Slaider 01

Slider 02

Slider 03

Slider 04

Slider 05

Slider 06

Slider 07

Slider 08
Dwa przypadki hultajskie
11-07-2005, 20:32 | 2644 x przeczytano | Luigi
Pana Ramułta żałosny przypadek

Jak wiadomo, szlachcica osiadłego nie można było uwięzić bez wyroku sądowego, chyba że schwytanego na gorącym uczynku – warto o tym pamiętać, by na przykrości się nie narazić. Ale z tym "chwytaniem na gorącym uczynku" również trzeba uważać, bo...
Żył sobie w ziemi sanockiej szlachcic zacny Piotr Ramułt, który zbójectwem się trudnił, jak i wielu innych w tamtych stronach. Nie miał dóbr ziemskich w sanockiem, a mieszkał sobie w górach, na ustroniu pod Hołuczkowem, wraz z kilkoma innymi podobnymi mu osobnikami. W 1634 roku banda ta napadła na bogatego Żyda Jelenia, który wracał ze słynnego jarmarku w Jarosławiu i wiózł 70.000 złp (!) gotówki. A napadnięto go pod Jarosławiem, w pobliżu osławionej karczmy "Pod Bukiem", cieszącej się wątpliwą acz zasłużoną sławą zbójeckiego gniazda. Żydek uszedł, Ramułt zabił swych trzech kompanów by samemu gotowizną zawładnąć i wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby nie ośli upór kupczyka. Śledził on bowiem imć Ramułta aż do jego górskiej kryjówki i wiedząc już gdzie pieniądze się znajdują, udał się do grodu w Sanoku ze skargą. A energiczny choć naiwny podstarości Jan Pieniążek (sic!) szlachtę okoliczną zebrał, Ramułta osaczył i uwięził.
I tu zaczyna się najzabawniejsza część tej historii – żona zbója, powołując się na to, że ma on dobra ziemskie poza ziemią sanocką, a nie został ujęty na gorącym uczynku, wytacza proces Jeleniowi i podstarościemu przed trybunałem. I rzecz jasna, wygrywa wobec tak jawnego praw szlacheckich pogwałcenia... Podstarości skazany zostaje na 120 grzywien i rok wieży pod rygorem banicji, a obrabowany Żyd na 240 grzywien pod rygorem infamii i śmierci... A Ramułt, biedna ofiara bezprawia, po dziewięciu tygodniach wolność odzyskuje...
Jakie były dalsze losy 70.000 złotych polskich? Pan Łoziński, który w książce "Prawem i lewem" przypadek ten omawia, nic o tym nie wspomina. Może wróciły do Żyda, a może ukryte przez Ramułta leżą sobie gdzieś w jakiejś grocie pod Hołuczkowem? Tylko pana Ramułta wytropić, wyśledzić, ubić gdy trzeba i do złota się dobrać! Ale uważać na onego zbója trzeba, bo i szablą dobrze macha i strzela zacnie, a w prawa swoje dufny, przed niczym się nie cofnie...


Historia prawdziwa braci Łahodowskich
czyli przyczynek do dziejów obyczajów w dawnej Polsce

Starożytny ród Łahodowskich należał do najzacniejszych rodów ziemi lwowskiej. A jednym z najwybitniejszych jego przedstawicieli był Jan, kasztelan wołyński. Jego synowie stać się mieli bohaterami krwawego dramatu, który wywołał grozę na całej Rusi. A miał ów kasztelan synów pięciu – Stanisława, Aleksandra, Andrzeja, Marka i Jerzego. Nas najbardziej interesują Stanisław, Aleksander i Marek. Ale i o Andrzeju potem wspomnimy.
Najstarszy z braci, Stanisław Łahodowski, z profesji najemny żołnierz, walczył w służbie hospodarskiej w Mołdawii, by następnie przyłączyć się do lisowczyków. W 1620 roku był nawet rotmistrzem jednej z ich chorągwi. W cztery lata później spisuje się dzielnie pod Martynowem, już jako rotmistrz wojsk kwarcianych, jako pierwszy uderzając ze swą chorągwią na Tatarów. Miał ci ów dzielny wojak po ojcu majętność Zatorce w województwie wołyńskim, młodsi bracia zaś rezydowali w Winnikach pod Lwowem, dawnej siedzibie ich ojca – kasztelana. Imć Stanisław niezłym był awanturnikiem i z księciem Jerzym z Ostroga Zasławskim, wojewodzicem wołyńskim, prowadził zaciętą, prywatną wojnę – i radził sobie bardzo dobrze, choć książę pan potrafił odgryźć się nieźle. I tak np. 1 1623 roku, po którymś tam starciu, książę poobstawiał swymi ludźmi gościńce w dwóch powiatach i pan Łahodowski przez dłuższy czas nie mógł dostać się na roczki sądowe do Łucka i Włodzimierza Wołyńskiego.
Potem bracia Łahodowscy zaczęli kłócić się między sobą. W 1626 roku Stanisław, wówczas już rotmistrz husarii, przybył ze swą chorągwią do Lwowa i wyprawiwszy ją do hetmana Koniecpolskiego, zamieszkał z towarzyszem swym, niejakim Łysakowskim, na przedmieściu halickim, chcąc zasięgnąć porady słynnego w owym czasie lekarza, doktora Erazma Syksta. Tu też doszło do tragedii – Aleksander i Marek Łahodowscy postanowili pozbyć się starszego brata. Wziąwszy sobie do pomocy powinowatego, niejakiego Sienieńskiego, na czele 60 (!) osób zbrojnej czeladzi napadli na gospodę, w której mieszkał Stanisław. Ponieważ był on akurat u doktora Syksta, cały impet ataku skupił się na jego towarzyszu, wspomnianym już Łysakowskim – po otrzymaniu pięciu ran i stracie dwóch osób ze swej czeladzi, musiał ratować się ucieczką. Tymczasem wrócił z miasta sam Stanisław – bracia oddali do niego trzy strzały z pistoletów, raniąc go ciężko. Następnie oddalili się ze swą czeladzą, myśląc, że brat jest martwy. Nie tak łatwo było jednak ubić starego lisowczyka i bohatera spod Martynowa – Stanisław odzyskał przytomność i wezwał księdza. Niestety, bracia zauważyli duchownego udającego się spiesznym krokiem w stronę gospody, domyślili się co zaszło i powrócili... Wyważyli drzwi i mimo oporu księdza, słuchającego właśnie spowiedzi Stanisława (!), oddali do brata kolejne trzy strzały. Następnie porąbali ciało szablami, obcinając swemu bratu ręce. Naturalnie nie zapomnieli o złupieniu całęj gospody. Zwłoki Stanisława i obu zabitych pachołków wrzucono na wóz i bratobójcy ruszyli do swych Winnik. Koło kościoła bernardynów nie do końca odcięta ręka Stanisława zsunęła się i trup jakby się poruszył – rozwścieczeli bracia roztrzaskali mu na wszelki wypadek głowę strzałem z pistoletu i odrąbali całkowicie ową rękę. W Winnikach rozpruli zwłoki brata i wyjęli z nich serce, aby sprawdzić, czy któryś z nich w nie trafił (widać ich pistolety różniły się kalibrem). Następnie spalili zwłoki obu pachołków, zwłoki brata zaś gdzieś porzucili.
Wkrótce zajęli zbrojnie jego majętności i oczywiście nic im się nie stało. Dopiero w 1629 roku sąd sejmowy skazał ich obu na infamię, co naturalnie nie pociągnęło za sobą żadnych konsekwencji - jeszcze w tym samym roku hetman Koniecpolski wydaje glejt Markowi Łahodowskiemu, dzięki czemu zawieszona zostaje ewentualna egzekucja wyroku. W 1632 obaj mordercy otrzymują podobne glejty od wojewody krakowskiego Jana Tęczyńskiego. Wreszcie w rok później król Władysław IV obiecuje Markowi Łahodowskiemu amnestię w zamian za służbę wojskową własnym kosztem. Obaj bracia umierają spokojnie, za popełnioną zbrodnię żadnemu z nich nawet włos nie spada z głowy...
Kolejny z braci, Andrzej, również lisowczyk, skłócony z Aleksandrem i Markiem, próbował ich z kolei zabić... Do jego wyczynów należy zdefraudowanie 5000 złotych przeznaczonych na zaciąg żołnierzy podczas wojny ze Szwecją z lat 1626-29 i wykradzenie niejakiemu Wiktorynowi Kuropatnickiemu intercyzy na 30.000 złotych. Pan Andrzej najpierw pożyczył tę sumę od naiwnego Kuropatnickiego, potem podpisał intercyzę, a następnie, gdy już ją wykradł, udawał, że żadnego długu nie zaciągnął i pieniędzy nie oddał... On również otrzymuje glejt, tym razem od króla, i spokojnie dożywa swych dni prowadząc zaciekły spór z ówczesnym starostą jaworowskim Janem Sobieskim, przyszłym królem Polski. Doborowa rodzinka...
Siostra braci Łahodowskich, Anna, niezbyt różniła się od braci. Miała trzech mężów i do końca życia procesowała się i zajeżdżała – ot, taka druga „wilczyca kresowa”. Z jej mężów najciekawszą postacią był mąż drugi – Stanisław Kilian Boratyński. On to właśnie około 1623 roku porwał od jezuitów z Jarosławia 14-letniego, ślicznie śpiewającego chłopca i postanowił wykastrować go, by dzieciak nie stracił z czasem swego pięknego głosu (oj, miała pomysły ta nasza szlachta...). Na szczęście chłopak uciekł do księżnej Anny Ostrogskiej, która powierzyła go opiece lwowskich jezuitów. Pan Boratyński próbował porwać chłopca podczas nabożeństwa (!), uniemożliwiła mu to jednak interwencja wiernych. Następnego dnia, spotkawszy jednego z jezuitów opiekujących się młodym śpiewakiem, rozkazał swym hajdukom strzelać do niego. Ksiądz ledwo co uciekł, ratując życie... Nie należy chyba dodawać, że pan Boratyński był katolikiem... Naturalnie nie spotkała go żadna kara.
I to tyle o braciach Łahodowskich. Wszystko to spisałem z książki „Prawem i lewem” pana Łozińskiego, którą szczególnej uwadze Panów Braci polecam.
Tomasz "Luigi" Michałowski
Redakcja: MMochocki

Informacje
 
 

Oceń artykuł
Ten artykuł jak dotąd oceniło 6 Sarmatów, średnia ocena: 4.8.
 
Skomentuj
Nie posiadzasz uprawnień by dodawać komentarze.