Valkiria Network | V-Game | Gry komputerowe | Ogniem i Mieczem | Gry fabularne | Dzikie Pola | Neuroshima | Świat Mroku | Warhammer
Film | Star Wars | Literatura | Andrzej Pilipiuk | Jacek Komuda | Zmierzch | Komiks | Planszówki | Karcianki | Wędrowycz | Bitewniaki | II wojna światowa
  
Always Outnumbered, Never Outgunned cz. 2
 30-10-2007, 21:28
 Andrei Yergov
 4120 x przeczytano

Jak to się zaczęło...

Obudziło go skrzypnięcie drzwi. Było ciemno. Leżał na materacu pod kilkoma kocami. Czuł jak przez otwarte drzwi wpada zimne, nocne powietrze. Zbliżał się świt i oddech zamieniał się w parę. W drzwiach, na tle bladoniebieskiego nieba, pojawił się kontur człowieka. Musiał tu dotrzeć na piechotę. Zack oceniał go szybko. Niespełna sześć stóp wzrostu, prawdopodobnie między sto pięćdziesiąt a sto osiemdziesiąt funtów wagi. Ubrany stosownie do górskiej pogody w kurtkę z wysokim kołnierzem. Nie było widać broni. Zack szukał czegoś, co pozwoliłoby mu powiedzieć czy to myśliwy, który poluje na zwierzynę, czy zwierzyna, za którą ciągną myśliwi. Różnica była znaczna, bo uciekinier nie chciał zostawiać śladów, a Zack był najgorszym rodzajem śladu, z tych które mielą jęzorem. Przybysz pewnie wszedł do pomieszczenia i cicho zamknął drzwi. Uciekinier byłby dużo ostrożniejszy, więc to był myśliwy. Chcąc uniknąć jakiejś gwałtownej reakcji, Zack poruszył się na posłaniu, jakby przez sen. Przybysz go zignorował, więc Zack uniósł lekko głowę i odkaszlnął. Nieznajomy odwrócił się w jego stronę. Zack nie widział go w ciemności.
- Dobry wieczór. Widzę, że się obudziłeś. – głos był dziwny, ale wzrok przebijający ciemność i sposób mówienia dodały nieco informacji. Indianiec, myśliwy. Zack mógł sobie wyobrazić tuzin gorszych postaci przerywających jego agonię.
- Jestem ranny, nie masz się czego obawiać – powiedział cicho i opadł na posłanie.
- Wiem. Obserwuję cię, Hegemończyku.
Hegemończyku? Indiańce zawsze mówili dziwnie po angielsku, ale ten bił wszystkie rekordy. Głos był lekki i płynny, ale między słowami były dziwne przerwy. Brzmiało to trochę jakby gość recytował.
- Świetnie. Resztka wody jest w wiadrze po twojej prawej. Deszczówka. Żarcia nie ma, światła też. I sorry za smród, od tygodnia rzygam non stop.
- Przed tygodniem wymiotowałeś, Hegemończyku. Ja nie potrzebuję światła. Czy ty go potrzebujesz?
Zack zorientował się, co mu tak działa na nerwy. Przybysz mówił pełnymi zdaniami, wszystkie słowa były na swoim miejscu, do tego dochodziła ta melodia indiańskiego akcentu. Indianiec, myśliwy, poeta. W oddziale Zacka zostałby zglanowany po drugim zdaniu.
- Jestem w kiepskim stanie. Wolałbym coś widzieć.
Przybysz odwrócił się i zapalił lampę naftową. Dość długo zakładał osłonę płomienia i Zack miał czas mu się przyjrzeć. Długie białe włosy były równo zaczesane do tyłu i idealnie czyste. Ciasne, czarne jeansy z jasnymi przebarwieniami i wyszarpanymi, stylowymi dziurami, elegancka kurtka z postawionym kołnierzem, złoty kolczyk w lewym uchu. To nie było indiańskie ubranie, koleś wyglądał raczej jak męska prostytutka z Vegas. W każdej wsi w promieniu dwustu mil był mormoński pastor, którego zawodem było wygłosić na widok tego gościa płomienne kazanie i wysłać sodomitę, narkomana, mutanta, syna i kochanka diabła na kamienowanie lub stos, ku uciesze całej wsi i pana naszego, amen.
- To może cię bardzo zaskoczyć – powiedział nieznajomy, odwracając się.
Indianiec, myśliwy, poeta, męska dziwka. W górach, pięćdziesiąt mil od Salt Lake. Odbiło mi i nic mnie nie zaskoczy, pomyślał Zack. Mylił się. Twarz była matowa, gładka, bez jednej zmarszczki, jak odlana z gumy. Niebieskie oczy bez rzęs, gładkie czoło, idealnie prosty nos, jak z seryjnej produkcji. Nie było warg, usta wyglądały jak wycięte nożyczkami. To nie była maska, nie było żadnej przerwy między czołem a włosami. Szyję zasłaniał wysoki golf swetra zapinanego na suwak. Upiorną twarz oświetlał słaby płomień lampy.
- Jeden, zero, jeden, jeden – dziura w twarzy poruszyła się nieznacznie, oczy nie drgnęły.
Zack znał ten żart. To był początek kodu wzajemnego rozpoznania maszyn Molocha. Pierwsza rzecz, którą usuwali wszyscy inżynierowie wojskowi na Froncie, kiedy przeprogramowywali maszynę. Żołnierze się tak witali w kantynach. Indianiec, myśliwy, poeta, męska dziwka, żołnierz z frontu z twarzą Kena, chłopaka Barbie.
- Jeden – powiedział. Czyli tak, możesz się dosiąść.
- Joe - nieznajomy przechylił się nad ogniem i wyciągnął rękę w rękawiczce.
- Zack – uścisnął najmocniej jak potrafił jego wiotką jak skórka banana dłoń i utwierdził się w przekonaniu, że ma do czynienia ze sprzedawcą seksu w najbardziej perwersyjnej formie.
- To jest bardzo dobra kryjówka, ponieważ ludzie uważają że tu są mutanci – Joe zaśmiał się głośno i nienaturalnie. Jakby twierdził, że mutant jest pluszowym misiem i jednocześnie się bał.
Zack nie wiedział o mutkach. Było źle, ale na wszelki wypadek też się uśmiechnął. Niezależnie od tego, kim był ten gość, nie zamierzał go teraz zabić.
- Czy czujesz się już lepiej, Zack?
Zack zignorował pytanie i odsunął koc. Spojrzał na ładnie gojące się udo. Musiało minąć dobrych kilka dni od jego ostatniego wspomnienia.
- Jesteś niesamowicie dobrze wyrzeźbiony, Zack. Jesteś piękny.
Pusty żołądek Zacka wypełnił się strachem. Zasady wyniesione z Hegemonii stawiały śmierć w łzach i błaganie o litość zdecydowanie wyżej niż znoszenie ze spokojem słowa piękny z ust osobnika tej samej płci. Joe nie czekał na jego odpowiedź.
- Zrobię ci zastrzyk – powiedział i wyciągnął z plecaka plastikowe pudełko.
Aha, jasne. Wiesz, gdzie ja czuję ten twój zastrzyk? Jak podejdziesz, skręcę ci kark, sorry, pomyślał Zack.
To był gówniany plan, ale lepszego ani nie miał, ani nie umiałby wykonać. Joe szedł do niego ze strzykawką, po igle spływała kropla przezroczystego płynu. Gdyby to było możliwe, dziura w plastiku byłaby ułożona w uśmiech życzliwej pielęgniarki z zamiłowaniem do wykonywania eutanazji. Zack czuł wodospad zimnego potu spływający mu po plecach. Szykował się do walki.

Jego strach był niczym w porównaniu z przerażeniem, jaki poczuł gdy Joe dotknął jego ręki. Pod rękawiczką dłoń była zimna jak u trupa. Ciało Zacka odmówiło posłuszeństwa, wszystkie kości zamieniły się w wosk i po raz pierwszy w życiu sparaliżował go strach. Igła przebiła skórę, chłód popłynął przez żyłę i Zack stracił przytomność.
Ocknął się chwilę później. Joe właśnie wkładał strzykawkę do pudełka.
- ‘oe..? – wychrypiał cicho.
- Słucham, Zack?
- Co... – odkaszlnął – co było w tej strzykawce?
- Środek autoimmunologiczny przeciwdziałający zmianom DNA i usuwający wpływ radiacji. Prawdopodobnie twój organizm pod wpływem pierwiastków rozszczepialnych – wskazał wiadro z wodą – zaczął włączać fragmenty DNA stworzenia, z którym miałeś kontakt, do twojego kodu genetycznego.
Zack zrozumiał tyle, że radiacja próbowała zamienić go w niedźwiedzia. Radiacja. Było bardzo, bardzo źle. Joe nie przestawał mówić.
- Mamy bardzo dużo cech wspólnych, Zack. Bardzo się cieszę, że cię spotkałem. Jesteś pierwszym człowiekiem, z którym mogę porozmawiać od kiedy istoty twojego gatunku zauważyły moją odmienność. To bardzo miłe cię spotkać, Zack.
Zack siedział na swoim barłogu. Powoli docierało do niego, co się dzieje. Mutant. Dziecię Molocha bawi się w człowieka. Na dodatek lekarza. Strach wypełniał każdą komórkę ciała Zacka. W ustach miał sucho.
- C... co ten zastrzyk zrobiłby człowiekowi? – zapytał w końcu.
- Nic – Joe wzruszył ramionami jak kukiełka – Blokada degeneracji DNA jest tożsama dla wszystkich organizmów biologicznych. Moją intencją jest cię wyleczyć, Zack.
- Dobra, kumam – Zack niespodziewanie poczuł ulgę. Na razie nie zostanie mutantem. Nie będzie mówił okrągłymi, wielokrotnie złożonymi zdaniami i nie będzie miał plastikowej twarzy. Musi tylko jakoś ukatrupić Joego zanim dowie się, po co ten go leczy.
- Dobra, kumam. – powtórzył Joe, jakby zapamiętując – Będziesz teraz odpoczywać, ponieważ infekcje genomu są bardzo wycieńczające. Kolorowych snów, Zack.
- Dzięki.
Zack poczuł ogarniającą go senność. Joe zgasił lampę, położył się na podłodze i prawie przestał oddychać.
 
***
 
Zack spał jak zabity. Słońce wpadało do środka przez dziury w dachu. Chłodny wiatr wpadał przez otwarte drzwi. Czuł się zdrowy jak nigdy. Nie chciało mu się wymiotować. Podniósł się i oparł na łokciu. Nie było śladu Joe’go. Powoli podniósł się i stanął na nogach. Pierwszy raz od kiedy tu przybył, wstał o własnych siłach.
- Ten dzień powinien się zacząć werblami – mruknął do siebie i przeciągnął się. Nadal kulał, ale mógł chodzić. Przez przesuwane drzwi wyszedł na wąski taras.
- Joe? – zapytał na próbę. Cisza trwała dobrą sekundę i Zack zaczął mieć nadzieję, że to był tylko koszmarny sen.
- Jestem tutaj, Zack. – głos dobiegał zza rogu. Zack przez chwilę zastanawiał się, czy nie byłoby lepiej poderżnąć sobie żyły i oszczędzić cierpień. W końcu westchnął i opierając się o ścianę przeszedł na główną część tarasu. Rozcapierzony szkielet parasola wisiał krzywo nad metalowym stołem, na którym leżały cztery martwe ptaki. Drewniane deski podłogi były przegniłe, pokryte grubą warstwą zaskorupiałego brudu, liśćmi, gałęziami i śmieciami. Joe siedział na metalowym krześle i patrzył na panoramę gór. Kiedy Zack wyszedł zza rogu budynku, wskazał mu krzesło. Zack usiadł, przekrzywił głowę i spojrzał w martwe ptasie oczy. Wiedział, że równie dobrze to on mógł teraz leżeć na tym stole i czekać na smażenie. Joe cały czas na niego patrzył, więc Zack odwzajemnił spojrzenie. Dopiero wtedy mutant się odezwał.
- Mam szczerą nadzieję, że wszystko zrozumiałeś, Zack.
- Szczerze? Nic a nic.
- Uratowałem twoje życie, Zack.
- Dzięki. Teraz pewnie chcesz je z powrotem, co? – jak miał umierać, to bez tej gadki – Nie krępuj się chłopie, możesz mnie spokojnie pokroić i wrzucić do gulaszu.
- Nie zamierzam cię pokroić, Zack.
- No to cokolwiek, możesz mnie zeżreć w całości i dopchnąć kuropatwą. Tylko przestań na końcu każdego zdania powtarzać moje imię. Zły będę niejadalny.
- Czy nie powinienem tak mówić, abyś miał pewność, że moje słowa są skierowane do ciebie?
- A niby do kogo masz mówić, co? – Zack rozejrzał się po okolicy - nikt tak nie mówi, jesteś jak automat. Mów czego chcesz, bo się spieszę.
- Dobrze, nie będę powtarzać tego błędu. Zamierzałem przeszczepić sobie twoją skórę.
- Moją skórę? – Zack nabrał powietrza – A twoja ci się nie podoba?
- Syntetyczna skóra, z której jest wykonana moja twarz, wzbudza bardzo dużo podejrzeń. Byłem w posiadaniu biologicznej skóry, ale zostałem podpalony przez istoty twojego gatunku, więc nie spełnia już swojej roli. Niestety twoja skóra jest za duża, a ja nie mogę mieć widocznych blizn, ponieważ wzbudzają one dużo podejrzeń wśród istoty twojego gatunku. Ale nadal istnieje coś, co mógłbyś mi dać.
- A niby co?
- Potrzebuję wiedzy na temat bycia człowiekiem, aby móc dołączyć do społeczeństwa.
Zack milczał przez chwilę, patrząc na cienie chmur sunące po górskich zboczach. W końcu spojrzał znów na Joego.
- Ty masz wiedzę, aż za dużo tej wiedzy – uśmiechnął się. – Potrzebujesz luzu, Joe. Jesteś sztywny jak Ron Jeremy.
- Nie rozumiem.
- Wiem.
 
***
 
I kolejne tygodnie Zack spędził narzekając. Narzekał na to jak Joe mówi, co mówi, kiedy mówi. Jak chodzi, jak się ubiera, jak śpi, co je i pije, jak je i pije, jak gestykuluje, kiedy gestykuluje, co wie, czego nie wie. To była jego polisa na życie, uczyć mutanta jak być człowiekiem tak długo, jak długo nie będzie w stanie stanąć z nim do walki. Joe uczył się szybko i nie powtarzał błędów.

Czas mijał. Zack zorientował się, że mówi o ludziach „oni”. Mutant, zgodnie z instrukcjami, mówił o ludziach „my”. Właśnie skończyli kolację. Joe nałykał się powietrza i beknął jak świnia.
- Szkoda, że nie ma gorzały – mruknął ponuro, grzebiąc łyżką w misce.
- Szkoda – odpowiedział Zack i uśmiechnął się.
Zapadła cisza. Obaj jednocześnie spojrzeli na siebie. Nasłuchiwali.
- Dwa motocykle – ocenił Henandez.
- Trzy – poprawił go mutant. Zack wierzył mu na słowo, ale i tak uznał za dobry znak, że był blisko.
Weszli do środka. Zack czuł adrenalinę w żyłach. Od tygodnia był zupełnie zdrowy, głównie dzięki zastrzykom i jedzeniu, które dzień w dzień ładował w niego Joe. Teraz mieli wspólnie walczyć i Zack pomyślał, nie bez zdziwienia, że nie ma nic przeciwko temu. Sprawdził palcem ostrze bagnetu.
- Postarajmy się złapać jednego w całości – szepnął Joe za jego plecami – na skórę.
Zack wzdrygnął się.
- Okay – szepnął i schował nóż za pasek.
Harleye stały trzydzieści stóp od wejścia. Oczywiście trzy. Przyjechało na nich pięciu ludzi. Czterech motocyklistów z Hell Angels w różnym wieku, trzech uzbrojonych w śrutówki różnej długości, jeden z AK-74. Z nimi przyjechał młody, na oko osiemnastoletni chłopak w wieśniackim ubraniu. Zack obserwował ich przez szparę w zabitym deskami oknie. Kojarzył tych palantów i miał szczerą ochotę ich poszatkować. Dla takich dni warto było żyć.

Jeden z nich, z krótką brodą i bandamą na głowie, wskazał paluchem budynek i powiedział coś do wieśniaka. Ten skinął głową. Hell Angels ruszyli w stronę budynku, rudobrody mówił do pozostałych i wskazywał palcem.
- To debile – szepnął Zack. – Dwóch idzie do frontowego wejścia, dwóch od tyłu. Najpierw drzwi, później taras.
Joe skinął głową. Zack myślał o przewadze taktycznej wynikającej z trudności użycia długiej broni w ciasnym korytarzu. Joe myślał o przewadze wynikającej z ciemności, w której widział jak kot. Stanęli po obu stronach korytarza. Zack pięć stóp od drzwi, w szafie, ukryty między zatęchłymi kurtkami i płaszczami. Joe na schodach dziesięć stóp dalej. Pod szparą w drzwiach było widać cienie, stało za nimi dwóch gości. Pozostałych dwóch pewnie zaczynało przedzierać się przez krzaki otaczające budynek.
To będzie łatwe, Zack przekonywał siebie samego. Jeśli któryś nie wepchnie lufy między te łachy, mogą ich zaskoczyć. Drzwi otworzyły się powoli, skrzypiąc. Przeciąg wniósł do środka smród alkoholu. To będzie krwawa łaźnia, pomyślał Zack i zrobiło mu się żal tych frajerów. Wchodzili prawie przytuleni do siebie ze strachu. Pierwszy miał kałasznikowa, drugi śrutówkę. Powinno być odwrotnie. Szli za blisko siebie. Drzwi zamknęły się, a powinni je zablokować, przez najbliższe dwie minuty będą prawie ślepi. Pierwszy lekko chwiał się na nogach, był nieźle wcięty. Celowali w to samo miejsce. To nie był duży błąd, ale nie było to ani miejsce, gdzie schował się ważący ponad dwieście funtów, mierzący sześć i pół stopy żołnierz z Hegemonii, ani miejsce, gdzie czekał mutant poszukujący nowej skóry. Nic nie mogło ich uratować. Zatrzymali się dokładnie obok Zacka, który wstrzymał oddech.
- Muty – szepnął pierwszy, starszy – zabiłem ich kilku i powiem ci jak. Wal na czuja – młody kiwnął głową, ale nie przestał się trząść. Ruszyli dalej, wchodząc w pułapkę.
Rada dobra, ale poniewczasie, pomyślał z uśmiechem Zack i wysunął się spomiędzy kurtek. Dokładnie tak, żeby móc zablokować rękę z bronią, gdyby dzieciak zaczął się odwracać. Ten musiał poczuć za sobą ruch, ale nie odwrócił się. Posłuchał dobrej rady i nie myśląc nacisnął spust, rozrywając swojego towarzysza na kawałki. Błysk. Huk. Dym. Krew bryzgnęła na wszystkie ściany.
- Tato... – jęknął dzieciak i osunął się na kolana.
- Santa Madonna... – syknął Zack, chwytając go prawą ręką pod brodę. Lewą oparł na prawej stronie potylicy i przekręcił zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara. Chrupnęło i dzieciak zwiotczał jak ugotowany por. Joe wychylił się zza rogu i patrzył na krew ściekającą po ścianach.
- Co się stało? – zapytał szeptem. W jego głosie słychać było zdziwienie.
- Nie wiem. Sami się pozabijali – Zack rzucił mu śrutówkę – sprawdź amunicję.
- Nowa skóra – Joe wskazał lufą dzieciaka ze skręconym karkiem – ładna i dobry rozmiar.
Zack westchnął i podniósł kałasznikowa. To był jego kałasznikow, poznał po nacięciach na kolbie. Dokładnie czterdzieści trzy. Westchnął ponownie i załadował nabój do komory. Wyjął magazynek. Sześć kul. Gdzieś z tyłu domu dobiegł ich krzyk.
- JOE?! STARY?! ZABILIŚCIE KTÓREGOŚ!?
- I nawet nazywa się tak samo – zauważył Joe.
Zack uśmiechnął się cierpko.
- Są w pokoju z tarasem. Ty walisz na ślepo z korytarza, ja wychylam się z kuchni i kończę sprawę – powiedział. Joe skinął głową.
- Pół sprawy. Zostaw mi tego chudego – powiedział zimno. W jego głosie było coś dziwnego, ale nie było czasu na pytania, więc Zack kiwnął głową.
Pokój dzienny był dość duży, a ponieważ meble ktoś wyniósł, wydawał się jeszcze większy. Cała południowa ściana była przeszklona, za nią był taras i schody do ogrodu. Od północy była otwarta, oddzielona barem kuchnia. Do pokoju można było wejść z korytarza, z balkonu i przez kuchnię, która miała osobne wyjście na korytarz. Mutant poruszał się jak cień, za szybko i za cicho, żeby człowiek miał szanse. Zack zdążył wejść do kuchni i oprzeć się plecami o ścianę. W tym samym czasie Joe przeszedł pół korytarza, wsadził lufę przez drzwi i nacisnął spust.

Raz. Huk wystrzału, szkło sypie się na podłogę. Przekleństwo jednego z gangerów. Dwa. Zack wychyla się i składa do strzału. Pot ścieka po twarzach jego ofiar. Serce pod skórzaną kurtką uderza ostatni raz. Oko, muszka, szczerbinka. Game over, frajerzy. Jesteście martwi i nic z tym nie możecie zrobić Trzy. Dwie kule, jedna po drugiej, zderzają się z tłuszczem Grubego. Grzybkują, spłaszczone stożki zaczynają rwać olbrzymie cielsko. Obie kule wylatują z ciała prawie jednocześnie, jedna zawadza jeszcze o kręgosłup. Nogi rozłażą się jak podcięte. Napięta skóra brzucha drze się jak sparciałe prześcieradło, flaki wyciekają na wierzch. Gruby ma przed sobą długie i paskudne umieranie. Cztery. Zapada cisza, w której słychać tylko jęki półprzytomnego grubasa. Pomieszczenie oświetlają wpadające przez okno promienie zachodzącego słońca, wszystko jest pomarańczowe. Firanki falują w delikatnym wietrze, na wszystkich ścianach tańczą cienie.

Boss stoi na środku pomieszczenia. Widzi wycelowaną w siebie lufę kałasznikowa, ostatnie smużki dymu uciekają z lufy. Widzi oko faceta, który trzyma AK. Wie, ile kul było w magazynku i wie, że nie zdąży podnieść broni, a już będzie martwy. Dlaczego nie strzela?, myśli.
- Boss... – Gruby wyciąga rękę, wokół której oplątane ma własne jelita. Dotyka buta kumpla, zostawiając na nich plamę gęstej krwi. Boss odsuwa się, nawet na niego nie patrzy.
- Boss... pomóż... – Gruby próbuje sięgnąć dalej, jakby chcąc przypomnieć, że umiera.
Huk wystrzału. Boss zamyka oczy, ale nic się nie dzieje. Po sekundzie niepewnie otwiera oczy. Gruby jest martwy, pod czaszką pojawia się kałuża krwi. Oczy są nieruchome. Cienie tańczą na ścianach. Facet z kałasznikowem znikł, został tylko dym, rozświetlany przez promienie słońca. Boss jest sam. Unosi śrutówkę do pasa, celując w głąb pomieszczenia. Powoli zaczyna się cofać w stronę okna. Już jest w drzwiach, prawie na zewnątrz, gdy widzi jak obok jego cienia wyrasta drugi. Odwraca się, ale ręka przeciwnika blokuje lufę broni. Głowa przeciwnika zasłania słońce i Boss czuje, jak serce przestaje mu bić. Gładka twarz nie wyraża żadnych emocji.
- Cześć, Boss – usta nie poruszają się, a szarpnięcie pozbawia go broni. Popchnięty przewraca się do tyłu, przetacza. Nie zdąża podnieść się na nogi, gdy do twarzy ma przystawioną lufę własnej broni. Plastikowa twarz pochyla się w jego stronę.
- Pamiętasz mnie, Boss?
Kopnięcie przewraca go na plecy, ból pękającego żebra pozbawia tchu. Słońce razi oczy. Kolejny kopniak, twarz eksploduje bólem, ze złamanego nosa leje się krew. Mutant obchodzi go, Boss znów podnosi się na kolana, obracając w jego stronę. Umysł ma pusty ze strachu. Mutant zatrzymuje się, gdy drugi facet wchodzi do pokoju. Olbrzymi Latynos w poncho ze starego koca uśmiecha się i podnosi rękę w geście powitania.
- Zack jestem – mówi z uśmiechem. Kuca przy zwłokach Grubego, rozpina kurtkę i wyciąga paczkę papierosów. Wkłada jednego do ust i odwraca się do mutanta – Wiedziałem że ten prostokąt to fajki i dlatego waliłem w brzuch.
Mutant kiwa głową. Latynos wstaje i odwraca się do Bossa.
- Ty... jak ci tam?
- Boss – odpowiada niespodziewanie mutant. Boss nagle przypomina sobie, skąd zna jego głos.
- Znacie się? – pyta ten, który przedstawił się jako Zack.
- Można tak powiedzieć. To on mnie podpalił – mutant wykrzywia twarz, jakby się uśmiechał. Zack patrzy na Bossa ze współczuciem.
- Uuu, krucho z tobą, bracie. Szczególnie że to przez ciebie skoczyłem w przepaść – nagle uśmiecha się szeroko – Ale skoro podpaliłeś Joego, to pewnie masz zapalniczkę, nie?
Boss wyciąga zapalniczkę i podaje ją Latynosowi. Ręce trzęsą mu się jak w febrze. Mutant doskakuje i uderza go kolbą w potylicę. Boss traci przytomność.
 
***
 
Zack zapalił papierosa i spojrzał na bezwładne ciało.
- Co z nim robimy?
- Przywiążę go pod rynną. Radiacja rozpuści go w tydzień, jeśli spadnie deszcz. A jeśli nie spadnie, to gość zdechnie z głodu. Ten na zewnątrz jest twój. – Joe wskazał głową w kierunku frontu domu, gdzie przy motocyklach mógł czekać dzieciak ze wsi. Zaczął rwać firankę na długie pasy. – Zwiążę tego frajera i zaczynam przeszczep.
Zack złapał kałasznikowa, przeszedł korytarz i otworzył gwałtownie drzwi. Dzieciak nadal stał przy motocyklach.
- Czy ja ci wyglądam na mutanta, gnojku? – krzyknął Zack, idąc przez placyk przed domem. Dzieciak nie odpowiedział, tylko cofał się krok za krokiem, patrząc na niego szeroko otwartymi, cielęcymi oczami. Potknął się i przewrócił, próbował czołgać się do tyłu, ale Zack stał już nad nim.
- Czy powiedziałeś tym debilom, że tu są muty? – zapytał raz jeszcze.
- T...
- A czy ja wyglądam na mutanta?
- N...
- A czy mój kumpel..?
- N...
- Czyli coś pieprzyłeś?
- T...
- No to będzie kara – podsumował Hernandez, wyciągając nóż. Dzieciak zamknął oczy. Zack chlasnął go precyzyjnie, rozcinając prawie pionowo czoło, prawą brew i kawałek policzka. Razem była to długa na trzy cale, dość głęboka rana. Dzieciak złapał się za twarz, krew popłynęła między palcami. To miał być początek, ale złość Zacka nagle przeszła.
- Teraz boli – powiedział już normalnym głosem, zrzucając juki z Golden Winga. Było w nim mało benzyny, ale nie mogli jechać dalej niż ze Spanish Fork – To będzie ładna blizna. Będziesz miał branie u dziewczyn, chłopaku - przydepnął zrywkę i motor zapalił – wsiadaj i wiej do mamci.
Dzieciak syknął z bólu, kiedy łza wpadła do krwawiącej rany. Zack wziął kałasznikowa i wskazał nim drogę. Wieśniak zniknął między drzewami, dźwięk silnika cichł szybko. Zack odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Wiał wiatr, słońce zachodziło. Jeszcze tylko samodzielny przeszczep skóry w wykonaniu mutanta i będzie można skończyć tę wycieczkę w góry.

Joe był bez ubrania, w samych bokserkach. Całe ciało było jedną wielką blizną oparzeniową. Zwłoki dawcy leżały na ziemi.
- Dobrze, że go nie zabiłeś. Dawaj nóż – w głosie Joe’go słychać było pośpiech.
Zack podał mu bagnet rękojeścią do przodu.
- Dobrze że go nie zabiłem?
- A miał coś do nas?
Zack nie odpowiedział. Joe bez słowa zaczął zdzierać sobie skórę z ciała. Wbijał nóż, nacinał kilka cali i szarpiąc zrywał kolejne płaty blizny. Skóra normalnie nie dawała się zerwać w ten sposób, bo Zack wielokrotnie próbował to zrobić różnym ludziom. Ale na bliźnie oparzeniowej to działało, schodziła jak izolacja z kabla. Krew kapała na ziemię, ale było jej mało. Kawałki skóry leżały wokół stóp Joego jak obierki. Zack siedział na krześle i przyglądał się. Początkowo myślał że będzie mu ciężko, ale wzięła go kompletna znieczulica. Znalazł papierosy i zapalił. Po pół godzinie Joe był ociekającym krwią kawałkiem mięsa, który grzebał w torbie. Rzucił Zackowi podłużną, srebrną puszkę bez etykiety.
- Biała farba? Będziesz jak Michael Jackson? – zapytał Zack.
- Weź się zamknij – Joe zdejmował skórę z dawcy. A raczej wyciągał dawcę ze skóry. Mówiąc coś o cesarskim cięciu naciął podbrzusze i pomagając sobie nożem jako dłutem i kamieniem w roli młotka rozłupywał kości, szarpiąc i klnąc wyciągał zawartość skóry, którą rzucał na stos. Kawałki kości, organy i mięśnie układały się w stos. Dopiero kiedy na szczycie tego makabrycznego kopca wylądowały gałki oczne, Zack odwrócił wzrok. Chrupnęło. To Joe zmiażdżył pustą czaszkę w dłoniach i powoli odklejał ją od skóry. Po kilku minutach pracy podniósł pustą, wywiniętą na lewą stronę ludzką skórę. Zrywając z niej co większe kawałki mięsa podszedł do Zacka, który z nogą przewieszoną przez oparcie fotela ziewał dymem i podrzucał puszkę, zawsze obracając ją o sto osiemdziesiąt stopni.
- Pryskasz białą farbą i naciągasz skórę. Od góry.
- Okay – Zack podniósł się i zdjął osłonę dyszy. Wycelował nią w czubek głowy Joe’go i nacisnął. Wodnisty żel zmieniał się w kontakcie z krwią w coś w rodzaju pianki. Joe natychmiast przyłożył odpowiedni kawałek skóry. Zack szybko okrążał mutanta, polewając go sprayem i ściągając skórę w dół. Nagle zatrzymał się.
- No, dalej – syknął Joe.
- Ale – Zack nie mógł powstrzymać śmiechu - zakładasz to tył na przód.
- Fuck – jęknął Joe i pociągnął. Twarz znalazła się we właściwym miejscu.
Po piętnastu minutach Joe mutant miał na sobie świetnie dopasowaną bluzę z Joego ex-człowieka i mył pozbawione skóry nogi. Wspólnie dociągnęli portki do kolan i Zack odmówił współpracy wyżej, więc Joe radził sobie sam, stojąc za olbrzymim telewizorem.
Mutanci też mają kompleks rozmiaru, ta paranoja jest uniwersalna, pomyślał Zack. Śmierdziało krwią i ozonem. Zapalił fajkę i spojrzał na spray.
- Co to jest? – zapytał w końcu i spojrzał na Joego, który wyszedł zza stołu.
- Pianka antyimmunologiczna i dezynfekująca. Nasz wynalazek, swoją drogą – Joe poprawiał uszy, kiedy Zack na niego spojrzał.
- Nasz?
- To znaczy ludzki, właśnie do przeszczepów skóry. W 2020 roku można je było robić na polu bitwy. Niektórzy marines wyglądali jak patchworki, a jeden pilot Apacha dostał kilka milionów dolców odszkodowania, bo kiedy rozbili się śmigłowcem, jeden debil z Search & Rescue przeszczepił mu pół czoła operatora kaemu, który zginął. Ten drugi był Murzynem. Jak wyglądam?
- Pięknie. Tylko mógłbyś się umyć, jesteś cały we krwi.
- Nie mógłbym, bo naleje się pod skórę. Przez dwanaście godzin nie mogę się ruszać, nawet mówić, żeby wszystko się zrosło. Psiknij mi tym między skórą a ciałem przy oczach, ustach i na zszyciu w pasie.
- Okay – zrobił o co go proszono – Ty sobie postój, ja idę rzygać.
- Nie rozśmieszaj mnie.
- Bo się rozkleisz, jasne.
Zack musiał zwymiotować, żeby potwierdzić swoje człowieczeństwo. Przeszedł przez pokój dzienny, gdzie karaluchy grzebały we flakach Grubego. Wyszedł na taras i klęknął przy barierce. Z jakiegoś powodu nie chciało mu się rzygać, więc wsadził sobie dwa palce do gardła. Poczuł smak krwi. Joe Dawca, pomyślał. W ostatniej chwili usunął rękę, gdy zawartość żołądka uciekała przez usta. Odwrócił się na plecy i zobaczył w ciemności przerażone oczy Bossa, związanego w baleron dokładnie pod największą dziurą w rynnie. Trząsł się z zimna i próbował coś powiedzieć, ale knebel zamieniał wszystko w jednostajne, niezrozumiałe buczenie. Zack zapalił papierosa i pokiwał mu głową.
- No, masz rację. Dałeś dupy.
 
***
 
Ich drogi rozchodziły się. Joe jechał na południe, do Vegas i LA. Chciał zobaczyć Pacyfik. Zack na wschód, do Nowego Yorku. Ostatnie kilka godzin Zack bił się z myślami. Zatrzymali się przy zjeździe z autostrady. Joe podniósł osłonę kasku, ale Zack odezwał się pierwszy.
- Będę w NYC za miesiąc, róg piątej i czterdziestej trzeciej. Napisz coś, jeśli znajdziesz kuriera.
- Postaram się – Joe uśmiechnął się – ale nadal muszę być ostrożny, jeszcze nie wiem wszystkiego. Zack...
- Co? – Henandez spojrzał na niego badawczo. W głosie Joe’go była jakaś dziwna nuta.
- Żaden zdrowy człowiek nie utrzymałby się przy życiu przez dziesięć dni w tym radioaktywnym kotle, w którym ty przeżyłeś, ranny, jakieś dwa tygodnie.
- Co ty pieprzysz? – Zackowi nadal zdarzało się nie łapać jego fal.
Joe uśmiechnął się.
- Ja też nie wiedziałem od razu. Pojawiłem się znikąd, nie znałem języka. Mieli mnie za debila, póki jeden typ nie rzucił po pijanemu mutant. Skopali mnie i nie zdechłem, więc podlali benzyną i podpalili. Wskoczyłem do Missisipi i przeżyłem. Wtedy zrozumiałem i zacząłem się uczyć, głównie z książek i filmów. Trudno uczyć się być człowiekiem, jeśli ma się kawał plastiku na twarzy. Ciebie nikt nie weźmie za mutanta, ale chyba o to w tym chodzi. Jest jeden Stwórca – palec był wycelowany gdzieś między północ a niebo.
Zack nie odpowiedział. Może ten gość rzeczywiście nadawał się do Salt Lake. Sięgnął do juków i wyciągnął płytę.
- Znalazłem dziś rano. Chyba do ciebie.
Joe spojrzał na okładkę.
- Always Outnumbered, Never Outgunned – przeczytał – Dobre.
Spojrzeli na drogę.
- Do następnego, panie Hernandez – Joe wyciągnął rękę. Nauczył się ogrzewać dłoń przed powitaniami i pożegnaniami, więc Zack uścisnął skórę gorącą jak osłona silnika.
- Do następnego, panie...
- Hurricane. Joe Hurricane.
- Dobre – Zack pomyślał o Bobie Dylanie i o odbezpieczonym AK, leżącym tuż przy jego nodze.

Joe zamknął przyłbicę i zjechał na osiemdziesiątkę dziewiątkę. Zdążył odjechać sto metrów. Raz. Karabin wskakuje do ręki. Dwa. Kolba opiera się na barku. Trzy. Strzelec stoi nad motocyklem. Twarz ma skupioną, jedno oko przymknięte. Drugie współpracuje z całym ciałem, układając prostą między czterema punktami. Źrenica, muszka, szczerbinka, kask. Koła obracają się, droga ucieka pod stopami. Twarz pod przezroczystą przyłbicą jest uśmiechnięta i spokojna. Logo Harley Davidson nad światłem biało-czarnego Road Kinga kalifornijskiej drogówki lśni w słońcu. Cztery. Sprężyna zwalnia iglicę, która uderza w spłonkę. Ładunek pocisku 7.62 x 39 mm spala się szybko. Kula opuszcza zamek, wpadając do lufy, gdzie bruzdy nadają jej ruch obrotowy. Prędkość pocisku wzrasta. Huk słychać wtedy, gdy opuszcza lufę. Za kulą idzie ogień i dym. Łuska wylatuje z otwartego na moment zamka. Koła obracają się coraz szybciej, droga rozpływa się w oczach. Pocisk uderza w betonową osłonę zjazdu z autostrady. Grzybkuje, a raczej rozpłaszcza jak naleśnik, zatrzymując się dwa cale od powierzchni betonu. Za kilkadziesiąt lat wymyje ją kwaśny deszcz. Huk znika tak nagle, jak się pojawił.

Joe zdjął lewą rękę z kierownicy. Uniósł ją tak, żeby dłoń było widać nad barkiem i wyprostował środkowy palec. Do Vegas było ponad trzysta pięćdziesiąt mil. Najpierw na południe, przez całe Utah, gdzie w miejscowości Solina osiemdziesiątka dziewiątka łączyła się autostradą numer pięćdziesiąt. Ta wpadała w międzystanową piętnastką, która wiodła do Vegas i dalej, przez Baker, Barstow i Berdoo do LA, nad sam Pacyfik.
Zack uśmiechnął się i zabezpieczył karabin. Nie trafił, więc dziś wieczorem zrobi tylko jedno nacięcie na kolbie. Mniej pracy i tyle. Joe uczył się szybko i nie powtarzał błędów. To zazwyczaj oznaczało całkiem długie i ciekawe życie. Zack założył ciemne okulary Bossa i przekręcił manetkę. Silnik ryknął, szeroka na dwieście milimetrów opona zaczęła wgryzać się w asfalt. Odchylił się do tyłu, dociskając oponę do jezdni. Poobijany, czarny Night Train ‘08 skoczył do przodu. Stanową czterdziestką na wschód, aż do Colorado, gdzie wjedzie na międzystanową siedemdziesiątką, która kończy się w Baltimore, jakieś tysiąc osiemset mil od miejsca, gdzie obok śladu palonej opony leży łuska po naboju 7.62mm. Z Baltimore odbije na północny wschód, ominie Filadelfię północno-zachodnią obwodnicą i przez opuszczone miasteczka dotrze do Wielkiego Jabłka. Hudson przejedzie mostem przy sto osiemdziesiątej, zjedzie w dół Broadwayem i zaparkuje na strzeżonym obok Saks Fifth Avenue. Kupi jakieś porządne ciuchy i piechotą zejdzie sześć kwartałów, żeby wejść do baru 5/43. Jason Black nie miał fantazji do nazw, ale zawsze miał zimne piwo. Zack nie miał w tym momencie ochoty na zimne piwo. Miał za to dwa tysiące mil, żeby zmienić zdanie. Always Outnumbered, Never Outgunned.

Redakcja: Hendley

Informacje dodatkowe:
 
 

Komentarze:


 
13-11-2007, 20:00 | QuackQ | Komentarzy w sumie: 10
Kawał dobrej literatury. Barwne postacie, ciekawe tło i naprawdę filmowe zakończenie. Pełny podziw dla kunsztu autora



Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   

Witamy w Bunkrze - stronie poświęconej Neuroshimie. Prosimy o opanowanie i stosowanie się do zaleceń obsługi Bunkra - od tego zależy Wasze bezpieczeństwo.

***
 
Pamiętaj! Bunkier wciąż potrzebuje nowych ludzi! Ludzi zdolnych, zdecydowanych i wytrwałych! To możesz być właśnie Ty!

***
 
Dowództwo Bunkra przypomina o nieustającej potrzebie wyrażania konstruktywnych opinii za pośrednictwem Komentarzy.
Profil użytkownika
Pseudonim

Hasło

Zapisz login

Przypomnij hasło!
Rejestracja

Szukaj

Nowości w V-Sklepie