Valkiria Network | V-Game | Gry komputerowe | Ogniem i Mieczem | Gry fabularne | Dzikie Pola | Neuroshima | Świat Mroku | Warhammer
Film | Star Wars | Literatura | Andrzej Pilipiuk | Jacek Komuda | Zmierzch | Komiks | Planszówki | Karcianki | Wędrowycz | Bitewniaki | II wojna światowa
  
Always Outnumbered, Never Outgunned cz. 1
 14-09-2007, 13:07
 Andrei Yergov
 4471 x przeczytano

W Spanish Fork, czterdzieści pięć mil na południe od Salt Lake City, od autostrady numer piętnaście odrywa się stanowa szóstka. Wraz z osiemdziesiątką dziewiątką przekracza Wasatch, zachodnie pasmo Gór Skalistych. Górskim szlakiem można dotrzeć aż do Denver, skąd rozchodzą się drogi do wszystkich większych miast Wschodniego Wybrzeża.

Zack roztrzaskał się niespełna dziesięć mil od początku tej trasy. Było ciemno, pościg skracał dystans i Hernandez musiał zaryzykować ucieczkę z asfaltu na szutry, gdzie motocykliści tracili przewagę prędkości. Za dziurą w ogrodzeniu zabezpieczającym, w którą wjechał z prędkością siedemdziesięciu mil na godzinę, nie było drogi. Była przepaść. Chevrolet wylądował dwadzieścia pięć stóp od krawędzi drogi i zaczął koziołkować, łamiąc drzewa i krusząc wapienne skały. Sprzęt, fragmenty karoserii, bryły suchej ziemi i kurz znaczyły długi na trzysta stóp ślad. Dwaj Hell Angels zatrzymali się przy krawędzi jezdni i wyłączyli silniki. Wsłuchiwali się w dźwięki koziołkującego samochodu, jakby licząc czas. Kiedy zapadła cisza, milczeli jeszcze przez kilka długich sekund.
- W mordę – gość siedzący na biało-czarnym Road King’u kalifornijskiej drogówki podrapał krótką, rudą brodę – normalnie wyjechał w przepaść. Samobójca.
Jego towarzysz zaśmiał się głośno.
- A co za różnica, Boss? Jakbyśmy go dopadli żywego... – przerwał w pół zdania i pociągnął z płaskiej butelki. Podał ją kumplowi i wytarł nalaną twarz rękawem. Stracił wątek.
- Bo ja wiem... – wycharczał Boss, krzywiąc się i patrząc na butelkę – gówniana ta twoja whiskey, Gruby. W ogóle nazwać to whiskey...
- Mi smakuje – uciął drugi i na potwierdzenie pociągnął długi łyk – Jak chcesz lepszą, to spróbuj kupić lepszą na tym zadupiu. I możesz przestać mnie nazywać Gruby?
Z wysiłkiem podniósł gigantyczne dupsko i wrzucił butelkę pod siedzenie.
- Kupię sobie lepszą, żebyś wiedział. I będę cię wołać Gruby, Gruby, bo w twoich gaciach zmieszczę się ja i dwie panienki – widząc, że drugi go nie słucha, machnął ręką. - Spadamy, nie? Nic tam nie znajdziemy po ciemku...
- Może jeszcze zajaramy, Boss?
- Dobra myśl. Gruby.
Zapalili i siedzieli chwilę w ciszy.
- Widziałeś jak Stary się wykopyrtnął? – spytał w końcu Gruby.
- Widziałem. Dupę sobie obtarł i tyle. Motoru szkoda.
- Młody pewnie leje w gacie, że go zostawiliśmy samego z poharatanym ojcem.
- Dla mnie to młody mógłby się poturlać po tym zboczu. Stary chyba ocipiał, ciągać dzieciaka na szlak. Co my jesteśmy, szkółka na kółkach? Wszyscy się wychowaliśmy bez ojców i co, źle?
- Mnie wychował ojciec, Boss.
- Ta, wychował, przez czternaście lat waląc kijem aż go połamał na opał... – Boss zamilkł w pół zdania i nie odwracając głowy zerknął na kumpla, który patrzył w dół zbocza. Cisza stała się ciężka. – Sorry, Gruby...
Gruby dalej patrzył w dół zbocza. Słychać było tylko trzask spalającej się bibuły papierosa.
- W porządku, Boss, wiemy jak było. Tylko nie mów mi Gruby, okay?
- Okay – w ciemności pojawił się przerzedzony uśmiech – postaram się. Spadajmy.
 
***
 
Wrak kabrioletu stoi się w połowie zanurzony w płytkiej wodzie. Czoło kierowcy opiera się o kierownicę, słońce odbija się od drobin szkła, które utknęły w pozlepianych krwią włosach. Padlinożerne ptaki kołują w powietrzu. Grizzly obwąchuje zakrwawioną czapkę Jankesów.
- uuu... aaa... – otwiera jedno oko. Powoli zaczyna do niego docierać, co się z nim dzieje. Krew ścieka po twarzy poranionej kawałkami szyby. Bagnet wbity po rękojeść w udo lewej nogi, jucha kapie do wody z wymiocinami. Smród benzyny. Ból połamanych żeber i barku wyrwanego ze stawu. Pas trzymający go na siedzeniu. Głowa opada bezwładnie na kierownicę.
 
***
 
- uuuurwaaa... – jęknął, podnosząc powoli głowę. Chwilę poruszał ustami, jakby coś żuł. Wypluł odgryziony kawałek języka do wody między nogami i uniósł nieco głowę – g... gdzie... jest... ziemia..?
Mógł otworzyć tylko jedno oko, drugie było zasłonięte opuchlizną. Samochód stał tyłem do przerytego zbocza, więc zobaczył leniwy potok i wysokie, porośnięte skarłowaciałymi drzewami wzgórze. Wymioty zabrały lekarstwo na szaleństwo bostońskie, co w połączeniu z bólem i rozbitym na drzazgi samochodem było cholernie denerwujące.
- Tylko spokojnie – szepnął do siebie. Z ust pociekła krew z kawałkami pokruszonych zębów – jest dobrze.
Nie było dobrze. Wyciekła z niego trzecia część krwi i był na granicy świadomości. Szaleństwo bostońskie to nie katar. Musiał się opanować, żeby przeżyć. Powoli i delikatnie odchylił się do tyłu, opierając głowę na resztce zagłówka. Nadwyrężony fotel rozłożył się i Zack gwałtownie opadł na plecy. Cały jego spokój momentalnie poszedł psu w dupę. Klął. Twarz wykrzywiła się w maskę wściekłości. Z ust bryzgała krew, spod opuchlizny na oku zaczęła sączyć się gęsta, żółta wydzielina.
- Spalę złoma. Przysięgam na dziurę w mojej matce, z której wylazłem na ten zasrany świat. Spalę, zniszczę, zabiję, śladu nie będzie... – był gotów zginąć, żeby dotrzymać słowa. Sprawną ręką sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyciągnął krótką strzykawkę ze stali nierdzewnej. Zębami zdjął osłonę igły i uniósł rękę. Oddychając ciężko zezował jednym okiem na czterocalową igłę, wiszącą nad jego mostkiem. Zatrzymał oddech. Włożył w uderzenie całą złość. Igła przebiła mostek, chowając się w ciele. Tłok zmiażdżył plastikową ampułkę z wytłoczonym symbolem I-1209. Koktajl z antybiotyków, adrenaliny, glukozy, narkotyków przeciwbólowych i halucynogennych, środków uspokajających, pobudzających, wspomagających krzepliwość krwi. Używany przez armię i wywiad od wojny w Wietnamie do końca świata, czyli przeterminowany o trzydzieści lat. Chemik, profesor James McMarshall, który to stworzył, wyskoczył razem z żoną z dwudziestego dziewiątego piętra przez zamknięte okno, dwie godziny po tym jak zadzwonił do dziennikarza New York Times i zaproponował spotkanie. Bez niego i jego dzieła nie byłoby komiksu Hulk.

Serce Zacka pompowało to gówno do wszystkich komórek. Stracił przytomność.
Oko zasłonięte opuchlizną było nadal zamknięte. Drugie było otwarte, suche, poprzecinane siecią popękanych naczyń krwionośnych. Mięśnie twarzy poruszyły się minimalnie. Oko mrugnęło kilka razy i otworzyło się szeroko. Wąska jak czubek igły źrenica wyłoniła się spod opuchniętej górnej powieki. Zack patrzył na czarne chmury pędzące z prędkością dźwięku po zielonym, fosforyzującym niebie. Ogarnął go spokój obcowania z absolutem. Usta poruszyły się.
- nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego – słowa drażniły suche gardło, głos tonął w huczącym plusku wody. Smród benzyny mieszał się z zapachem mokrego futra. Z ciekawości odwrócił głowę i spojrzał w pozbawione źrenic i tęczówek, błyszczące głębokim fioletem oczy błękitnego niedźwiedzia, który przełożył głowę nad drzwiami kierowcy.
- Misio... – zachrypiał, usta wykrzywiły się w uśmiech trupa. Półtonowa bestia zaczęła zlizywać krew z jego nogi – ...to łaskocze...
Obwąchiwany przed pożarciem żywcem zamknął oczy, wszystko zrobiło się czarne. Kły niedźwiedzia badały udo, a myśli Zacka powoli opuszczały ciało. Nagle zrobiło mu się zimno. Docierało do niego, że Bóg nie istnieje i że ma pełny pęcherz.
- Muszę do klopa i do spowiedzi – pomyślał, nie otwierając oczu.
Chwycona olbrzymimi zębami noga uniosła się nieco w powietrze. Pełny pęcherz i brak Boga były denerwujące, ale próba zabrania nogi przelała czarę goryczy. Otworzył oko i szybko sięgnął pod lewą pachę. Niedźwiedź, obserwując jego rękę jednym okiem pociągnął lekko, kilkucalowe zęby przebiły ubranie i zanurzyły się w ciele. Muszka i szczerbinka Desert Eagle’a znalazły się dokładnie między okiem Zacka a okiem niedźwiedzia.
- Moja noga. Puszczaj, kudłaty – syknął. Niedźwiedź tylko odsłonił kły – Liczę do trzech. Raz...
Odpowiedział mu głębokie, dudniące warknięcie. Niedźwiedź znów szarpnął, Zack przesunął się o dobrą stopę.
- Dwa...
Zęby utonęły w ciele, kolejne szarpnięcie spowodowało, że zadek Hernandeza oderwał się od fotela. Prawa noga wisiała nad kierownicą. Zack postanowił dać zwierzakowi ostatnią szansę.
- Dwa i pół...
Pół jego ciała wisiało w powietrzu, kły skrzypiały na kości. Resztę trzymał na dole pas bezpieczeństwa. Za chwilę rozerwie go na pół. Krew płynęła gęstym strumieniem.
- Trzy – nacisnął spust. Ciche kliknięcie. Jak pierdnięcie w sali balowej, pomyślał. Niedźwiedź opuścił trochę jego nogę, poprawiając uchwyt. Zack odwrócił pistolet i przez chwilę wpatrywał się w ciemną studnię. Ponownie nacisnął spust.

Huk eksplozji odbił się echem wśród gór. Ptaki z okolicznych drzew zerwały się do lotu, ich cienie przysłoniły słońce. W uszach Zacka dudniła cisza. Świat był czarno-biały. Niedźwiedź puścił jego nogę i stanął na tylnych łapach. Olbrzymia paszcza była otwarta. Nie usłyszał, ale poczuł ryk, który poruszył ziemię. Naciskał spust raz za razem. Kule bezdźwięcznie opuszczały lufę, bezszelestnie przebijały czaszkę zwierzęcia. Gęste strugi czarnej juchy, błyszczące w słońcu łuski i nieruchomy dym wisiały nieruchomo w powietrzu, zmieniając położenie tylko w stroboskopowym świetle ognia bryzgającego z lufy. Spust przestał stawiać opór, magazynek był pusty. Ołowiany nurt rzeki rozmywał ciemne smugi czarnej krwi. Zack trząsł się jak w febrze. Sięgnął do klamry, odpiął pas, zerwał się na nogi i stanął na fotelu. Lewa noga złożyła się jak scyzoryk, upadł na pogięte drzwi kierowcy i zawisł jak szmaciana kukła. Grawitacja powoli pociągnęła bezwładne ciało, które zanurzyło się w zimnym nurcie. Było idealnie cicho.

Wynurzył się, kaszląc i próbując złapać oddech. Wszystkie dźwięki wróciły jednocześnie, prawie pozbawiając go przytomności. Czekał oparty na jednej ręce, z głową zwisającą bezwładnie na klatkę piersiową. Kiedy kaszel ustał i oddech wrócił do normy, odchylił się do tyłu i usiadł na piętach. Zezował na sterczącą z mostka strzykawkę.
- Jak cycek – mruknął z uśmiechem do zdychającego w konwulsjach niedźwiedzia i chwycił strzykawkę. Szarpnął, ale igła nie wyszła. Szarpał coraz mocniej, czując jak poruszają się popękane żebra. Igła nawet nie drgnęła. Potrzebował obu rąk. Czołgając się w płytkiej wodzie dotarł do kamienistego brzegu.

Po kilku próbach udało mu się przydepnąć sprawną, prawą nogą bezwładną dłoń lewej ręki. Kucał, podpierając się drugą ręką.
- Tak jest, nie tracić równowagi – mruknął. Przeniósł cały ciężar ciała na prawą nogę i popatrzył na wystające spod niej palce – A teraz wstajemy... I raz, i dwa, i...
Gwałtownie wyprostował nogę. Rozciągane ścięgna i mięśnie skrzypnęły, bark trzasnął jak łamana gałąź. Nie zdążył krzyknąć, a już leżał na ziemi. Nic nie czuł, ale coś musiało go boleć jak jasna cholera. Nogi żłobiły w mokrym żwirze długie bruzdy, które wypełniały się wodą i krwią. Oddech był krótki i urywany, jak po postrzale. Przed oczami wirowały czarne plamy. Trwało to kilkadziesiąt sekund i Zack, chociaż trochę się nudził, nie przeszkadzał swojemu organizmowi w cierpieniu. W końcu konwulsje minęły i podniósł obie ręce.
- Działają – powiedział i uśmiechnął się nieprzytomnie, odsłaniając pokryte krwią zęby. Podniósł się po raz kolejny i usiadł na kamieniu. Chwycił strzykawkę oburącz i szarpiąc wyrwał z ciała. Później owinął pasek od spodni wokół pachwiny rannej nogi. Ściągnął go najmocniej jak potrafił i trzymając zębami, zacisnął klamrę. Wyciągnął bagnet z nogi i obejrzał go dokładnie. Na rękojeści były ślady zębów i Zack poczuł grozę, jaką może przynieść tylko odjazd na halucynogenach. Niedźwiedź chciał ukraść nóż, nie nogę. To oznaczało przekroczenie granic obrony koniecznej. Morderstwo. Dożywocie albo krzesło elektryczne. Musiał wiać, albo zajmą się nim klawisze z San Quentin.

Zbierając porozrzucane u dołu zbocza rzeczy i wpychając je do otwartego plecaka powtarzał pod nosem wszystko, co wiedział o sztuce przetrwania. Ucieknie w góry, tam będzie walczył do końca. Skoczy głową w dół ze szczytu elektrowni wodnej i mogą go cmoknąć. Rzuci z okna na pięćdziesiątym piętrze w objęcia wypielęgnowanego lalusia przywiązanego sznurkiem do helikoptera z dziurawym bakiem. Wszystko, żeby zgubić pościg. Wszedł do potoku i zataczając się ruszył z nurtem. Raz za razem odwracał się i patrzył na wrak Chevroleta, wypatrując helikoptera. Za zakolem rzeki wyszedł na drugi brzeg i ruszył wąską drogą pod górę. Osłaniały go drzewa. Nie zauważył tablicy z napisem „Private Property. Fuck off”. Para niebieskich oczu obserwowała go spomiędzy krzewów.
 
***
 
Noce były najgorsze. Olbrzymie karaluchy łaziły po twarzy, wyszukując w krótkiej brodzie resztek jedzenia. Próbował wszystkiego – polewał się wodą, przykrywał wielką płachtą folii. Znikały na godzinę, dwie, później wracały. Do pcheł się przyzwyczaił, do karaluchów nie mógł. Resztki ubrania wyrzucił, ale znalazł kilka koców zapakowanych w folię. Chodził ubrany w jeden z nich z wyrżniętą nożem dziurą na głowę, dziurawe spodnie od dresu i szmaty obwiązane wokół stóp.

Gorączka dopadała go głównie nad ranem, ale najgorsze były wymioty. Pluł żółcią co godzinę. Nie miał dość siły, żeby uzbierać opał na całą noc, więc całe noce trząsł się z zimna. W ciągu dnia wyczołgiwał się na taras i leżał w słońcu. Lekarstwo na szaleństwo bostońskie kruszył i wciągał nosem. Jakoś działało, ale efektem ubocznym były koszmarne krwotoki. Umierał, ale nie miał ani siły, ani pomysłu, jak się uratować. Nie miał pojęcia ani gdzie jest, ani dokąd jechał. Pamiętał swoje imię i że miał wypadek, oraz mnóstwo różnych szczegółów. Na przykład ostatniej nocy obudził się z krzykiem, że Missy Rayder jedzie na południe. Kiedy i skąd jechała, kim była – nie wiedział, ale w gorączkowym zwidzie czołgał się po całym domu, nawołując. Musiał ją znaleźć i powstrzymać. Południe było niebezpieczne.

Teraz siedział oparty o ścianę i drżącymi rękami wyciągał sobie szwy z nogi. Wszystkie były krzywe, nierównej szerokości, niektóre w ogóle obok ran. W każdej innej sytuacji chciałby zatłuc konowała, ale powstrzymywało go podejrzenie że to on sam oszpecił się na resztę życia. Gęsta sieć brudnych, cienkich strupów pokrywała właściwie całe lewe udo. Dotknięte rozpadały się, krew i ropa ciekły na podłogę. Goił się bardzo powoli. Zwymiotował wodą, którą łyk wypił minutę wcześniej. Później przez pół godziny pluł żółcią.
 
***
 
Stracił rachubę czasu, ale to był szczególny dzień, bo skończyło się jedzenie. Nabrał trochę wody do puszki po konserwie i patykiem zdrapywał resztki sosu. Wiedział że zwymiotuje po pierwszym łyku, ale musiał jeść. Rano udało mu się złapać karalucha i okazało się, że był za słaby żeby go przegryźć, więc bydlak uciekł mu z ust. Gdyby miał ogień, mógłby go uprażyć na gorącej blasze. Pancerz odchodził i można było wyjeść gorzkie, miękkie wnętrze. Ale nie miał ognia. Podniósł puszkę i trzymając oburącz przechylił do ust. Pociekło z kącików ust i po brodzie. Udało mu się przełknąć jeden łyk, ale zakrztusił się i puszka wyślizgnęła się z dłoni. Patrzył, jak odtacza się od niego, jak woda z drobinkami mięsa rozlewa się po podłodze. Pół godziny męczarni na nic. Ze łzami w oczach, ignorując ból, położył się na brzuchu i zlizywał nasiąknięty kurz aż jego żołądek skurczył się i wszystko wylało się z powrotem. Ostatnim wysiłkiem woli udało mu się przewrócić na plecy. Mięśnie brzucha kurczyły się, żółć ciekła po policzkach. Czuł, jak karaluchy zaczynają chodzić po rannej nodze. Wąskie szczypce podważały zaskorupiałą krew, owady sprawdzały wyciekające płyny. Twarz była blada jak u trupa, drgawki szarpały wyniszczonym organizmem. Spierzchnięte, popękane wargi poruszały się.
- Jutro będzie lepiej... – szepnął.
Oddech nie poruszał już klatki piersiowej. Serce prawie nie biło, skurcze były niepełne, nieregularne. Jedno oko było zasłonięte czarną skorupą opuchlizny, spod której ciekł gęsty, śmierdzący, zielonożółty płyn. Karaluchy dotykały otwartych ust. Drugie oko błyszczało bielą, wąska źrenica nie poruszała się.
- Jutro będzie lepiej... – usta nie poruszyły się. Słowa były tak ciche, że zagłuszył je szmer odnóży karaluchów, które rozpoczynały ucztę.
 
Redakcja: Hendley

Informacje dodatkowe:
 
 

Komentarze:


 
14-09-2007, 17:00 | Hendley | Komentarzy w sumie: 266
Dość ostre, podobnie jak poprzednik. Trochę szalone, ale poza tym niezłe.



Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   

Witamy w Bunkrze - stronie poświęconej Neuroshimie. Prosimy o opanowanie i stosowanie się do zaleceń obsługi Bunkra - od tego zależy Wasze bezpieczeństwo.

***
 
Pamiętaj! Bunkier wciąż potrzebuje nowych ludzi! Ludzi zdolnych, zdecydowanych i wytrwałych! To możesz być właśnie Ty!

***
 
Dowództwo Bunkra przypomina o nieustającej potrzebie wyrażania konstruktywnych opinii za pośrednictwem Komentarzy.
Profil użytkownika
Pseudonim

Hasło

Zapisz login

Przypomnij hasło!
Rejestracja

Szukaj

Nowości w V-Sklepie