwersarzy w starych, dobrych Condottiere. Na koniec pozostało nam pożegnać się z Lublinem (a i ten chyba nie był zbyt zadowolony z naszego wyjazdu, bo uronił nad nami parę łez, przez co pogoda niezbyt sprzyjała) i ruszyć w drogę powrotną do Krakowa. Pomimo gigantycznych pokładów mlecznej pierzgi (nawet nie odsyłam do słownika, bo to słowo zdecydowanie niszowe, a niestety nie mogę go wytłumaczyć) na drogach, Nieustraszonemu Kapitanowi Łasicy udało się dotrzeć do domów wszystkich swoich pasażerów, a na koniec swojego, dzięki czemu operacja Słaby Wielbłąd została zakończona sukcesem!
Dalibóg, przyjadę za rok na Falkon!
Na koniec chciałbym wymienić imiennie tych, którzy osobiście odpowiadają za to, że było tak fajnie, jak było (kolejność alfabetyczna ksywek, hierarchię ważności i tak wszyscy znamy): Krzysztof „Bastard Lepy” Schechtel (ten wieczny malkontent Z Wiadomego Powodu), Mateusz „Inkwizytor” Budziakowski (ten sławny architekt, co zaprojektował Komudzie koziarnię!), Michał „Puszon” Stachyra (jeśli dobrze pamiętam, to on sprzedał pierwszą lepę w historii kobiecie), Arkadiusz „Grubas_Libiaz” Bałucki (do dziś nie wierzymy mu, że w nocy, kiedy nas opuścił, poszedł do wujka się przespać...), Maciek „Sqva” Zasowski (no cóż, bez Sqvisyna nic nie byłoby takie samo, a z pewnością nie humor!), Krzysztof „Szafa” Szafrański (czyli Pan Wódecki), Piotr „Żucho” Żuchowski (mówią, że Żucho bardzo lubi w ucho...). Dziękuję Wam wszystkim, chłopaki – było świetnie, a kolejne razy zwiastują tylko większe sukcesy!
Na sam koniec chciałbym też podziękować wszystkim tym, których nie wymieniłem z imienia, bo nie ma na to niestety wystarczająco dużo miejsca albo po prostu nie znamy się osobiście, a którzy przyczynili się do mojej świetnej zabawy (w przeciwieństwie do poprzedniej grupy, tutaj są kobiety – naprawdę!).
Autor: Michał „Wiewiór” Musiał
Redakcja: Marcin „Sharn” Byrski