Slaider 01

Slider 02

Slider 03

Slider 04

Slider 05

Slider 06

Slider 07

Slider 08
Panna Maria - opowiadanie
30-11-2006, 22:37 | 5116 x przeczytano | Mol
Pan Piotr patrzył na zachodzące słońce bez lęku. Drogę znał dobrze i wiedział, że niespiesznie jadąc bez kłopotu dotrą na nocleg do karczmy. Hajducy cicho między sobą gawędzili, a jeden z woźniców leniwie toczącej się po trakcie karocy przysypiał, czego mu za złe nie trzeba mieć było. W środku zaś pewnie podobnie czynili zmęczeni podróżni: panna Maria Ostrowska i ojciec Hans Vogel, który w drodze miał jej towarzyszyć. Wszystkich też sprawiedliwy odpoczynek po całym dniu drogi czekać miał niebawem.

Humoru jednak tego dnia pan Piotr nie miał dobrego. Ledwo ostatniej nocy z podróży wrócił, a już od pana wojewody usłyszał, że w eskorcie ma z rana jechać. Wybrał więc tylko paru ludzi, bo drogi bezpieczne i chcąc, nie chcąc, ruszył. Może i zaszczyt to był, że go zaufaniem takim darzono, ale chwili wytchnienia się spodziewał, a ta nie nadeszła. Sądził i miał nadzieję, że miłe towarzystwo płci niewieściej trudy wszelkie wynagrodzi. Nie znał panny Ostrowskiej, bo go uczta z jej udziałem ominęła, ale wiele o niej słyszał dobrego. Miał obawy, że po ostatnich latach spędzonych w Wiedniu, może ona raczej o dworskich intrygach myśleć, niźli o sprawach jemu bliskich, ale uroczy jej charakter, jak mu powiadano, wszystko mógł wynagrodzić.

Ale cóż począć, skoro się okazało, że panna Maria rano jeszcze senna była, a potem zachorzała, bo podobno ból głowy ją chwycił straszliwy. Tyle co nic ze sobą rozmawiali, tylko gdy było trzeba, a pasażerka karocy co najwyżej słów parę po niemiecku z jezuitą Voglem co jakiś czas zamieniała, zamiast z dowódcą swojej eskorty. Rzecz jasna zatrzymywali się po drodze, ale i postoje nie dały okazji, by z panną się rozmówić, a i nawet niewiele mógł pan Piotr na nią popatrzeć, bo większość czasu wewnątrz powozu spędzała. Choć przyjrzał się młodej szlachciance już rano i wielce mu jej drobna figura i delikatność do gustu przypadły.

Trudno się przeto dziwić, że rozczarowany pan Piotr ponury w siodle siedział i ucieszył się nieco dopiero, gdy wreszcie znajomą karczmę, co na rozdrożu stała, obaczył. Budynek był solidnie zbudowany, sporej wielkości, bo też wielu ją odwiedzało zarówno miejscowych, szlachty okolicznej i chłopów, jak i podróżnych z dalekich stron. O poranku czekała ich droga na północ, ale teraz pora już była, by na spoczynek się udać. Już wcześniej pchnął pachołka z rozkazem, by stary Żyd Abraham przygotował się na przyjazd gości – przyszykował alkierzyk dla panny Marii i jej służki oraz izbę dla jezuity i pana Piotra.

Samego też dzierżawcę karczmy ujrzeli na majdanie przed wejściem:
- Powitać, powitać jaśnie wielmożnych państwa! I sam pan Radzikowski, wielki to zaszczyt! Dawno waszej mości w tych stronach nie było. Już pokoje czekają – co mówiąc, Żyd w pas się kłaniał, pamiętając, ile grosiwa hojny pan Piotr zostawiał za każdą wizytą.
- Prawda, żem dawno tu nie bywał. Już, tuszę, wieczerza gotowa?
- Wedle życzenia waszej mości przez pachołka przekazanego.
- Wybornie! Dobrześ się sprawił – rzekł na to szlachcic rzucając Abrahamowi monetę, czym też potwierdził jego zdanie o sobie.

Radzikowski zeskoczył z siodła, oddał wodze synowi karczmarza i podszedł do otwieranych właśnie przez pachołka drzwi karety. Zobaczywszy wysiadającą pannę Marię, wyciągnął rękę i rzekł:
- Tu na noc staniemy, waćpanna wypoczniesz nieco. Żywię nadzieję, że precz już poszedł ból, który tak waćpannę męczył?
- Dziękuję waszej mości za troskę. Jeszcze słabam nieco, mości Radzikowski. Przeto rada jestem, że już na noc stanęliśmy, choć w karczmie pewnikiem wypocząć się tak dobrze nie da, jak w pałacu w Zamościu – odparła panna Ostrowska podając dłoń szlachcicowi.
- Innej rady nie ma, jak we dwa dni dystans pokonać. Jeden już za sobą mamy, jutro tylko drugi i na miejscu będziemy.
- Pozwól więc waszmość, że na spoczynek się udam – co powiedziawszy podała mu ramię i pozwoliła się poprowadzić do środka. Za nimi podążył poważny ojciec Vogel i służąca, która w karecie z nimi jechała.

W środku karczmy gwarno było wielce. W gęstym powietrzu izby, nad kuflami, dzbanami i jadłem siedziało kilku szlachty – hołoty, a nadto przy pozostałych stołach sporo chłopów. W kącie jeszcze jakaś liczna, hałaśliwa kompania wznosiła toasty i rubasznie zanosiła się śmiechem. Co bardziej ciekawscy goście uciszyli się nieco na widok nowoprzybyłych, bo też zwłaszcza panna Ostrowska z imć Radzikowskim zacnie obok siebie wyglądali. Ona niewysoka, szczupła panienka, o jasnej cerze, jakby nieco zagubiona w zastanym zgiełku. On rosły, wąsaty szlachciura spoglądający dumnie i z wyższością na tłuszczę. Oboje do tego pysznie i całkiem bogato ubrani, co umknąć nie mogło uwadze niczyjej.

I chociaż najbliżej wejścia znajdujący się chłopi gęby ze zdziwienia pootwierali, to plecami do drzwi siedział człek, który nie zauważył podróżnych i gadał dalej:
- ... a jako rzekłem panna można! Dalibóg, wioszczyzn tyle na nią pozapisywał ojciec nieboszczyk, że byście zliczyć nie umieli, czemu się też nie dziwić, boście prostaki...
- Paweł! – zakrzyknął pan Piotr, bo poznał w nim tego z hajduków, którego z wiadomością do karczmy posłał – Do stu diabłów, co to jest? Piwa się zachciało? Służba już ważność straciła?
Zbesztany pachołek poderwał się na równe nogi i zakrzyknął:
- Gotowe wszystko, jako wasza miłość rozkazał! Ani bym myślał uchybić...
- No! To kończże jęzorem mielić i pokaż, co nam Żydowina naszykował!

Na te słowa Paweł wskazał znajdujące się opodal drzwi, które, jak się okazało po ich otwarciu, prowadziły do alkierza. Panna Ostrowska weszła do środka wraz ze służącą, a za nią hajducy wnieśli jeszcze bagaże. Gdy uporali się z nimi opuścili karczmę, a pan Piotr powiedział:
- Dobrej nocy waćpannie życzę. Obaczym się jutro. Pamiętaj mości panno, by zawrzeć drzwi od środka. Strzeżonego Pan Bóg strzeże.
- Tak uczynię, jak waszmość radzisz. Dobranoc – co powiedziawszy zamieniła słów kilka z jezuitą, ukłoniła się i zamknęła drzwi.

Ojcu Voglowi Radzikowski po łacinie wytłumaczył, gdzie nocować będą i do izby, którą Paweł wskazał, zaprowadził. Ale na konwersacje z jezuitą nie miał ochoty, bo mówić w innych językach niż polski nie lubił. Poszedł jeszcze wydać ostatnie rozkazy hajdukom. Wszystkich sześciu miało z rana przygotować wraz z woźnicami karetę i konie, a nadto mieli rozkaz czuwać na zmianę przy drzwiach panny Marii. Spali w gospodarczych zabudowaniach karczmy, co nikomu nie wadziło, bo lato było ciepłe. Potem pan Piotr powrócił do wnętrza zajazdu.

Gdy już miał wejść do izby i kłaść się spać, zatrzymał go podpity szlachciura, który właśnie ze szklanicą od szynkwasu odchodził:
- Mości panie kawalerze! Może się do naszej kompanii dosiądziesz? Napijemy się! – i wskazał w kąt, gdzie pięciu jego towarzyszy siedziało, to jest owa głośna wesoła gromada, która biesiadowała, gdy podróżni do karczmy weszli.
- Wybacz waszmość, ale biesiadować nie będę – nie żeby pan Piotr ochoty napić się nie miał, ale z hultajstwem ucztować nie chciał. Bo jakże to? On, towarzysz poważnego znaku, stolnikowic, wcale nie biedny szlachcic, będzie się pospolitował z szaraczkami, co ledwo na lichą szkapinę sobie pozwolić mogą? A widać po nich było, że to zawalidrogi, co włóczą się po traktach – po gębach parszywych i strojach lichych. Ale też usłyszał ripostę, której się spodziewał:
- Co? Jakże to? Z nami się waść nie napijesz? Mnie, Kapliczowi, odmawiasz?
- Pijcie na zdrowie całą noc, waszmościowie, i pan, mości Kapliczu, ale beze mnie! – tłumaczyć się im nie miał zamiaru. Odebrał tylko szlachcicowi szklanicę, wzniósł w stronę stołu, gdzie już się pozostali hultaje z ponurymi minami z ław podnosili - Wasze zdrowie! – wychylił szklanicę, rozbił o deski podłogi, rzucił nadchodzącemu Żydowi zapłatę za nią, po czym wszedł do izby i drzwi za sobą zatrzasnął, nim zaskoczony szlachciura mógł zareagować.

Dotąd hałaśliwa kompania teraz cicho była, a zwłaszcza ten jegomość, co pana Piotra zatrzymał. Zakrzyknął wreszcie, podchodząc do stołu:
- Pijmy! Na nic nam ów paniczyk nie potrzebny! Zdrowie! – i chwycił za spory kufel, by wznieść toast. Za nim poszli inni. Ale gdy wreszcie usiadł, mało gadał, a wreszcie zatrzymał zbierających się do wyjścia chłopów, co z Pawłem wcześniej gadali:
- Czekajcie no, chamy! A chodźcie no do nas... – a gdy owi powoli i podejrzliwie zbliżyli się do niego, dodał – Gadajcie, co ów hajduk wam o tych podróżnych opowiadał...


* * *

Noc dłużyła się niemiłosiernie, a bezsenność nie ustępowała. Pan Radzikowski usiadł wreszcie na posłaniu i przetarł oczy. Ojciec Vogel spał chyba smacznie, a jego cały czas coś dręczyło. Sam się sobie zdziwił Radzikowski, bo choć nieobojętny na wdzięki panien, do kochliwych czy broń Boże bałamutnych nie należał. Żadna białogłowa też mu snu z powiek dotąd nie spędzała. Dosyć! Nie było co tak siedzieć dłużej i się męczyć. Przecie dzień cały był jeszcze wspólnej podróży. Ale sen, to Pan Piotr wiedział, nie miał już nadejść. Szlachcic wdział buty i w samej do tego koszuli i spodniach po cichu, by jezuity nie obudzić, wyszedł z izby.

Karczma spokojna była, a tłok gdzieś zniknął. Pierwszą jednak rzeczą, którą zobaczył pan Radzikowski, była kompania, do której go proszono. Na ławach większość przysypiała, a tylko dwóch, w tym Kaplicz, coś tam do siebie szeptało. Umilkli, jakby zaskoczeni, gdy go ujrzeli, ale po chwili znów się ku sobie zwrócili, by rozmawiać dalej. Hajduk czuwający na ławie przy drzwiach alkierza powstał na widok Radzikowskiego, ale ów ręką dał mu znak, by usiadł i bez słowa skierował się ku wyjściu.

Na pustym majdanie widać było sporo. Noc jasna, do tego przy wjeździe paliły pochodnie. Niespiesznym krokiem pan Piotr właśnie w tamtą stronę się skierował. Ciągle jeszcze odczuwał jakby roztargnienie i niepokój, więc postanowił się przejść. Gdy był już za bramą, usłyszał:
- A ja obmyślałem, jakby z waszmością się policzyć, a tu taka okazja.

Odwrócił się. W bramie stał Kaplicz i szyderczo się uśmiechał. Choć za pasem miał szablę, w ręce dzierżył nadziak.
- A jeszcze dobra weźmiemy, że nam i na rok hulanki wystarczy. O pannę się nie martw, bo się nią już zajmą moi kompanionowie...
Pan Radzikowski zacisnął zęby i przeklinał w duchu swoją nieostrożność i naiwność, że się nie spodziewał wszystkiego najgorszego po bandzie zawalidrogów. Gdy tak chwilę krótką stali naprzeciw siebie, pan Piotr powiedział wreszcie:
- I co tak stoisz, podłoto? Tchórz cię obleciał, jak żeś lepszego od siebie zobaczył?

Na te słowa Kaplicz z wrzaskiem dzikim rzucił się na Radzikowskiego, który wnet poznał, że ta wściekłość to jego przewaga. Bo gdy zbój nadto się rozpędził i zbyt duży zamach wziął, towarzysz unik zrobił zgrabny i bez szwanku z ataku wyszedł. Hultaj widać nie był wprawny w walce tak, jak pan Piotr, a może po prostu pijany i rozzłoszczony stał się łatwym przeciwnikiem. Bo gdy raz jeszcze chybił celu, Radzikowskiemu udało się doskoczyć doń i za broń chwycił. Potem z sił całych pięścią wyrżnął Kaplicza w pysk, że aż tamten w tył poleciał, a broń w rękach pana Piotra została. Gdy adwersarz nagle poderwał się i skoczył na niego, szabli dobywając, Radzikowski machnął prędko nadziakiem i roztrzaskał mu łeb.

Chwycił za drugą broń zawalidrogi i ruszył biegiem w stronę karczmy. Z wnętrza wychodziło właśnie czterech kompanionów Kaplicza.
- Sam tu! Paweł! Maciek! Do mnie! – krzyczał tak, by go usłyszeli śpiący opodal gdzieś na sianie hajducy. Nim nieco zaspani i zdziwieni pachołkowie wybiegli na majdan, pan Piotr starł się już z pierwszym z zawalidrogów. Ten zamiast gadać, jak Kaplicz, od razu do sprawy przeszedł i celniejsze ciosy zadawał - lepszym był widać szermierzem. Do tego drugi się do walki włączył. Nie łatwo było z oboma się ścierać, a co dopiero gdyby pozostali na niego uderzyli. Ale akurat też mu skórę hajducy uratowali, bo nim to się stało, wpadli w bój bronić Radzikowskiego. W przewadze liczebnej uporali się, choć nie bez trudu, z hultajami. Jeden z zawalidrogów padł trupem, reszta zaś uległa wreszcie pod naporem pana Piotra i jego podwładnych.

Padł strzał. Wyraźnie wewnątrz karczmy ktoś wypalił z krócicy albo czego inszego. Nie czekając popędził Radzikowski w stronę budynku. Zaraz mu się najgorsze we łbie myśli jawiły, że któryś jeszcze z łotrów wewnątrz pozostał i coś tam złego się stało. Sromota i hańba wielka by to dla kawalera była, jakby eskortę prowadząc, dał swym podopiecznym krzywdę zrobić. Zwłaszcza o bezpieczeństwo panny Marii mu chodziło, po tym co od Kaplicza usłyszał. Biegł byle prędzej, żeby choć i zemsty na wrogach dokonać.

Wtem stanął w karczmie jak wryty. Nie widział Żyda z rodziną znad szynkwasu z przerażeniem wyglądających. Ani też rozszczepionego, w kałuży krwi leżącego hajduka, któremu kazał alkierza pilnować. Nie słyszał ojca Vogla, który krzyczał i bił pięściami w zastawione, zablokowane ogromnym, ciężkim stołem drzwi izby. Przed sobą miał tylko jeden obraz.

W wejściu do alkierza stała panna Maria. Jej pierś falowała, oczy były szeroko otwarte, na twarzy malowało się wielkie przejęcie. W nocnym stroju, z rozpuszczonymi włosami wydała mu się piękna. A w rękach dzierżyła dymiącą krócicę, zaś u jej stóp leżał postrzelony, niedający znaków życia ostatni z kompanionów Kaplicza.

Mimo hałasu, jaki czynił jezuita, zdawało się, że zapadła cisza. Po chwili zaś na twarzy pana Piotra zagościł uśmiech, a wreszcie szlachcic ruszył w stronę panny i zaśmiał się szczerze:
- Dalibóg! Ma waćpanna fantazję! Toż takiego draba ustrzelić, ho, ho!
Panna Maria jakby się przebudziła na te słowa, ale ciągle jeszcze wielce była zaaferowana.
- To ja myślałem, że waćpanna by i się brzydziła albo i bała broni tknąć, że dwórkę z panny Marii Niemcy zrobili, a tu taka fantazja! – dodał jeszcze Radzikowski. Jeszcze mu się teraz bardziej podobała ta panna.
- A to waść źle sądziłeś – odparła rezolutnie panienka, po czym dumnie dodała – Bo dla mnie to też nie pierwszyzna! – sama się jednak jakby nerwowo zaśmiała, w oczach widać jej było łzy i wreszcie omdlała, wpadając prosto w ramiona pana Piotra.

Autor: Łukasz „Mol” Pleśniarowicz
Redakcja: Dominika „Fay” Pleśniarowicz


Informacje
 
 

 


 
25-06-2007, 23:49 | grazi | Komentarzy w sumie: 21
Fajniste opowiadanko, proszę o więcej!


 
04-12-2006, 19:30 | Kaoru | Komentarzy w sumie: 22
Sam miód


 
01-12-2006, 12:39 | bazyli | Komentarzy w sumie: 107
No Panie Pleśnierowicz! Zdrowie twoje i zacnej malżonki twojej! Niczego sobie to opowiadanko ;) prawie harlequin sarmacki :D


 
01-12-2006, 01:21 | Mol | Komentarzy w sumie: 187
Bardzo mi miło! Pewnie będzie więcej ;)


 
01-12-2006, 00:29 | Czcibor | Komentarzy w sumie: 29
Zacne opowiadanie. Szkoda jeno że takie krótkie...


 
30-11-2006, 23:29 | XeroBoy | Komentarzy w sumie: 1286
Sie podoba :)


Skomentuj
Nie posiadzasz uprawnień by dodawać komentarze.