Valkiria Network

Terminal Główny Militarnej Sieci Valkiria to miejsce gdzie znajdziesz najnowsze informacje ze świata ogólnie rozumianej rozrywki, fantastyki i gier wideo. Poznaj nową... Lepszą Rzeczywistość! Chcesz wiedzieć więcej?

Slaider 01

Federacja V-Sieci

Valkiria Network skupia wiele stron tematycznych o różnorodnej tematyce, w tym: grach wideo, technologii, historii, literaturze i fantastyce. Chcesz wiedzieć więcej?

Slider 02

Dołącz do V-Sieci

Zarejestruj się w Valkiria Network! Przeglądaj i komentuj publikacje, dołącz do V-Game, zostań współpracownikiem lub redaktorem MSV. Chcesz wiedzieć więcej?

Slider 03

Zagraj w V-Game

Każdy użytkownik MSV w swoim profilu znajdzie zaimplementowaną grę przeglądarkową w klimacie V-Sieci. Załóż mundur i ruszaj na misję. Chcesz wiedzieć więcej?

Slider 04

Holy Potatoes!

Nasze bohaterki to ziemniaki, a cała galaktyka to jeden wielki warzywny targ. Dobry humor, kosmos, walka, dobra fabuła, to właśnie Holy Potatoes! We're in Space?!

Slider 05

Torment: Tides of Numenera

Mógłbym pisać długo o Torment, szczegółowo opisując jego fenomenalnie rozbudowany świat, przyrodę, postaci, czy fabułę, ale po co, skoro Wy sami możecie tego doświadczyć.

Slider 06

Legendarne Auta PRL

Zobacz zapowiedź nowej serii kolekcjonerskiej "Auta PRL" z klocków COBI. Wyjątkowe modele w skali 1:35 to idealny prezent dla każdego fana motoryzacji!

Slider 07

Necropolis: Brutal Edition

Ta gra to totalny, bezgraniczny i nieprzebrany skarbiec FE-NO-ME-NAL-NEJ zabawy, który otwiera się tak naprawdę dopiero w grze wieloosobowej.

Slider 08
Zaraza
02-03-2008, 09:52 | 3348 x przeczytano | Wiewiór

O pomór pytasz? A który, młodziaku, bo kilka onych u nas było. No, pierwszy, przede kilkuset laty, co to nawet dziadunio mojego dziadunia nie pamiętał – kiedy gru… gryźlyca gdziesik tak co dziesiątego z miasta do grobu zabrała… Co? Nie wiesz, co to gryźlyca? Taka ona kurwa wszeteczna, co to po niej ludzie ino charczą i kaszlą, potem krwią plwają, a na koniec to już nic, ino pod siennikiem dogorywają. Panicz przecie żakiem jest - medycznej uczelni - i nie wie? Też coś, ta cała wasza edukacja, tfu! Że co? Do rzeczy? No to, do rzeczy. Potem była druga zaraza, której już mój pradziadek na własnej skórze doświadczył – kiła czy jak oną cholerę insiej zwą. Stare raszple owego syfa w peniuarach przetrzymywały latami całymi, aże się rozmnożył obficie pewnego lata, bo gorąc był okropeczny, a na zmianę z deszczem, to i się narodziło wtedy myszów, mend i onych kiłów właśnie straszna liczba. A, szkoda gadać – ino parchy wszędzie ludziska mieli ponoć, drapali się w każdym miejscu niezależnie, czy w rynsztoku leżeli, czy na nabożeństwie w katedrze pobożnego kazania słuchali. A dzieci, to się z takimi głowami jako jajka rodziły. Albo i się w ogóle nie rodziły… Tfu! Mór i plugastwo, oby więcej w mieście się nie pojawiło! Dobrze, że w czas się łowcy czarownic zjawili, spalili kilka murw najpodlejszych i najbardziej sprzedajnych, a w mieście szybko się unormowała sytuacja.


No, przecie na temat gadam, młodziaku, gdzie ci tak spieszno? Była i trzecia, całkiem niedawno, może przed półwieczem. Małym szkrabem wtedy byłem, nie więcej jak metr od ziemi odrośnięty, a pojawiła się ona – najgorsza zaraza na świecie, jak mawiał mój tatuńcio, niech mu ziemia lekką będzie. Na samą myśl o niej, jeszcze dziś mi gęsia skórka na karku się podnosi. Że co? Przeca wiem, o czym mówię – był pomór? Był. Więc opowiadam, a ty mi tu nie mędrkuj, że po księgach nie ma nic zapisane. O czym to ja…? A – była więc  zaraza straszliwa i równie wszeteczna jako una gryźlyca przynajmniej… Jak się zwała, pytasz? Jam ją wołał „pani matko”, ojciec za to „ty kurwo puszczalska”, wiele miała imion…

 

Że jak? Nie interesuje cię to? No to gadaj, szczeniaku, co cię ciekawi, bo czas mój jeno marnotrawisz. Aaa, trzeba było tak od razu, żeby o ospie gadać. No, nie więcej jak trzydzieści lat temu to było, kiedy to plugastwo tu przypełzło. Nie wiadomo skąd, ważne że spadło jako ten grom z jasnego nieba. Rach-ciach! i z dnia na dzień niemalże zaczęli ludzie w żebraczej dzielnicy z parchami na gębie łazić, a w tydzień potem zdychali jak psy w rynsztokach. Wierzaj mi, chłopcze, mieszkałem i ja wtedy między nimi, stąd te blizna ohydna na policzku. Nie był to widok dla ludzkich oczu. Ludzkie ścierwo taplające się w brudzie i smrodzie, śród nieczystości i kloaki, jakiej nigdzie nie uświadczysz. Staruchy, na wpół przegniłe, całe w strupach i klejącej się ropie wyłaziły na ulice błagać o litość, ale po przejściu kilku kroków upadały w błoto i tam ginęły wdeptane w ziemię.

 

Burmistrz szybko nakazał zamknąć dzielnicę, a kiedy zaraza powoli przedostawała się do dzielnicy rzemieślniczej, która zaraz obok żebraczej się znajduje, odciął całe miasto od świata zewnętrznego. Ludzie z dzielnicy biedaków chcieli zbieżać każdym sposobem, bo zostać wśród tysiąca zakażonych, to pewna śmierć. Nic to jednak nie dało – burmistrz wysłał straż przeciw nim i polała się bratnia krew po bruku Brucknerfeld. Kiedy tylko ludzie cofnęli się do swoich domów, reszta mieszkańców pobudowała barykady nie do przejścia i na nich pilnowała, coby nikt nie przeszedł na drugą stronę. Do dziś możesz zobaczyć za daleko w ulicę wysunięte podmurowania w dzielnicy żebraków. To pamiątka z tamtych czasów, kiedy to gorliwi murarze chcieli odciąć nas całkiem. Tymczasem ludzie w kwartale biedaków gnili. I cuchnęli okropnie, tak że niemal nie dało się wytrzymać. Jęki umierających coraz częściej zagłuszały błagania ludzi osłabionych chorobą tak, że nie mogli zrobić nic. Błagania nie o pomoc, ale o szybką i bezbolesną śmierć… Nikt im jej nie dał. Burmistrz odczekał jeszcze kilka tygodni, aż jęki ucichną, a choroba przestanie się pojawiać w innych częściach miasta.

 

Szybko oczyszczono dzielnicę żebraków, większość domów puszczono z dymem, zresztą z ich zmarłymi właścicielami. Wielu takich jak ja – niemal cudem ocalałych z pomoru – znalazło przy tym zajęcie. Nikt nie chciał nawet tknąć przegniłych, rozpadających się trupów. Każdy bał się ospy… Zarobiliśmy więc wtedy sporo grosza. Na nic, jak się okazało, bo burmistrz nakazał nas kwartan… kwantar… kwararantować, coby się zaraza nie rozeszła od nas. Przez miesiąc siedzieliśmy w lochu, a potem szukaj tu pękatej sakiewki, która przy przeszukaniu się zagubiła… Tak mi to cholerne miasto odpłaciło za wierną służbę, tfu! sromota i hańba na tego psubrata, który nas tak urządził. Ale wiesz co? Nie wyjadę stąd nigdy. Za stary na to jestem, zejść z tego świata mi niedługo przyjdzie. A poza tym przyzwyczaiłem się. Tak, przyzwyczaiłem. I jeszcze jedno, chcesz wiedzieć? To nachyl się, chłopcze, cobyś dobrze słyszał. Wtedy pierwszy raz pokochałem trupa…

 

Autor: Michał „Wiewiór” Musiał
Redakcja: Konrad „Hendley” Kołacki


Informacje dodatkowe:
 

 
Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.