Valkiria Network | V-Game | Gry komputerowe | Ogniem i Mieczem | Gry fabularne | Dzikie Pola | Neuroshima | Świat Mroku | Warhammer
Film | Star Wars | Literatura | Andrzej Pilipiuk | Jacek Komuda | Zmierzch | Komiks | Planszówki | Karcianki | Wędrowycz | Bitewniaki | II wojna światowa
Valkiria - Polub nas na Fejsie
  
[bez tytułu] - opowiadanie
 29-05-2009, 12:21
 Brak Danych
 5369 x przeczytano

Praca nadesłana na Konkurs Literacki – Zmierzch
Autorka: Aleksandra Kozik
Nagroda: Wyróżnienie
Uzasadnienie: Tekst, który ma niedociągnięcia, ale na tle reszty wybijał się pod względem bogatego języka oraz stylu, który dobrze rokuje. Wiele opowiadań było wypchanych przede wszystkim frazesami, a tutaj widać zaczątki warsztatu. No to lecimy!
Wszystkie prace konkursowe zamieszczane są w oryginale – bez korekty i redakcji.

Czerwień jej sukienki, czerwień jej ust, czerwień jej oczu… Wszystko to sprawiało, że nie byłem w stanie się poruszyć. Nigdy jeszcze nie widziałem czegoś równie pięknego i przerażającego zarazem. Stałem jak zahipnotyzowany i przyglądałem się kobiecie, która była zbyt idealna by była prawdziwa. Jej usta drgnęły i pojawił się na nich ironiczny uśmiech.
-Nie ładnie się tak ukrywać- powiedziała niskim, pociągającym głosem- Czekałam na Ciebie.
A później był tylko ból…
Nazywam się Wiktor Farrel, urodziłem się w 1910 roku w Perth w rodzinie średniozamożnego inwestora. Jednak moje prawdziwe narodziny nastąpiły w 1929 roku, kiedy wraz z przyjaciółmi pojechałem do Buenos Aires. Nigdy nie byłem człowiekiem wierzącym w legendy, zwłaszcza te mówiące o istotach takich jak wampiry. Teraz po latach mogę z całą pewnością powiedzieć, że się myliłem. Upiór, zmora, nosferatu, krwiopijca- to tylko niektóre z moich dzisiejszych przydomków. Przydomków człowieka, który zatracił człowieczeństwo. Mężczyzny, który nigdy tak naprawdę nie przestał być chłopcem. To cena, którą przyszło mi zapłacić za nieśmiertelność, której nie chciałem. Wydaje się jednak ona niewielka w obliczu tego, że prawdziwego szczęścia zaznałem dopiero po śmierci. Ta historia zaczyna się w 1988 roku, niemal 60 lat po moich ponownych narodzinach. Podróżowałem samotnie po Sudanie, polując i kierując się coraz bardziej na południe. Czułem już ogień palący mnie w gardle, a mój umysł aż krzyczał „krew”. Nastał zmierzch, moja skóra przestała nienaturalnie lśnić w słońcu a w oddali widziałem światła Kassali. Cóż mi innego pozostało, jak pobiec tam szybciej niż zdołałby to uchwycić ludzki wzrok i zabić jednego lub dwóch mieszkańców? Nikt nawet nie byłby zdziwiony ich śmiercią. Równie dobrze mogli zginąć w trwającym tam konflikcie. Moje nogi ledwo muskały piaszczystą ziemię, powoli opanowywałem moje wszechogarniające pragnienie i skupiłem się na tym, by nie rzucać się w oczy. Miałem niezwykłe szczęście, gdyż akurat trwał tam jakiś targ, ludzie przepychali się między sobą, wrzeszczeli, próbowali dobijać targów i co najważniejsze- zapomnieli o otaczającym ich świecie. Wszedłem w otaczający mnie tłum. Ludzie zajęci sobą tylko wzdrygali się po dotknięciu mojej lodowatej skóry, jednak nikt nie uciekał, nikt nic nie podejrzewał. Moje oczy błądziły po ich twarzach typując ofiarę. Wtedy wiatr powiał w moją stronę i poczułem coś, czego się tutaj nie spodziewałem. To nie był zapach człowieka, wręcz przeciwnie. Należał do kogoś z mojego gatunku, do wampira. Zacząłem szukać swojego pobratymca wśród setek brudnych, rozkrzyczanych, nijakich twarzy. I właśnie wtedy ujrzałem ją po raz pierwszy. Była drobna, co najmniej dwie głowy niższa ode mnie. Jej lekko falowane, blond włosy opadały na mlecznobiałe plecy. Gładziła długimi, delikatnymi palcami orientalne tkaniny rozłożone na jednym ze straganów. Wśród gwaru słyszałem jej dźwięczny, miękki głos, widziałem jak poruszają się blade usta. Nagle kierunek wiatru zmienił się, teraz i ona czuła mój zapach. Zesztywniała i obróciła głowę w moim kierunku. Patrzyła na mnie zdziwiona swoimi dużymi, bursztynowymi oczami. Wiedząc, że i tak mnie usłyszy szepnąłem
-Witaj nieznajoma.
Odwróciła się do mnie plecami, odłożyła oglądaną tkaninę i grzecznie podziękowała sprzedawcy. Chwilę później weszła w tłum, zgrabnie wymijając każdą osobę tak, jakby ta ustępowała jej miejsca. Nie uciekała. Chciała abym podążył za nią, ale nie odwracała się w moim kierunku dopóki nie stanęła w cieniu rzucanym przez stary budynek poza targowiskiem. Uśmiechnęła się do mnie nieco podejrzliwie, zachęciło mnie to jednak do podejścia bliżej.
-Witaj i ty- powiedziała dźwięcznie-Co sprowadza cię do Kassali?
-Pragnienie- odpowiedziałem
Zdziwiło mnie to, że skrzywiła się na dźwięk tego słowa
-Oczywiście, jeśli pozwolisz, że zapoluję na twoim terytorium- sprostowałem szybko i wyciągnąłem dłoń w jej kierunku- Wiktor
-Amelia
Zmarszczyła czoło i zastanawiała się nad czymś intensywnie. Ja w tym czasie podziwiałem jej urodę. Ileż mogła mieć lat, kiedy ją zamieniono? Siedemnaście, może mniej.
-Wiktorze mam do ciebie prośbę- odparła w końcu i poczekała chwilę upewniając się, że skupia na sobie moją uwagę- Chciałabym abyś nie polował w okolicach Kassali. Mogłoby to rzucić podejrzenia na nas. Mieszkamy niedaleko.
Czyli nie była sama.
-Mógłbyś nas zaszczycić dzisiaj swoją obecnością-kontynuowała
-Bardzo chętnie, o ile nie sprawi to kłopotu- odparłem
Machnęła ręką i zaśmiała się
-Żaden problem. Będziemy zachwyceni.
Pobiegła przodem trzymając się obrzeży miasta. Poruszała się zgrabnie, przywodząc na myśl tancerkę albo gimnastyczkę. Kilka kilometrów dalej, w miejscu, które bez wątpienia można nazwać odludnym, znajdował się niewielki dom ukryty między skałami. Przed drzwiami czekał na nas już drugi wampir. Był to z całą pewnością arab, o szlachetnych rysach, włosach związanych w koński ogon. Był ode mnie niższy, jednak równie umięśniony. W jego oczach, równie jasnych, co u Amelii krył się cień zaskoczenia. Kobieta podbiegła do niego i wytłumaczyła mu, kim jestem. Mężczyzna wyciągnął w moim kierunku ręce tak, jakby chciał mnie uściskać.
-Witaj przyjacielu-powiedział z mocnym akcentem- Nazywam się Farid.
Objął mnie jednym ramieniem i wprowadził do domu. Był jasny i przestronny, jednak niezbyt duży. Znajdowało się w nim tylko kilka sprzętów. Farid gestem dłoni zachęcił mnie do spoczynku na jednym z foteli. Obok usiadła Amelia.
-Wybacz, że nie zaproponuję ci żadnego poczęstunku- zaśmiał się mężczyzna-ale chyba nie mamy w domu lodówki.
-Skąd przybywasz?- zapytała Amelia
-Byłem to tu, to tam. Wcześniej podróżowałem po Europie, teraz postanowiłem zwiedzić Czarny Ląd.- odpowiedziałem
Rozejrzałem się po pomieszczeniu, w którym się znajdowaliśmy.
-Mieszkacie tu?
Perspektywa mieszkania gdzieś na stałe wydawała mi się zupełnie absurdalna, jednak Farid pokiwał ochoczo głową.
-Już prawie od roku-odparł
Widząc moje zdziwienie oboje się zaśmiali. Amelia poczuła się w obowiązku opowiedzieć mi swoją historię.
-Widzisz Wiktorze, jesteśmy inni niż przeciętne wampiry. Chyba jedyni tacy na świecie, a przynamniej z innymi się nie spotkaliśmy- powiedziała z nostalgią w głosie- Nie żywimy się ludzką krwią.
Poczekała ze swoją opowieścią, do chwili, w której nieco otrząsnąłem się z szoku.
-Wiem, że wydaje się to dziwne, niezgodne z naszą naturą. Jednak nie chcemy być potworami- podkreśliła ostatnie słowo- jeżeli możliwe jest, abyśmy nie krzywdzili ludzi, jesteśmy gotowi zrobić wszystko, aby to uczynić. Dzięki temu, że jesteśmy w stanie powstrzymać się od zabijania, możemy mieszkać tutaj… tak normalnie. Prawie jak ludzie.
-Czym się żywicie?- zapytałem.
-Zwierzyną. Różnego rodzaju. Może tutaj, w Kassali, nie ma wielkiego wyboru, ale radzimy sobie. Nie zaatakowałem człowieka od przeszło dekady- powiedział z dumą Farid.
Przysłuchiwałem się im z nieukrywanym zainteresowaniem. Dowiedziałem się wielu rzeczy o ich życiu. Farid został wampirem blisko 150 lat temu w Egipcie. Wcześniej był lekarzem, co skłoniło go do tego, aby nie sprawiać cierpienia ludziom. Bardzo długo podróżował samotnie. Osiemdziesiąt lat temu w Norwegii poznał wampirzycę Lillianę i jej nowonarodzoną towarzyszkę Amelię. Podróżowali chwilę razem, mężczyzna przekonywał ich do swojego trybu życia bez ludzkiej krwi, jednak Lilly nie potrafiła z tego zrezygnować. Po niespełna dwu latach opuściła Farida zostawiając z nim Amelię, która podzielała poglądy wampira. Od tego czasu są nierozłączni. Swoją opowieść ciągnęli całą noc, mówiąc mi o tym jak wspaniale jest żyć „normalnie” wśród ludzi. Dowiedziałem się jak i gdzie polują oraz, że ich niezwykły kolor oczu zawdzięczają swojej diecie. Poczułem nieodpartą potrzebę stania się jednym z nich. Odkąd opuściła mnie wampirzyca, która mnie stworzyła, nie przebywałem tak długo w towarzystwie innych istot mojego gatunku. Drugim powodem była oczywiście Amelia. Kiedy była w pobliżu czułem jakby moje martwe serce żyło. I gdyby tylko mogło biłoby teraz z zawrotną szybkością. Wiedziałem, że nie potrafię z niej zrezygnować. Nie teraz, kiedy patrzyła we mnie tymi swoimi bursztynowymi oczami, w których czaił się tajemniczy błysk. Nie sądziłem jednak, że zostać będzie mi równie trudno. Moje pierwsze kroki w „nowym życiu” były żałosne. Po latach zaspokajania pragnienia przez ludzką krew nie potrafiłem przestawić się na zwierzęta. Ich zapach i smak nigdy nie zdołały ugasić ognia palącego całe moje ciało. Nie ogarniałem tego, jak Amelia i Farid mogli bez tego żyć. Oboje tak spokojnie stali obok ludzi w momencie, kiedy napływający do moich ust jad uniemożliwiał mi normalne funkcjonowanie. Jak wspominam tamte lata? Jako nieustającą walkę i niekończący się test samokontroli. Zadziwiające jest jednak to, że im bardziej oddalałem się od moich pierwotnych instynktów, bliżsi stawali się mi moi towarzysze. W swoim dotychczasowym życiu nie miałem czasu na to, aby tęsknić za matką, wspominać beztroskie lata spędzone w Perth. Za to wtedy razem z Amelią mieliśmy zwyczaj o zmierzchu siadać na rozgrzanych skałach i wspominać to, co zapamiętaliśmy z naszego „przed-życia”. Przed oczami stawała mi już mocno rozmyta scena, w której matka poprawia puchowe poduszki pod moją głową. Jej uśmiech, coś, co kiedyś było znajomym zapachem, a teraz wspomnienie go powoduje ledwie wyczuwalny ścisk w żołądku. W tamte niekończące się dni w Sudanie zrozumiałem, kim byłem i kim chce być. Widziałem oczyma wyobraźni siebie- wiecznie młodego, ale już nie samotnego, ale przemierzającego życie ramię w ramię z Amelią.
-O czym myślisz?- zapytała któregoś dnia
Uśmiechnąłem się do niej i objąłem ją ramieniem. Wtuliłem twarz w jej błyszczące włosy.
-O tym, że moje życie zaczęło się wtedy, kiedy po raz pierwszy ujrzałem twoją twarz. Zadziwiające, że musiałem umrzeć, aby poczuć, że żyję.- wyszeptałem
Uniosła głowę i spojrzała mi w oczy. Kryło się w nich to, co od tak dawna pragnąłem zobaczyć. A później pogładziła mnie po policzku i przybliżyła do siebie moją twarz. Całowała mnie tak, jakby w tej chwili miał się skończyć świat. I dla mnie się skończył, bo nie istniało już nic oprócz niej. Moje oczy, od dawna już bursztynowe zapłonęły nowym blaskiem, ciało nawiedził niespodziewany dreszcz. Jeśli to, co czułem to miłość, proszę dajcie mi jej więcej. Dni, które zamieniły się w tygodnie, miesiące, lata przeminęły niemal niezauważenie. Nie wierzyłem, że można być bardziej szczęśliwym, dostać od losu więcej niż dostałem ja w postaci Amelii. I tak jak marzyłem podróżowaliśmy razem. Po tym jak Farid postanowił wrócić do swojego rodzinnego Egiptu, my podjęliśmy naszą własną wędrówkę. Przemierzyliśmy Afrykę, Australię i Azję. Spotykaliśmy wielu naszych pobratymców, z którymi łączyły nas bardziej lub mniej zażyłe stosunki. Przez te wszystkie lata nie odszukaliśmy jednak wampirów podobnych nam. Kiedy już pogodziliśmy się jesteśmy tym, że jesteśmy jedyni, dowiedzieliśmy się o rodzinie, która żyje gdzieś w Ameryce. Gloria, wampirzyca, którą spotkaliśmy w Mongolii, opowiedziała nam o rodzinie niejakich Cullenów. Ich historia była o tyle nieprawdopodobna, że mieszkali razem w dużej grupie, wśród ludzi a co najważniejsze- nie żywili się ludzką krwią. Wampirzyca nie potrafiła nam podać nazwy miejscowości, w której żyli. Obudziła w nas jednak nadzieję. Szczególnie w Amelii. Dla mnie nieprawdopodobne było, że jeszcze o nich nie słyszeliśmy. Jedyna duża rodzina, jaką znaliśmy, to mieszkający w Volterze Volturi.
-Wiktorze, jeżeli to prawda… Jeżeli ci Cullenowie istnieją! Musimy ich odnaleźć.- mówiła tak szybko, że ledwie mogłem ją zrozumieć- To przełom, to znaczy, że nie jesteśmy jedyni. Wiedziałam. Czułam przez skórę, że tam gdzieś ktoś jeszcze musi być. Musimy natychmiast ich odnaleźć!
-Po pierwsze musimy się o nich dowiedzieć czegoś więcej… Może nawet u Volturi.- wzdrygnęła się, kiedy wypowiedziałem ich nazwę- A po drugie nie mamy pojęcia gdzie ich szukać. Jeżeli naprawdę są tak liczni jak mówiła Gloria, a mowa tu nawet o pięciu wampirach, musimy być ostrożni. Po trzecie nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł
-Dlaczego?- spytała obrażonym tonem
-Skarbie nie bądź głuptasem- zacząłem żartobliwie, ale powstrzymała mnie jej rozzłoszczona mina- Nie wiemy, czego się po tych Cullenach spodziewać. Nie wiemy nawet czy są prawdziwi. Czy to możliwe, że przez tyle lat Farid i ty nie wiedzieliście nic o innych? Innych, którzy są prawdopodobnie największą rodziną po Volturi? Wątpię…
Posłała mi wrogie spojrzenie, ale widząc, że zupełnie to na mnie nie działa zrobiła coś, czego się obawiałem- zmieniła taktykę. Kąciki jej ust opadły, postawa stała się nieco zgarbiona a głos drżący
-A co jeśli to prawda? Wiem, że są na to małe szanse, ale przez resztę wieczności będę sobie wypominać to, że byłam tak blisko i nie sprawdziłam…
-Tak blisko? Nawet nie wiemy gdzie ich szukać- machinalnie objąłem ją ramieniem i zacząłem gładzić po plecach. Widząc, że jest blisko złamania mnie wtuliła się we mnie silniej przybierając najsłodszą pod słońcem barwę głosu, której nie byłem w stanie się oprzeć. Ale na miłość Boską? Komu widząc ją taką, przez usta przeszłoby słowo „nie”. Kiwnąłem zamyślony głową mrucząc pod nosem „No dobrze, niech ci będzie”. Rzuciła się mi na szyję, obdarowując tym swoim uśmiechem i czułym pocałunkiem.
-Wiedziałam! Wiedziałam, że się zgodzisz!- niemal piszczała ze szczęścia- Musimy wyruszyć natychmiast! Jeśli pobiegniemy już to za kilka dni będziemy w Europie, a później już tylko Ocean Spokojny i…
Przerwałem jej zakrywając dłonią usta.
-Zastanów się, co ty mówisz. Nie możemy szukać ich na oślep. Musimy się nad tym zastanowić. Najlepiej w Volterze- znów wzdrygnęła się na tą nazwę- Tak, w Volterze, Amelio. Jeśli ktoś ma nas do nich zaprowadzić, to Oni zrobią to najlepiej.
Przytaknęła niechętnie głową.
-Ale wyruszymy zaraz, prawda? Nie możemy czekać… Nie chcemy czekać- poprawiła się widząc moją minę.
-Niech ci będzie-powtórzyłem
Ruszyliśmy biegiem, Amelia bez problemu mnie wyprzedzała niesiona siłą swoich marzeń i oczekiwań. Nieraz musiałem ją hamować i niemal prosić, żeby na coś zapolowała. Przez wszystkie te dni czułem bijącą od niej nadzieję. Azję przemierzyliśmy szybciej niż myślałem. Zwolniliśmy dopiero na Węgrzech, kiedy Amelia zdała sobie sprawę, że mimo iż spieszy jej się do Cullenów, to wcale nie pali się do spotkania z Volturi. Jej niechęć wynikała chyba z niemiłych doświadczeń opiekunów. Musieli przedstawić mojej towarzyszce królewską rodzinę jako wyjątkowo okrutnych ludzi. Ja osobiście jeszcze nigdy ich nie spotkałem, chociaż słyszałem o nich wiele. Jednego byłem pewien- nie było sensu z nimi igrać. Do Voltery dotarliśmy niedługo potem pod osłoną nocy. Miasto miało swój urok i niezaprzeczalny klimat. W szczególności dla turystów, dla których obojętny był wszechobecny zapach wampirów. Nie bardzo wiedzieliśmy jak zabrać się do poszukiwania naszych pobratymców. Po śladach, których nie było? Zapachu w każdym zaułku? Błądziliśmy chwilę bez celu, wypatrując istot nam podobnych. Nikogo jednak nie znaleźliśmy. Byłem tym coraz bardziej sfrustrowany. Spędziliśmy tam trzy dni-polując na obrzeżach miasta w dzień i wracając w nocy w poszukiwaniu wampirów. Jak to możliwe, że w mieście sławnym na cały świat z jego krwiożerczych mieszkańców nie znaleźliśmy nawet żadnego nowonarodzonego? Nie było sensu zostawać tam dłużej. Gdyby chcieli się z nami spotkać, znaleźliby nas bez trudu. Co do tego nie było wątpliwości. Na myśl coraz częściej nasuwała mi się myśl, że to cel naszej podróży musi być im nieprzychylny. Co jeśli tajemniczy Cullenowie nie byli przyjacielsko nastawieni do włoskiej rodziny? To by tłumaczyło, dlaczego nie chcą nawet dać nam szansy poproszenia ich o pomoc w odszukaniu ich.
-Będziemy musieli chyba działać na własną rękę- stwierdziłem
Nie wiem, czy to moja wyobraźnia płatała mi figla, ale wydawało mi się, że Amelia odetchnęła z ulgą. Nie była jednak szczęśliwa. Stała się przygnębiona i małomówna. Pomyślałem, że humor poprawi jej mała wyprawa do Norwegii. Odnoszę wrażenie, że zgodziła się przede wszystkim, aby jak najszybciej znaleźć się jak najdalej od Voltery i zostawić za sobą gorycz rozczarowania. Gdybym miał serce, pękłoby na jej widok. Może to dość konserwatywne wychowanie zaważyło na tym, że wziąłem sobie za punkt honoru uczynić ją szczęśliwą. A wiedziałem, że będzie taka odnajdując rodzinę ze snów. W tajemnicy przed nią czyniłem kroki w kierunku odszukania Cullenów. Myślałem, że będzie to bezowocne i jakie było moje zdziwienie, gdy pytając się o nich napotkanych przypadkowo wampirów w Europie dostawałem coraz więcej informacji. Wiedziałem już na pewno, że gdzieś w Stanach Zjednoczonych żyje niejaki Carlisle, który odstąpił od spożywania ludzkiej krwi. Poznanie jego imienia okazało się przełomowe. Pytając o niego z imienia wielu przypominało sobie o jednym nietypowym wampirze, który opuścił wieki temu Volturi, tworząc swój własny klan. Im dalej zapuszczaliśmy się w środek kontynentu, tym więcej przybywało informacji. „Tak, Carlisle… Porządny gość” mówili jedni, „Cullen o ile dobrze kojarzę. Mieszka gdzieś na północy Stanów” dodawali drudzy. W Amelii ożywił się nowy duch, roziskrzyła nadzieja. Niespodziewanie któregoś październikowego wieczoru nasze poszukiwania znalazły się w nowym punkcie.
-Ależ oczywiście, że znam Carlisle’a Cullena. Uroczy, wprost uroczy. Znam również jego żonę Esme.- powiedziała Alanis, którą spotkaliśmy w Londynie- Mieszkają w jakimś małym miasteczku, ale nie pamiętam nazwy.
Amelii rozbłysły oczy.
-Na pewno? Może zdołasz sobie przypomnieć- drążyła
Alanis zastanowiła się chwilę, po czym w zamyśleniu kiwnęła głową.
-Miasta nie pamiętam, ale jestem pewna, że to gdzieś w Stanie Waszyngton. Przypuszczam, że w okolicach Seattle.- powiedziała
-Dzięki. Jesteśmy twoimi dłużnikami- uścisnąłem serdecznie jej dłoń
Mieliśmy teraz do wyboru albo przepłynąć wpław Pacyfik, albo wsiąść do najbliższego samolotu kierującego się do Stanów. Druga opcja wydawała nam się lepsza ze względu na to, że mogliśmy być tam szybciej. Alanis pomogła nam załatwić niezbędne dokumenty i już trzy dni później jako państwo Smith lecieliśmy na pokładzie brytyjskich linii lotniczych w kierunku Ameryki. Było to niezwykłe przeżycie ze względu na to, że jeszcze nigdy nie przebywałem w tak małym, zamkniętym pomieszczeniu razem z setką żywych ludzi wypełnionych po brzegi soczystą, kuszącą krwią. Nawet nie chciałem sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby któryś z nich się skaleczył. Po wyczerpującym locie (bo dla mnie przebywanie tek długo z ludźmi było wyczerpujące) dotarliśmy do Chicago, a później zdając się na instynkt i własne nogi podążyliśmy w kierunku Seattle. Wcześniej nie wierzyłem w istnienie tajemniczej rodziny, ale teraz biegnąc przez lasy bardzo chciałem, aby gdzieś tam na końcu drogi znajdował się dom pełen nieznajomych wampirów. Było to zupełnie irracjonalne i zaprzeczało instynktowi samozachowawczemu, ale mimo to biegliśmy ramię w ramię z każdym krokiem przybliżając się do celu. Kiedy już tam dotarliśmy oczywiście okazało się, że Cullenowie nie widnieją w żadnej książce telefonicznej. Wyraźnie ostudziło to mój zapał. Amelia była za to pewniejsza powodzenia niż zwykle.
-To gdzieś tutaj. Jestem tego pewna-powiedziała- jeśli będzie trzeba zadzwonię do każdej osoby z tej książki, zapukam do każdych drzwi i będę wypytywać o Carlisle Cullena dopóki go nie odnajdę!
-I przestraszysz setki ludzi swoją desperacją?- zapytałem ironicznie
Rzuciła mi spojrzenie typu „Jeszcze ci powiem: a nie mówiłam?” a później otworzyła usta, tak jak to robi małe dziecko, kiedy odkrywa coś zaskakującego.
-Wiktorze powiedz mi gdzie ludzie idą, kiedy chcą kogoś odnaleźć?- zapytała nie oczekując odpowiedzi- na policję mój drogi! Na policję. Spytamy tam o Carlisle. Czyż nie jestem genialna?
Zatrzepotała długimi rzęsami i uśmiechnęła się czarująco. Założę się, że wykorzysta ten trick na nieświadomym niczego stróżu prawa.
-Może najpierw jednak zapolujemy na coś? Nie chcesz chyba zagryźć biednego mundurowego skarbie.
Tutejsze lasy obfitowały w różnego rodzaju zwierzynę. Moglibyśmy wybrzydzać do woli, gdyby nie palące nas pragnienie. Wszechobecna zieleń była tak różna od tego, do czego przyzwyczailiśmy się, żyjąc w Sudanie. Pomyślałem, że nawet jeśli nikogo tutaj nie znajdziemy, warto byłoby zostać tu pewien czas. Zapuściliśmy się dość daleko od Seattle lądując w nic niemówiącej nam małej miejscowości. Amelia uparła się jednak by iść na ten nieszczęsny komisariat. Przyjął nas szeryf- średniego wieku mężczyzna z twarzą, na której można było wyczytać trudy jego życia. Nie spodziewaliśmy się jednak jego reakcji. Był bardzo zaskoczony tym, że nas widzi. Nie był za to zdziwiony naszym wyglądem. Dla ludzi nasza karnacja, rysy twarzy, zapach były czymś niezwykłym, pięknym, unikalnym. On wyglądał na mężczyznę, który widziałby tuzin takich twarzy jak nasze i był zdziwiony, że może być ktoś jeszcze o naszym wyglądzie.
-Szukamy Carlisle’a Cullena.- powiedziała miękko Amelia
-Tego się spodziewałem- powiedział jakby do siebie
Nie byłem pewny tego, co czuję. Jego ubranie zdawało nosić na sobie ślady wampirze woni. Zauważyłem, że i Amelia to poczuła.
-Czy nazwisko Cullen coś panu mówi?- zapytałem
-Owszem panie…
-Smith- odrzekłem szybko
-Carlisle Cullen jest lekarzem w naszym szpitalu i mieszka za miastem. Tak się składa, że jest…- urwał w połowie i przyjrzał nam się uważnie- Czego tak właściwie od niego chcecie?
Nie musieliśmy już odpowiadać na to pytanie. Wstaliśmy, może za szybko niż wypadałoby to zrobić przy człowieku i pożegnaliśmy się ze zdezorientowanym szeryfem. W lesie mieszały się różne zapachy. Teraz z całą pewnością mogłem powiedzieć, że wśród ogarniającego nas dziwnego smrodu wyczuwałem wampiry. Z każdym krokiem stawał się on wyraźniejszy. Oboje pędziliśmy przez las wiedząc, że ta droga zakończy się sukcesem. Nie było innej możliwości. Już z daleka ujrzeliśmy dom ukryty wśród otaczających go drzew. Zobaczyliśmy także ich. Stojących na werandzie i najwidoczniej oczekujących. Coś jednak się nie zgadzało… Ile ich tam było? Pięciu? Nie, o wiele więcej. Czy było możliwe, aby mniej niż dwieście metrów od nas stało dziewięć wampirów? I ten wielki Indianin patrzący na nas gniewnie. Nie był jednym z nas. Z całą pewnością. Jego serce dudniło tak głośno jakby chciało przekazać całemu światu, że wielkolud żyje. Znacznie zwolniliśmy i niepewnie przybliżaliśmy się do rodziny. Chwyciłem Amelię za rękę. Za późno, aby się wycofać. Ich przewaga jest przytłaczająca. Bez problemu zdołaliby nas okrążyć. Na każde z nas przypadłoby ok. czterech z nich, wliczając Indianina a wykluczając dziewczynkę, która wyglądała na zaledwie siedmio letnią. Kiedy tak wolno się zbliżaliśmy oceniając nasze siły jedna z nich- dziewczęca, przypominająca elfa o czarnych włosach- wyciągnęła do nas obie ręce. Przywiodło mi to na myśl Farida, witającego mnie wiele lat temu na progu swojego domu. Drobna wampirzyca uśmiechnęła się do nas przyjaźnie.
-Nie mogliśmy się już na was doczekać-powiedziała dźwięcznie- witajcie w domu.
Odwróciła się w stronę wysokiego, przystojnego mężczyzny o przyjemnych rysach.
-Czyż Amelia nie wygląda o wiele ładniej niż w moich wizjach Carlisle? I z całą pewnością ma mój rozmiar.- przyjrzała się badawczo mojej ukochanej i zachichotała- Jestem w stu procentach przekonana, że ubrania, które wybrałam jej się spodobają.
Wszyscy zaśmiali się serdecznie. Nawet duży Indianin zdawał się być tym rozbawiony. Ich bursztynowe oczy budziły nasze zaufanie.
-Witajcie w domu- powtórzył jeszcze raz Carlisle i gestem dłoni zaprosił nas, abyśmy podeszli bliżej. Teraz wiem, że to było moje przeznaczenie.


Informacje dodatkowe:
 
 

Komentarze:


 
15-06-2009, 20:28 | sloan | Komentarzy w sumie: 3
Dziękuję za wszystkie komentarze ;*


 
02-06-2009, 18:58 | Enkeli | Komentarzy w sumie: 7
Praca świetna, miło się ją czyta :)


 
01-06-2009, 20:14 | Chandni | Komentarzy w sumie: 3
Myślę, że wyróżnienie zasłużone.


 
29-05-2009, 19:12 | Shery | Komentarzy w sumie: 18
Świetne!! Szkoda, że tak szybko się skończyło u Cullenów...


 
29-05-2009, 17:40 | kundzia | Komentarzy w sumie: 52
Super, świetnie się czytało, nagroda w 100% zasłużona :)


 
29-05-2009, 17:28 | BlackEvil | Komentarzy w sumie: 60
zgadzam się z jagoda.u
tak mnie wciągnęło, że musiałam przeczytać wszystko od razu


 
29-05-2009, 16:12 | Jagoda.u | Komentarzy w sumie: 20
Świetne! Nagroda nie wymaga żadnej
dyskusji... No może wyróżnienie to za mało? Chociaż nie wiem jakie są prace pierwszej trójki...
Nie mniej jednak - opowiadanie jest świetne! Zasłużona nagroda :)


 
29-05-2009, 13:31 | Spero | Komentarzy w sumie: 19
Nie powiem, miało swoją osobliwą magię :) Podobało mi się :) Może w pewnych miejscach trochę niedopracowane, ale w tym wypadku w 100% zgodzę się z nagrodą z jury. Autorka ma ogromny potencjał :)
Chętnie przeczytałabym inne jej prace :)



Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   

Witamy na stronie
poświęconej twórczości
Stephenie Meyer:
 
* * *
 
Zapraszamy
na nasze
 
* * *
 
Odwiedź koniecznie
naszą stronę główną
Profil użytkownika
Pseudonim

Hasło

Zapisz login

Przypomnij hasło!
Rejestracja

Szukaj




Czy kupisz Przed świtem?

Oczywiście!!!
308  Głosów (57%)
Raczej tak
14  Głosów (2%)
Nie wiem
9  Głosów (1%)
Nie
8  Głosów (1%)
Mam zamiar ją wygrać w konkursie :)
33  Głosów (6%)
Aaaaaa!!!... KOCHAM EDWARDA CULLENA!!!
160  Głosów (30%)

Ankieta wygasła

Archiwalne

Na służbie:
Żołnierze: 0

Cywile: 28

Statystyki wizyt:
Wizyty: 2902595
Dziś gości: 106
Ten miesiąc: 14833
Rekord gości: 2237
Gości wczoraj: 163