Slaider 01

Slider 02

Slider 03

Slider 04

Slider 05

Slider 06

Slider 07

Slider 08
O krok od domu - opowiadanie
03-04-2007, 10:40 | 6948 x przeczytano | Islam Gerej III

Pan Zygmunt Gliniecki, porucznik chorągwi petyhorskiej JW Krzysztofa Radziwiłła zmierzał wraz z czeladzią do ojcowizny opodal Wilna. Po zakończeniu ‘Pruskiej wojny” i szczęśliwie wygranych walkach pod Trzcianą, król co dzielniejszych na zasłużone leża do domostw kazał rozpuścić. Dzięki takowemu przywilejowi namiestnik przemierzał solidne Pruskie trakty ciągnące się w poprzek „złotych pól folwarku” i przecinające co krok zadbane małe miasteczka. Wojak, jak na majętnego posesjonata, a przy tym weterana wojen, odziany był w karmazynowy żupan, spinany tuzinem srebrnych guzów. Podobno w obozie mówiono, iż go w kości od samego Radziwiłła ojciec jego wygrał. Narzucona nań delia rozwiewała się co rusz, falując jak nawa na pełnym morzu.. Silny wiatr strącał też co raz lisią czapkę zwieńczoną broszą, na której widniała podobizna naszego węgierskiego króla. Namiestnik jechał w skupieniu, z rzadka spoglądał na podążającą za nim trojkę pocztowych i dwóch pachołków. Ci zaś wesoło rozprawiali częstując się obficie nabytą w Chałańsku wódką.
- Siąpić poczyna – zauważył Jan Woyczyński, najmłodszy w kompani, bo dopiero co dwudziesty rok skończył. – Może by tak mości namiestniku karczmę jaką zdybać?
Szlachcice, bowiem czeladź również ze stanu nobilitowanego się wywodziła, choć uboższej warstwy, spojrzeli błagalnie na swego pana. Można się było spodziewać, że Gliniecki i po największej ulewie będzie do domu jechał. Nic go nie zatrzyma, jeśli o rodzinę chodzi. Wszakże żołnierz ten od ponad półtora roku żony i syna nie widział.
- Przeto nic się wam nie stanie jak wody nieco nabierzecie – odparł po chwili jegomość
Tak oto cały plan kompanii, by ciało ogrzać, pieczonego się najeść i mordy w karczmie nadrzeć spalił na panewce. W dodatku nie zważając na towarzyszów, Zygmunt spiął śmielej karego wierzchowca i oddalił się od zniechęconej braci.
- Z nim tak zawsze – tłumaczył nieobytemu wśród namiestnika Woyczyńskiemu naznaczony niejedną szramą Jurko Pietrałowicz. Rusin z ubogiego mińskiego zaścianka, który idąc za chlebem wstąpił do armii jeszcze w latach, gdy przez jego wieś Batory na Moskala ciągnął. - Ale nie wzburzaj się młody…nic nam na to radzić, jeno krwi sobie napsujesz.
Wszyscy poszli za radą wiarusa i wnet dogonili swego dowódcę. W tym czasie drobny wrześniowy deszczyk przeinaczył się w zapowiadająca jesień gwałtowną ulewę.
Zdając sobie sprawę z niezadowolenia, jakie panowało wśród swoich, namiestnik zezwolił na zjechanie do najbliżej gospody.
- Jeno tylko na chwilę, co by deszcz zelżał – tłumaczył swoje nagłe zmienienie zdania.
Szczęściem kompania niebawem na folwark trafiła, a jak folwark stoi, to i karczma gdzieś nieopodal musi stać. Tak też i tu było - za pierwszym zakrętem przy samym trakcie wznosił się ceglany duży budynek okraszony szyldem z nazwą zajazdu.
- „Pruski Dryl” – odczytał pachołek Glinieckiego – Psia jego mać, elektora tu chwalą, czy co?
Namiestnik przez moment wpatrywał się w rzucany wiatrem szyld. Nie mogąc wywnioskować, czemu ktoś w nazwie swojej gospody użył obcego terminu, zeskoczył na wyłożony kamieniami bruk. Chociaż cała szóstka pochodziła z Litwy, gdzie trudno znaleźć coś, co nie byłoby budynkiem z drewna lub nawet lepianką, to zdążyli się już przyzwyczaić do wygody i schludności, jaką oferowały zachodnie prowincje Rzeczpospolitej. Pachołkowie zniknęli za rogiem z wierzchowcami petyhorców, natomiast żołnierze, nie chcąc dalej moknąć, wsunęli rozczochrane łby do wnętrza karczmy. Było ono przyjemnie oświetlone, na ścianach wisiały zdobione kinkiety, posrebrzane lichtarze sadowiły się na ławach i parapetach okiennic.
W środku roiło się od różnej kondycji person., całego multum szlachciców, łyczków, czy w końcu zamożnych chłopów. Skinieniem dłonią porucznik nakazał swoim ludziom zająć ławę w rogu sali. Mógłby popróbować szczęścia w „przejęciu” jednego z alkierzy, lecz nie planował zabawić tu dłużej, a i wojenne utarczki ułagodziły jego porywczy charakter. Zamienił więc tylko z karczmarzem – Nemcem – dwa zdania, sypnął kilkoma groszami i powrócił do kompanii. Oczekiwanie na miód i pieczyste umilali sobie podsłuchiwaniem rozmów siedzących wokoło osób. Nieurodzaj w polu, ucieczka poddanego, weselisko córki i pielgrzymka na Jasną Górę – nic z tych rzeczy nie zaciekawiło, w przeciwieństwie do reszty, namiestnika. Przesiadł się na druga stronę stołu i utkwił wzrok w zalewanej deszczem drodze za oknem. Pytał w duszy Boga, kiedy przestanie zsyłać deszcz i pozwoli mu ruszyć dalej w drogę. Jego rozmyślania przerwał zgoła dziwny widok. Otóż z tej samej strony, od której chwile wcześniej nadjechał ze swoją kompanią, kroczył pieszo cudacznie wystrojony mężczyzna. Zaskoczenie było tym większe, że ów człek po wparowaniu do gospody pokłonił się wszystkim zamiatając podłogę swym zwieńczonym piórem kapeluszem.
- Buenos dias …me he perdido – zaczął niepewnie. Wszyscy zebrani w karczmie odwrócili się w stronę nieznajomego i uważnie badali jego zachowanie.
- Panie pludrak, a mówże Waść po Bożemu. My tutaj tego szkaradztwa nie pojmujemy… - przemówił siedzący przed porucznikiem szlachcic.
- Me ilamo Jose Aravisca Gelrado, me he perdido.
Widząc, że próby porozumienia się z cudakiem skończą się fiaskiem zebrani wrócili do kufli i półmisków. Nieszczęśnik również chyba domyślił się swej sytuacji, bowiem usiadł przy jedynej wolnej ławie i ręką począł machać na gospodarza. Ten nie chcąc się narażać na szyderstwa ze strony swej klienteli, z początku nie reagował na jegomościa w pomarańczowym kaftanie i zielonych, obcisłym spodniach. Pludrak jednak machać nie zaniechał, począł chrząkać, nawoływać w swoim języku, aż wreszcie znudzony karczmarz znalazł się przy jego stole. Rozłożył ręce pokazując swojemu gościowi, że nie jest w stanie przyjąć jego zamówienia. Jednakże owy Jose Aravisca okazał się sprytną bestyjką. Za pomocą gestów i rysunków, które czynił swym rapierem na stole wyraził swoje potrzeby.
Ku rozpaczy szynkarza ława stała się płótnem na „obrazy” Iberyjczyka. Obok wyrytego kufla, kurczaka, róży i…trzech koron!
Trzech koron.
Jose widząc zaskoczenie w oczach karczmarza starał się przekazać, iż jest związany z tym godłem. Stary Hans nie mógł się mylić, zbyt dużo widział na tym świecie. Wyryte godło było herbem Szwecji, monarchii, która ciągle jest w stanie wojny z Rzeczypospolitą. Gospodarz znieruchomiał, co gorsza zaciekawił pozostałych. Pludrak mógł zjeść, popić i udać się w swoją drogę nie czyniąc przy tym nikomu krzywdy. Co jednak wtedy, gdy gwałtowna szlachta obaczy z kim popija pod jednym dachem? Hans nie mógł na to pozwolić, nie w jego gospodzie. „Pruski Dryl” zawsze był otwarty dla zamorszczyków, choć ostatnio, w czasie gdy Rzeczpospolita  toczyła wojnę, rzadziej zaglądali tu obcy. Przebudził się z letargu i zaczął ponownie obsługiwać brać szlachecką, co by do wroga się nie przysiedli.
Niestety, nie dane było zaznać spokoju biednemu szynkarzowi. Uśmiechy i koślawe słowa cudaka nie uszły po raz wtóry uwadze podpitych panów braci. Zaraz zgromadziła się przy nim siła podpitych szlachetków. Dołączyli by i kompani Zygmunta, lecz jego gniewne spojrzenie ostudziło zapał pocztowych. Głupi i prosty szaraczek w poszatkowanym zielonym żupanie zadzierał z Hiszpanem, to odsuwając szklanicę, to gasząc świeczki lub w końcu dobierając się do przewieszonego na oparciu ławy rapiera. Gdy zmieszanego pludraka otaczał już szczelny kordon szlachciców, jeden z nich odgadnął znaczenie wyrytego herbu.
- Na Rany Chrystusa, toż to Szwed! – wycharczał brzuchaty jegomość – jakem Janusz Mieszałkowski, to jest Szwed!
Pozostali jeszcze nie reagowali sądząc, że towarzysz przesadził już  z gorzałką
- Nie Szwed a Iber, co murzynów po domach chowa i ze zwierzętami w Indyjach handluje – rzucił sędziwy posesjonat wspierający się o stół na posrebrzanej buławie.
- Wara psie! – wrzasnął ponownie Janusz Mieszałkowski –  poszedł na majdan, bo łeb ci odrąbie!
 Nie musiał już tłumaczyć swojego wybuchu gniewu, pozostali równie jednoznacznie odczytali rysunki Aravisca. Zrozumiawszy swoje położenie, Hiszpan sięgnął po swoje ostrze, które teraz leżało już na ziemi. Schylił się, ustępując z miejsca, i ręką wymacał rapier. Gdy chciał się już podnosić, silny cios rękojeścią spadł na jego plecy, zaraz potem drugi i trzeci. Tracąc oddech i będąc silnie poturbowany, spoczął wśród butów polskich rycerzy – rycerzy co kopią lezącego. Byłby został skatowany na śmierć, lecz żywa reakcja namiestnika wstrzymała haniebną egzekucję.
- Dosyć! – ruszył trzymając dłoń na rękojeści swojej husarki – Dosyć, bo szablą wam poświecę! Jakże to przystoi szlachcicowi, ostoi prawa i honoru, bezbronnego jak psa tratować. Przeto nikomu z was krzywdy nie czynił, a jeno wytchnienia szukał. – Tutaj złowrogo spojrzał na  zgromadzonych zawalidrogów. W ich dłoniach pojawiły się karabelki, batorówki oraz zdobione Ormianki, wszystkie jednako cechowała mnoga ilość szczerb i rys.
- A co waści do tego? – ruszył ku Zygmuntowi tęgi szlachcic – brata twojego kopiem? Wuja? A może ojca? Siedź więc lepiej przy kuflu i bronić ojczyzny nam daj!
Pan Zygmunt omal nie rozpłatał pyskatego pijaka. Ledwo co się opanował i zripostował:
- Kraju chcecie tak chronić? Mordując przypadkowych podróżnych? A co wy wiecie o wojowaniu…wy psie syny, co na bitwę jeno przeciw horyłce stajecie. Znam ja się na nieprzyjacielu ojczyzny naszej i śmiało w wielki ich poczet waszmościów włączyć mogę. Ale, żem człek spokojny i ugodowy, to rzec wam zechcę, iż ten oto tu jegomość to nie żaden śledź, jeno ich foederati, co za pracę ma wojenkę. Sam żem baczył jak jednego dnia naprzeciw naszej piechocie stawali, a wieczorem w obozie żeśmy razem kucharzyli. Kontraktum się skończyło, Szwed zamki potracił – skarbu brak, to ich ze służby zwolnili. A ten musi być jednym z nich, co po zakończeniu swego kontraktu tułać się będzie po naszej ojczyźnie.
- Łżesz boćwinie – palnął jednooki zawadiaka – My jeno go na szable wyzwać chcemy, a ty tu oracje nam wyczyniasz. Zamilcz bo i z tobą zatańcujem!
Tego było za wiele dla szacownego wojaka. Nawet nieświadomość, z kim mają do czynienia, nie usprawiedliwiała zachowania bandy zawadiaków. Porucznik uczynił krok w przód, za jego plecami pojawili się towarzysze z obnażonymi szablami i ciury dzierżące bandolety. Tymczasem obity pludrak stanął na nogi i odzyskanym rapierem dał znak, że gotów o swój honor się upomnieć. Szlachta w mig pojęła na cos się zanosi.
- Przed karczmę! – warknął porucznik.
Zaślepieni żądzą bitki panowie bracia zaczęli wytaczać się przed front budynku. Z radości, kilku wypaliło z króciczek, wszyscy zaś gęsto sypali obelgami i wyzwiskami. Ciągle mocno padało, grunt rozmiękł a kontusze lepiły się do spoconych ciał. Zwada zapowiadała się wyjątkowo widowiskowo.
- Co tu będziem krew polską,…a i Litewską darmo przelewać – rzucił któryś z tłumu szlachciców – Waść schowaj szabelkę i puść Hiszpana by z którymś z nas się pojedynkował.
Nastała cisza. Pan Zygmunt wpatrywał się w zmieszane oblicze cudzoziemca. Ten rozumiał o co chodzi zawadiakom, więc długo nie czekał z odpowiedzią. Iber gotował się do walki, zrzucił kapelusz, odpiął rapcie, zaczął rozgrzewać dłoń, zgrabnie wymachując rapierem.
Tymczasem pan Zygmunt przechodził załamanie moralne. Żelazne zasady, które wpajano mu od dziecka powoli chowały się z pagórkiem na którym stał jego rodzinny dom i wyczekiwała nań rodzina. Zdawać się mogło, że porucznik opadł z sił, oparł się o szablę i chwycił się za głowę. Dwójka pocztowych pochwyciła swego pana i próbowała się z nim porozumieć. Żołnierz skoczył jednak na nogi, uniósł ostrze i ponownie wtrącił się do sprawy.
Obaj mieli zaraz zderzyć się żelazem, jednak reakcja porucznika chorągwi księcia Radziwiłła znów rozproszyła obie strony.. Rozepchnął trzech cherlawych szaraczków i wraz z towarzyszami stanął pośrodku koła. Tuż za nimi podążał karczmarz, którego siłą prowadził ciura pana Zygmunta.
- Nie usłuchaliście panowie, teraz zaś na pojedynek z panem Hiszpanem idziecie? Wiedzcie, że z tego miejsca posyłam po pana Terleckiego, właściciela karczmy i całego folwarku. On też z moją pomocą zapewne w areszt waszmościów weźmie.
Szlachta wybuchła śmiechem, rywal pludraka zignorował stojących obok żołnierzy i ruszył na niego.
- Nie weźmie, bo imć Terlecki na jarmark pojechał z rana – oznajmił namiestnikowi karczmarz – W dodatku w konfidencji jest z kilkoma z tych panów braci.
Porucznik był w szachu. Stanął pomiędzy swym przeciwnikiem z wojny, którego honor nie pozwalał wydać na rzeź oraz tłumem rozsierdzonej szlachty, co dusze odda, a burdę wywoła.
- Odstąp panie poruczniku– prosił pocztowy spod chorągwi, Woyczyński  – w domu staniemy z górą w dwie niedziele. Warto tu ducha wyzionąć? Przecież waszmość wiesz, że oni choćby po kolei mieli do niego stawać, to w końcu go usiedzą. A prędzej z rusznicy mu w trzewia palną, a przy okazji i nas napadną.
Słowa podwładnego ruszyły nieco Glinieckiego. Ukazał mu się widok jego gospodarstwa, dworu oraz żony wyczekującej z synem, których już tak dawno nie widział. Obraz ten przysłonił jednak inny - atak husarii i salwy muszkieterów, którzy nawzajem przelewali swą krew. Koniec z tym – postanowił w głębi serca porucznik. Nikt niewinny nie zginie w jego obecności, a już na pewno nie tu i teraz.
- Pierwszego który podniesie szablę, każe rozstrzelać, a wcześniej własnoręcznie ostrzem naznaczę!
- Tedy stawaj – Stajenny ruszył z karabelką w dłoni – panie cudak, wybacz mi…musisz poczekać. Pierwej z tym kmiotem musze pofikać.
Towarzystwo umilkło, wszyscy spoglądali na porucznika bynajmniej nie ze strachu, a żalu, że szlachcicowi przyjdzie ginąć. Porucznik zaś pofatygował się tylko krótkim :
- Gotuj broń!
Petyhorcy chwycili za szable, dobyli nadziaków. Pachołkowie skończywszy nakręcać zamki w pistoletach wycelowali z nich w najbliżej stojących panów braci. Zaskoczony pludrak, czując, co się święci, stanął u boku namiestnika kwitując pomoc podziękowaniem:
- Gracias senor.
Teraz pozostało tylko rozpocząć walkę. Zebrawszy się w kupę hultajstwo ze Stajennym na czele przygotowało broń i na znak skoczyło na siódemkę przeciwników.
- Miej nas Panie w opiece – wyszeptał Jurko, kompan Glinieckiego skacząc jako pierwszy na wybranego wcześniej szlachcica. Padły dwa strzały. Po lewej do kałuży osunął się wyróżniający się wcześniej gruby szlachetka. Stojący obok pachołek, chwycił się za głowę, dzieląc po chwili los grubasa.. Wszyscy się zwarli w morderczych starciach. Zadźwięczały ostrza, posypały się iskry a krew spłynęła na mokrą ziemię.
Pachołkowie po chwili leżeli już pocięci i poprzebijani, niedoświadczeni zbyt szybko dali zbliżyć się wrogowi. Śmierć swych rękodajnych jeszcze bardziej podjudziła namiestnika. Co raz ciął, wykręcał młynka, zbijał, odskakiwał i znów wyprowadzał śmiertelne ataki. Nim karczmarz zdążył wrócić z rusznicą, na placu boju ostała się tylko garstka walczących. Pozostali albo byli martwo albo zakrwawieni cofali się na ubocze.
Nie wiedząc kogo wesprzeć, szynkarz przycisnął samopał do ramienia, chwile celował i pociągnął za spust. Kula wpadła w sam środek zamieszania. Najprawdopodobniej ugodziła kogoś z kompani Stajennego, uszczuplając jego i tak już skromne siły. Walczący odstąpili Glinieckiego, ranny w bok petyhorzec oraz Jose cofnęli się przed front gospody. Pół tuzina ich oponentów postępowało powoli za nimi.
Głupio tak umierać – pomyślał porucznik - i ludzi dobrych tracić, którzy nie raz, ni dwa ojczyźnie się przysłużyli. Cóż jednak począć, gdy honoru się trzyma.
Szóstka zniecierpliwionych szlachciców spluwała prawie równocześnie machając przy tym swymi ostrzami.
- Kończmy sprawę Wasza Miłość – zarechotał Stajenny
Poczciwy karczmarz spróbował załagodzić sytuacje, wybiegając między dwie watahy wygłodniałych wilków. Był to jednak jego największy błąd w chytrym życiu. Gdy próbował przemówić do rozumu ludziom Stajennego został trafiony czekanem, który dzierżył kompan zawadiaki.
- Teraz to już jeno nasza sprawa… - dodał Stajenny
Obie grupki miały się lada moment na siebie rzucić i najpewniej wyciąć wzajemnie. Oczy Glinieckiego skierowały się jednak na trakt, skąd dochodził stłumiony rzęsistym deszczem tętent koni. Stajenny chyba też coś usłyszał, uprzedzając fakty skoczył ze swoją kompanią na trójkę „rycerzy”. Szybko się ten makabryczny spektakl zakończył. Petyhorzec upadł pod razami ciężkich szabel, natomiast Jose łamiąc swój rapier na zastawie wroga, dokończył żywota z postrzałem w brzuch. Pan Zygmunt zaś nie odrywając wzroku od traktu upadał w splamioną szlachecką krwią ziemię. Silny cios Stajennego nie dał mu szans na zachowanie życia. Ostatnią rzeczą jaką ujrzał na tym świecie, był widok jeźdźców… petyhorców… jego chorągwi. 

Pan Zygmunt Gliniecki, namiestnik chorągwi petyhorskiej nie spotkał się z rodziną, nie uratował cudzoziemca, nie odprowadził swych ludzi bezpiecznie do domów. Jose nie zaznał spokoju po skończonej dla niego wojnie. Nie zginął też, jakby wolał, w uczciwym pojedynku czy na polu bitwy. Stajenny nie nacieszył się zwycięstwem, nie wrócił do kufla, nie zyskał sławy – jeszcze tego samego dnia dał gardła, stracony przez żołnierzy spod chorągwi Pana Zygmunta. Nikt nie skorzystał, a wszyscy stracili…

 
Autor: Łukasz „Islam Gerej III” Wrona
Redakcja: Łukasz „Mol” Pleśniarowicz

Informacje
 
 

 


 
26-04-2007, 21:44 | Narmo | Komentarzy w sumie: 382
Fajne. Szkoda tylko, że jedna scena. I ten morał na końcu... Ale to tylko się czepiam ;].


 
07-04-2007, 16:01 | ARTUT | Komentarzy w sumie: 4706
Nieźle... dobra robota. Czytało się nieźle. Komuda niedługo straci pracę ;-)


 
03-04-2007, 11:13 | Raphaelus | Komentarzy w sumie: 15
Przygnębiające. Trochę Kresowe, z tą różnicą, że główny bohater nie jest moralnie szary (tudzież niemal całkiem czarny). Ale sposób zakończenia wątku (paskudna śmierć) typowy dla Feliksa W.

Podoba mi się to!!


Skomentuj
Nie posiadzasz uprawnień by dodawać komentarze.