Slaider 01

Slider 02

Slider 03

Slider 04

Slider 05

Slider 06

Slider 07

Slider 08
Michał Piekarski, niedoszły królobójca
06-12-2005, 23:47 | 10411 x przeczytano | Komuda

Niewiele osób odwiedzających katedrę św. Jana na ulicy Świętojańskiej zdaje sobie sprawę, że zaraz za jej potężnymi drzwiami miało kiedyś miejsce niezbyt przyjemne zdarzenie. We wspomnianym kościele wydarzyła się bowiem rzecz, która wstrząsnęła całą dawną Rzeczpospolitą i omal nie okryła jej mieszkańców niesławą. W przedsionku katedry miał miejsce zamach na życie Zygmunta III Wazy.
Zdarzyło się to w pochmurny, zimny ranek 15 listopada 1620 roku. Około godziny 9 król wybrał się do katedry na mszę. Szedł pieszo, bowiem z Zamku Królewskiego jest do kościoła tylko niewielki kawałek drogi. Zygmunt nie otaczał się nigdy zbyt liczną strażą, zresztą nie było powodów, bo żaden Polak nie targnął się nigdy na osobę królewską. W drodze towarzyszył mu tylko królewicz Władysław, kilku królewskich hajduków i nieliczni słudzy. Gdy władca przekroczył próg kościoła, znienacka zza otwartych drzwi wypadł nieznajomy szlachcic, po czym rzucił się na Zygmunta z czekanem w ręku.
Zdarzenie to było tak nieoczekiwane, że zrazu nikt nie pomyślał o jakiejkolwiek obronie. Nim obecni otrząsnęli się z bezładu, zamachowiec uderzył króla czekanem i przewrócił siłą ciosu. Zanim zdołał zadać drugie uderzenie, królewicz Władysław ciął nieznanego szlachcica szablą w głowę, a Łukasz Opaliński zasłonił króla własnym ciałem. Napastnika szybko pochwycono i rozbrojono, król, krwawiąc, podniósł się i stał o własnych siłach, wybuchła wrzawa i krzyki. Wieść o zamachu i śmierci króla obiegła Warszawę lotem błyskawicy. W panice uderzono we dzwony, poczęto zamykać bramy. Grozę spotęgował ponadto fakt, że miesiąc wcześniej - 6 października, armia koronna poniosła straszną klęskę pod Mohylowem (mylnie nazywaną bitwą pod Cecorą), w której poniósł śmierć hetman Stanisław Żółkiewski. W Warszawie sypano wówczas wały wokół miasta, a struchlałym ze strachu mieszczanom zdawało się, że lada chwila pod murami stolicy pojawi się wielka armia turecka Osmana II.
Wieść o zamachu urosła do miary nowego nieszczęścia, tym bardziej, iż wielu mieszkańcom stolicy wydało się, że nadciągają Tatarzy i Turcy. Na szczęście szybko opanowano nastroje paniki. Jeszcze tego samego dnia Zygmunt III wysłał w Polskę wiele listów, w którym zaprzeczał pogłoskom o swej śmierci. Szlachta polska była jednak wstrząśnięta zamachem. Pierwszy raz w historii Rzeczypospolitej ktoś z panów braci ośmielił się porwać zbrojnie na króla, co obciążało hańbą cały naród. Ponieważ zamachowiec używał czekana, toporka na długiej, drewnianej rękojeści, sejm uchwalił specjalną konstytucję "Zabronienie czekanów", w której uznał tę broń za nadzwyczaj niebezpieczną i zakazał jej używania, wyjąwszy wojnę z koronnym nieprzyjacielem.
Do skarbca miejskiego Warszawy złożono też wkrótce niezwykłą relikwię. Była to podarowana przez władcę ozdobna puszka z kawałkiem skóry z głowy zamachowca, który ściął królewicz Władysław, osłaniając swego ojca. Podarek stał się smutną osobliwością ratusza warszawskiego.
Kim był zamachowiec, którego schwytano na miejscu zbrodni? Bez trudu ustalono, że nazywał się Michał Piekarski i pochodził z województwa sandomierskiego. Niedoszły zabójca okazał się szaleńcem. Od dawna uznawano go za niepoczytalnego, rodzina więc za zgodą króla pozbawiła go praw do zarządzania majętnościami. Obłąkany, postanowił zatem zemścić się i zabić Zygmunta III Wazę.
Dla zamachowca nie miano litości. Sąd sejmowy skazał go na karę śmierci i tortury, w celu ujawnienia ewentualnych wspólników. Skazaniec jęczał ponoć dręczony przez katów i plótł niestworzone rzeczy, dając tym samym początek przysłowiu: „plecie jak Piekarski na mękach”, nie wyjawił jednak nikogo. I dziś wydaje się, że działał sam, a próba zamachu na króla wynikała z pobudek czysto osobistych, nie zaś politycznych.
Piekarskiego czekała straszna, okrutna śmierć. Skazano go na piętnowanie, przypalanie, rozrywanie końmi i na koniec spalenie na stosie. Wyrok wykonano na rynku Nowego Miasta. Publicznie - ku przestrodze patrzących. Przejeżdżający wtedy przez Warszawę Samuel Maskiewicz, opisuje tak kaźń szalonego zamachowca:
„Piekarski był prowadzony na wozie czterema końmi, na którym uczynione było siedzenie wysokie i katom, iż widać ich było wszystkim ludziom. Wyjechali z Zamku na wał bramą, a wyjeżdżając na Krakowskie Przedmieście, także z ulicy w Rynek wjeżdżając i z Rynku w ulicę ku Nowemu Miastu, tak na Nowe Miasto w Rynek wjeżdżając, siepał go kat kleszczami rozpalonymi, a tam mu na Nowym Mieście teatrum było zbudowane, na które z nim wszedłwszy, oprawcy pod ręce na zad związane podsadzili dymnice z ogniem, siarki weń nasypawszy, palili je mieszkami dymając; potem zszedłwszy z nim z góry, te cztery konie wyprzęgłwszy z wozu, poprzywiązywali postronki do rąk i nóg, chcąc go roztargnąć, ale iż temu dosyć nie mogli uczynić, nacinał kat siekierą, a wycinając konie, urwali mu nogę prawą. Zatem samego wziąwszy i te targane członki włożyli na stos drew i spalili”.
Egzekucja, choć w pełni aprobowana przez społeczeństwo, na długo pozostała jednak w pamięci mieszkańców Warszawy. Opowiadano, że w miejscu, gdzie był stos i egzekucja, pojawiały się w nocy dziwne rozbłyski - jak gdyby zapalonej świecy. Rozpowiadały o tym przesądne, warszawskie przekupki i inne co strachliwsze kobiety.

Korekta: MMochocki

 

 


Informacje
 
 

Oceń artykuł
Ten artykuł jak dotąd oceniło 10 Sarmatów, średnia ocena: 4.8.
 


 
06-05-2008, 14:16 | Mol | Komentarzy w sumie: 187
Ot, ciekawa opowieść. Poza tym zawsze mi się podobały historie o tym, skąd się wzięły przeróżne przysłowia, powiedzonka itp. ;)


 
16-04-2008, 16:28 | ARTUT | Komentarzy w sumie: 4706
Komentarz


Skomentuj
Nie posiadzasz uprawnień by dodawać komentarze.