Zostało postawione przede mną trudne zadanie. Jako recenzent czuję się zobowiązana do krytycznego podejścia do lektury, a zarazem wiem, że moje zdanie nie każdemu przypadnie do gustu. O gustach się nie dyskutuje, a zapewne większość z was ma już niejakie pojęcie o moim. Dlatego na tą recenzję trzeba będzie popatrzeć przez pryzmat moich wcześniejszych krytyk. Wybaczcie.
Po doczytaniu ostatnich zdań najnowszego dzieła Łukasza Śmigla mam mieszane uczucia. Nigdzie nie zauważyłam, by autor zaznaczał, iż jest to pierwszy tom. No dobrze, trochę minęłam się z prawdą, bo ostatnie zdanie posłowia mówi wyraźnie: „Już piszę drugi tom...”. Z tego można wysnuć wniosek, że jest to tom pierwszy. Jednak z doświadczenia wiem, że wiele osób tego typu wstęp omija szerokim łukiem i może się poczuć po prostu oszukana.
Kolejną rzeczą, która ubodła mnie w lekturze, jest fakt, że autor trochę przeciąga akcję. Podczas, gdy pierwsze blisko sto stron wciągnęło mnie i niezwykle zaciekawiło, tak przez kolejne się nudziłam. Przykre. Przykre tym bardziej, że wcale nie musiało tak być. A być może za dużo wymagam? Chociaż raczej dalej przemawia przeze mnie zawód, którego doznałam skończywszy czytać. Ale skończmy narzekania i powiedzmy, dlaczego tak a nie inaczej się wypowiadam.
Decathexis jest rozwinięciem myśli opowiadania pod prawie takim samym tytułem (Dekathexis), z którym zdążyłam się już zapoznać przy okazji lektury Demonów. Jest podobne, ale inne. W podobnym klimacie, a jednak różne. Jednak tak naprawdę, gdy zasiadałam i zaczynałam czytać, nie pamiętałam o tamtym opowiadaniu. Nie miałam oczekiwań, więc powinnam się ewentualnie mniej zawieść, czyż nie? Co dziwne, gdy zaczęłam przerzucać pierwsze kartki, moje pierwsze skojarzenie to było uniwersum Piekary i jego cykl o inkwizytorze Mordimerze. Zapewne część z was to zdziwi, lecz i tu i tam, mamy człowieka świeckiego, który naukowymi metodami chce dociec prawdy. Mamy również dwie instytucje, religijną i świecką, które konkurują ze sobą na danym polu. Mamy wreszcie religię, która jest mocno ugruntowana w przedstawionym świecie. Dorzućmy do tego śledztwo, oraz nutę klimatu Trzech muszkieterów, a to wszystko osadzone w świecie, gdzie wynalazki dopiero zaczynają ułatwiać ludziom życie. Mieszanka iście piorunująca, tym bardziej, że kultura podporządkowana jest kultowi śmierci.
Zaczynamy od śledztwa. I to jest super! Naprawdę wejście jest piorunujące. Autor otwiera nam drzwi kopniakiem i z brudnymi butami wdzieramy się do nowej rzeczywistości. W szybkim tempie poznajemy nowe fakty, być może nie śledztwa, lecz świata i daje to do myślenia. Jednak w pewnym momencie nasz narrator zwalnia. Zwalnia tak nieznośnie, że aż chce się krzyczeć. Następują po sobie wyrwane z kontekstu sceny, które praktycznie nic nie wnoszą, a drażnią. Drażnią przynajmniej mnie. A drażnią tym bardziej, że wcześniej akcja szła gładko. Męczymy się trochę, oczekując powrotu do kopniaka i ciężkich butów, a tu nagle petarda, ciche echo i koniec.
Jak widać największym moim zarzutem skierowanym pod adresem Decathexis jest źle rozplanowany punkt kulminacyjny i rozpędówka do niego prowadząca. Oczekiwałam zamkniętej całości a otrzymałam wstęp do większego cyklu. Poza tym przydałoby się dodać jeszcze kilka innych wątków, które odciążą eksplorowany motyw śmierci. Tylko, że teraz będzie to trudne. Nie pozostawiono na to wiele miejsca, a dalszy cel wędrówki naszych bohaterów został już wytyczony. Myślę też, że następny tom będzie już zupełnie inną historią. Czy to dobrze? Zobaczymy. Potencjał jest.
Autorka: Anna „Narmo” Owarzany
Redakcja: Marcin „Sharn” Byrski
Dziękujemy wydawnictwu Grasshopper za udostępnienie egzemplarza do recenzji.
| Decathexis |

|
Tytuł: Decathexis
Autor: Łukasz Śmigiel
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Wymiary: 125 x 195 mm
Seria: Mroczny Świat
Gatunek: horror