Slaider 01

Slider 02

Slider 03

Slider 04

Slider 05

Slider 06

Slider 07

Slider 08
Zagłoba
15-10-2001, 18:25 | 4276 x przeczytano | ARTUT
Krótkie opowiadanie o tym jak JWP Onufry Zagłoba do nieba trafił (opublikowane w Portalu #5).

Z jasnego obłoku powoli wyłonił się starzec. Był mocno przygarbiony i wyraźnie utykał na prawą nogę. Nosił się po polsku w złocisty kontusz i srebrny żupan, a przy pasie miał podwieszoną przepięknej roboty karabelę.
- Witam, witam Waszmości! - zawołał ktoś z oddali. - Nie mogłem się już doczekać.
Szlachcic podniósł głowę i począł rozglądać się wokoło. Przychodziło mu to z niemałym trudem. Jedno oko miał całkiem zakryte bielmem, drugie natomiast nie było już tak sprawne jak przed laty. - Verdo? - zawołał.
- Ej. panie Zagłoba. Nie poznajesz mię Waszmość? - zaśmiał się nieznajomy.
- W imię Ojca i Syna! Toż to Święty Piotr! Do niebam trafił?
- A co się tak dziwisz Mości Panie. Na każdego przyjdzie jego pora. - powiedział klucznik niebieski. - Myślałeś pewnie Asan, że do piekła trafisz!
- A gdzieżby! Nawet w młodych leciech księdzem zostać chciałem, do czego miałem i powołanie, bom człek spokojny i wstrzemięźliwy, ale fortuna inaczej zrządziła. Ależ prawda li to, że w niebie jestem?
- Jeszcze nie. - zaśmiał się apostoł. - Zaraz dopiero bramę będę odmykał. Oj wielu krześcijan dziś przyjmę. Z wizyty Waszmości pojmuję, że bitwa już rozpoczęta?
- Oj i to jeszcze jak. Aż mię dziw bierze, że pierwszy tu jestem. Przecież wielu już rycerzy na placu boju spoczywa. Jakże to Ojcze Święty?
- Ej panie Zagłoba. Całe chorągwie już popadały, ale w czyśćcu czekają. Sam się trochę dziwię, że Waszmość tu bez przeszkody nijakiej trafił. Przecie szlachcic byłeś wiary głębokiej, ale grzechów niemało masz na karku. - Zagłoba udał, że nie słyszy.
- Siędźmy Święty Pietrze, bo mnie kości łupią. A miodu tu jakowegoś nie masz furtianinie niebieski? Z wojny przecie idę i w gardle mnie suszy.
- Ha! Prawdę powiadali, że Pan Zagłoba rad klimkiem rzuci. Ej frant z Ciebie Mości Panie. Pewnie, że mam miód. W niebie my niczego innego nie pijemy. Bo to wino z błota rośnie, piwo z ziemi brudnej a jeno miód pszczoły nam z nieba wykradają, by na ziemskim padole lżej się żyło. Siądźmy zatem. - spoczęli pod wielką bramą. Piotr Święty rozlał złoty trunek.
- Wiedział Pan Bóg, dlaczego pszczoły stworzył.
- Z ust mi to Waść wyjąłeś! - zawołał furtianin. - Waszmość się herbem "Wczele" pieczętujesz?
- a tak. - potwierdził szlachcic.
- Pytam się o herb Waszej Mości bo mnie zawsze na śmiech zbiera gdy sobie przypomnę jakżeś ową dziurę w czele zdobył.
- Ej nie ma o czym języka strzępić. - odburknął szlachcic.
- A jakże! Jest, i to jeszcze jak! Proszę Waści; opowiedz jakże to było bom tego nie widział . Rzadko na Ziemię spojrzę, bo pracy tu mam zatrzęsienie.
- Kpem bym był, gdybym tak zacnej personie odmówił. A takoż to było. Ojciec mój jak Święty Pietrze pamiętasz zwał się Teofil a matka Bonifacja. Miałem ja dwóch braci starszych: Marcjana i Wojciecha. Niestety gdym piąty czy szósty rok skończył na Ruś Czerwoną orda tatarska jak to często bywało, napadła. Wsie wszystkie popaliła, rodzicieli i braci mi zabiła a mię związawszy z małym jasyrem na Krym poprowadziła. Tam mię na targu przedali. By zaś wziąć więcej za mnie złota na paluszek pierścień ojca mego mi wcisnęli i powiadali kupcom, żem syn hetmański. Tak one kupce dwa wozy szczerego złota za mnie dały (niechaj tu trupem padnę jeśli łgam) i dalej w głąb Turczech mię poprowadziły. Że zaś urody byłem wielkiej przeto na sułtański dwór trafiłem. Tam mię więzić poczęli by okup potem wziąć. Żony sułtana się mną opiekowały i świata za mną nie widziały. Sam sułtan jak własnego syna mnie miłował (bo jeno trzy córki miał a dwie najstarsze szpetne tak były, że w wieży całymi dniami zamknięte siedziały). Com chciał tom miał. Jak królewicza mnie traktowali. Nawet mi weneckiego nauczyciela sprowadzili, który to w łacinie mnie przysposabiał, rzymskich poetów nauczał a i o materyi świata wiele mówił. Także nabożnych pieśni i pacierzy mnie uczył bym z dala od świętych sakramentów nie zdziczał. Sułtan nie wzbraniał, bo choć kochał się we mnie to chytre to było bydlę i złota łaknęło za mój wykup.
- No ale o dziurze owej miałeś Waszmość mówić.
- Przeto mówię lecz wcześniej sprawę całą ab Iovo muszę przedstawić. Otóż, gdym już lat nabrał bożą wolę czuć począłem. Razu pewnego sułtan przed swe oblicze mnie wezwał. Wściekły był tak, że aż szaty rwał na sobie. Pytam tedy czego on chciał? A ten krzyczy, żem mu córkę jedyną uwiódł (bo one dwie potwory w morzu kazał utopić), i że się z nią żenić będę i wiarę proroka przyjmował. Jam mu na to odpowiedział, że dziewkę bym wziął bo gładka bestyja, ale nie wezmę bo tureckich bałwanów czcić nie zamierzam bom chrześcijanin. W furię wpadł psi syn i kląć obelżywie zaczął. Brał co miał pod ręką, a to świeczniki, a to buławy i insze rzeczy i rzucał nimi gdzie popadnie.
- I pociskiem jakowymś Waści w głowę trafił? - spytał zaciekawiony apostoł.
- Po prawdzie to nie. - zaprzeczył Zagłoba.
- Więc mów Waszeć jakże to w końcu było! - zawołał furtianin.
- W końcu mnie pojmali janczarzy i na rozkaz sułtana do lochu zamknęli. Tam mnie torturom okrutnym poddawali, aż w końcu żywym ogniem oczy moje piec poczęli. Lat kilka w lochu siedziałem a sam nie wiem ile to było.
- I dziurę oną wykłuli zapewne?
- Po prawdzie to nie. Zaraz jak to było powiem. Szczęściem całkiem nie oślepł, jeno bielmo na me oko zaszło a drugie mi oszczędzili, bo właśnie to myśleli, żem całkiem oślepł. Siedziałem tak w lochu i podkop robiłem. Wiele czasu minęło alem w końcu uciekł. Jednak serce me coś tknęło i się pod wieżę, w której za karę sułtankę zamknęli podeszłem. Przystanąłem i patrzę. Wtem widzę hen wysoko nade mną głowę sułtanki. Woła do mnie. Zagłoba kocham ja Cię sercem szczerem i przez te lata całe łzami rzewnymi Cię opłakuję. Ja do niej na to. Ja Ciebie też jeno z oddali. Wracam ja do ojczyzny i więcej mnie nie ujrzysz. Abyś pamiętał masz pierścień mój złoty z szafirem. I ciepnęła mi głupia koza przez okno ony specyjał. A stałem ja ci nad skałą tak, że wysoko nade mną to było jak do szczytu wieży maryjackiej w Krakowie, albo li wyżej. Złapał bym cudeńko gdyby nie słońce, które mię oślepiło. Jak owy pierścień nie gruchnie w czoło tak ja fik kozła. Aż się nogami zakryłem.
-Ha! To ci historia. A łgałeś Waść innym, że to rozbójnicy zrobili, znowu indziej, iż kuflem ci oną dziurę w Radomiu wybito!
- A com miał mówić. Przecie w tajemnicy trzymać to musiałem bo mnie wstyd brał, iż pierworodny syn mój bez chrztu żył i umarł.
- A jakże to? - zapytał święty.
- No bo ze złości krew sułtana zalała gdym z lochu uciekł. Nie miał biedaczyna syna, że zaś wstyd mu było to wcześniej kazał wszystkich świadków zajść wcześniejszych potruć. Zmyślił historyję, iż syn to jest od Allacha na ziemię zesłany i, że on nowym sułtanem będzie.
- Ej Panie Zagłoba. Wierzyć się nie chce!
- Dalibóg Ojcu Świętemu bym łgał?
- Łotr z Waszej Mości. Siła żeś Mości Panie na ziemskim padole nagrzeszył.
- Prawda to Święty Pietrze, ale kto jest bez winy, niech pierwszy...!
- Żebyś Acan wiedział ile razy ja to słyszałem. - zaśmiał się odźwierny. - No aleś niecnota, boś na banicyję skazany został i to za podły jeszcze postępek.
- No a cóż robić miałem, kiedy na biesiadzie mnie pierwszych miejsc wyrzucili i siadać z bosą szlachtą przy wejściu kazali bo miejsce potrzebne było posłom moskiewskim???
- No ale toż to niepolitycznie na stół wychodzić i goły zad wypinać krzycząc by go bojarzyny napuszone całowały. I to w obecności króla.
- Ale przecie król cztery niedziele z tego teatrum śmiał się. Prawda jeno, żem podpił trochę, a i krew miałem gorącą bom ledwie lat trzydziestu był i figle mi po łbie jeszcze chodziły.
- Panie Zagłoba! - zawołał Święty Ojciec. - Ale ty przecie i infamiję miałeś na karku boś jednego Mazura zabił!
- Gdzież zabił?!?! Co też Święty Pietrze mówisz. Ów pijanica twierdził, że mnie przepije. Tom go na pijacki pojedynek wyzwał . Ej młody byłem bom ledwie lat chyba 60 skończył i diabli mi za kołnierzem siedzieli. Piliśmy trzy dni, tak, że się całe województwo zjechało popatrzeć. Tedy trzeciego dnia ów wstaje (a Krzaklewski mu chyba było) i mówi mi "Panie Zagłoba! Z panem to się nikt równać nie może". I padł bez ducha. Szlachta mi brawo bić poczęła a niejedni mi konie i pasy obiecywać zaczęli. Wtem wpada krewny owego capa wraz z podstarościm i pachołkami. Krzyczą, że na gorącym uczynku mnię złapali. Okuli w kajdany i do wieży sprowadzili. Ściąć mię mieli, alem zbiegł im i na Dzikich Polach się ukryłem gdzie czasem ze znaczniejszymi Kozakami w komitywę wchodziłem i dwornych manier ich uczyłem.
- Ale w końcu zdjęli tą kondemnatkę? Nieprawdaż?
- Prawda to. Trzy miesiące nie minęły, jak po śmierci owego Krzaklewskiego sąsiad jego proces wytoczył z naganą szlachectwa tegoż pijanicy i wygrał go. Przeto zdjęto ze mnie wyrok i zamiast ukrywać się mogłem jeno główszczyznę zapłacić.
- Ale gdyby nie to, to byś Waść Bohuna nie poznał no i Kurcewiczówny byś nie zratował i kompanii zacnej nie poznał i wielu zasług prześwietnych Rzeczypospolitej byś nie oddał.
- Prawda to, jako żywo! - potwierdził Pan Zagłoba.
- No i tak prześwietną śmiercią byś nie zginął. Oj będą chyba teraz pludraki wiedeńskie, pomniki Zagłobie budowali.
- A co!? Podobała Ci się Święty Pietrze owa szarża?!?!
- Podobała. Setnie Waszmość Pan tego psiego syna Kara Mustafę o tę pustą głowę skrócił!


Informacje
 
 

Oceń artykuł
Ten artykuł jak dotąd oceniło 8 Sarmatów, średnia ocena: 4.9.
 


 
20-09-2007, 00:08 | Pinky_MS | Komentarzy w sumie: 1
Komentarz


Skomentuj
Nie posiadzasz uprawnień by dodawać komentarze.