Valkiria Network | V-Game | Gry komputerowe | Ogniem i Mieczem | Gry fabularne | Dzikie Pola | Neuroshima | Świat Mroku | Warhammer
Film | Star Wars | Literatura | Andrzej Pilipiuk | Jacek Komuda | Zmierzch | Komiks | Planszówki | Karcianki | Wędrowycz | Bitewniaki | II wojna światowa
     
Wilcze Leże
Valkiria - Polub nas na Fejsie
     (0|0)
  
W pół drogi do grobu
22-09-2011, 14:47 | 3053 x przeczytano | konieczko
Dokonując zemsty, półwampirzyca Catherine Crawfield poluje na nieumarłych i ich zabija. Ma nadzieję, że odnajdzie wśród wampirów swojego ojca, odpowiedzialnego za zniszczenie życia jej matce. Schwytana przez Bonesa, łowcę nagród polującego na wampiry, zostaje zmuszona do współpracy. W zamian za znalezienie ojca Cat zgadza się trenować z seksownym nocnym łowcą, aż dorówna mu umiejętnościami walki.
Jest zdziwiona, że nie kończy jako jego przekąska. Czyżby rzeczywiście istniały dobre wampiry? Wkrótce Bones przekona ją, że bycie mieszańcem nie jest wcale takie złe. Zanim jednak Cat zdąży się nacieszyć nowo zdobytym statusem pogromczyni demonów, oboje będą ścigani przez grupę zabójców. Cat musi opowiedzieć się po jednej ze stron…
A Bones okaże się dla niej równie kuszący jak żywy mężczyzna.




Autor: Jeaniene Frost
Seria: Nocna Łowczyni
ISBN: 978-83-7480-219-2
Tłumaczenie: Anna Reszka
Oprawa:
miękka
Format:
125x195
Liczba stron: 440
Rok wydania: 21 września 2011
Cena detaliczna: 35,00 zł


Przedstawiamy fragment "W pół drogi do grobu"

Pierwszy
Zesztywniałam na widok błyskających za mną czerwonych i niebieskich świateł. Nie potrafiłabym wyjaśnić, co znajduje się na tyle mojej furgonetki. Zjechałam na pobocze i wstrzymałam oddech, kiedy szeryf podszedł do okna.
– Dobry wieczór, panie władzo! Coś nie w porządku? – Grałam czystą niewinność i jednocześnie modliłam się w duchu, żeby nie zdradziły mnie oczy. Panuj nad sobą. Wiesz, co się dzieje, kiedy się zdenerwujesz.
– Tak, ma pani stłuczone tylne światło. Prawo jazdy i dowód rejestracyjny, proszę.
Cholera. To musiało się stać w chwili, gdy załadowałam furgonetkę. Wtedy liczyła się szybkość, a nie precyzja.
Wręczyłam szeryfowi swoje prawdziwe prawo jazdy, a on poświecił latarką na zdjęcie, a potem na moją twarz.
– Catherine Crawfield. Jest pani córką Justiny Crawfield, tak? Z sadu wiśniowego Crawfieldów?
– Tak – potwierdziłam uprzejmie i obojętnie, jakbym nie miała się czego obawiać.
– Cóż, Catherine, jest prawie czwarta rano. Co pani robi poza domem o tak późnej porze?
Nie mogłam powiedzieć mu prawdy, jeśli nie chciałam napytać sobie biedy. Albo trafić na dłużej do pokoju bez klamek.
– Nie mogłam spać, więc wybrałam się na przejażdżkę.
Ku mojemu przerażeniu szeryf ruszył na tył furgonetki i poświecił do środka.
– Co pani ma w bagażniku?
Och, nic takiego. Tylko martwe ciało i siekierę przykryte plandeką.
– Wiśnie z sadu moich dziadków. – Gdyby moje serce biło głośniej, ogłuszyłoby faceta.
– Naprawdę? – Szeryf trącił latarką stos worków. – Jeden chyba przecieka.
– Nie szkodzi. – Mój głos przypominał pisk. – Zawsze przeciekają. Dlatego przewożę je starą furgonetką, bo potem trudno jest doczyścić bagażnik.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy policjant wrócił do okna.
– Jeździ pani po nocy, bo nie może spać? – Wykrzywił usta w znaczącym grymasie, przesuwając wzrokiem po moim obcisłym topie i potarganych włosach. – Myśli pani, że w to uwierzę?
Na tę jawną insynuację omal nie straciłam panowania nad sobą. Szeryf uznał, że wracam z gorącej randki. W powietrzu zawisły niewypowiedziane słowa, wciąż te same od prawie dwudziestu trzech lat. Zupełnie jak matka, co? Niełatwo być bękartem w małej mieścinie, gdzie ludzie za dużo plotkują. Można by sądzić, że w dzisiejszych czasach takie rzeczy nie mają znaczenia, ale Licking Falls w Ohio rządziło się własnymi zasadami. W najlepszym razie archaicznymi.
Z wielkim trudem pohamowałam gniew. Kiedy byłam wściekła, ludzka strona mojej natury schodziła ze mnie jak wylinka.
– Czy to może zostać między nami, szeryfie? – Zamrugałam z miną niewiniątka. Na martwego teraz faceta wcześniej podziałała. – Obiecuję, że czegoś podobnego nie zrobię.
Szeryf wsunął palce za pasek i zmierzył mnie wzrokiem. Wielkie brzuszysko napierało na materiał koszuli, ale powstrzymałam się od komentarza na temat jego tuszy i oddechu cuchnącego piwem. W końcu policjant się uśmiechnął, pokazując krzywy przedni ząb.
– Jedź do domu, Catherine Crawfield, i napraw to światło.
– Tak jest!
Z ulgą włączyłam silnik i ruszyłam. Uff, niewiele brakowało. Następnym razem muszę być ostrożniejsza.
***
Ludzie skarżyli się, że w rodzinnych szafach mają szkielety albo ojców próżniaków. Jeśli chodzi o mnie, i jedno, i drugie było prawdą. Och, nie zrozumcie mnie źle. Nie od początku wiedziałam, kim jestem. Matka, jedyna osoba znająca tajemnicę, wyznała mi prawdę, kiedy skończyłam szesnaście lat. Dorastając, odkrywałam w sobie zdolności, których brakowało innym dzieciom, ale kiedy pytałam o nie matkę, gniewała się i zabraniała mi o nich mówić. Nauczyłam się więc zachowywać pewne rzeczy dla siebie, ukrywać różnice. Dla wszystkich byłam po prostu dziwna. Bez przyjaciół. Lubiłam włóczyć się o dziwnych porach i miałam osobliwie bladą cerę. Nawet dziadkowie nie wiedzieli, co we mnie siedzi. Tak samo zresztą jak ci, na których polowałam.
Z czasem moje weekendy zaczęły wyglądać podobnie. Odwiedzałam kluby znajdujące się w odległości trzech godzin jazdy od domu, szukając okazji. Ale nie takich, jakie miał na myśli dobry szeryf, tylko zupełnie innego rodzaju. Piłam jak smok i czekałam, że poderwie mnie ktoś szczególny. Ktoś, kogo później planowałam zakopać w ziemi, o ile nie dam się zabić. Robiłam to od sześciu lat. Może chciałam umrzeć? Doprawdy, zabawne, zważywszy na to, że w rzeczywistości byłam półmartwa.
Dlatego właśnie niedawna przygoda z szeryfem nie powstrzymała mnie przed wyjściem w następny piątek. Przynajmniej wiedziałam, że w ten sposób uszczęśliwię choć jedną osobę. Moją matkę. No cóż, miała prawo czuć urazę, a ja po prostu chciałam, żeby wyładowała ją na mnie.
Głośna rytmiczna muzyka uderzyła mnie jak obuchem, mój puls natychmiast przyśpieszył. Ostrożnie ruszyłam przez tłum, starając się wyłapać charakterystyczne wibracje. W lokalu panował tłok, jak zwykle w piątkowy wieczór. Po godzinie krążenia po sali ogarnęło mnie lekkie zniechęcenie. Wyglądało na to, że w klubie są dzisiaj tylko ludzie. Z westchnieniem usiadłam przy barze i zamówiłam dżin z tonikiem. Postawił mi go kiedyś pierwszy człowiek, który próbował mnie zabić. Teraz sama wybierałam ten drink. I kto mówi, że nie jestem sentymentalna?
Od czasu do czasu podchodzili do mnie różni mężczyźni. Najwyraźniej widok młodej samotnej kobiety był dla nich sygnałem do działania. Spławiałam ich uprzejmie albo trochę nieuprzejmie, zależnie od tego, jak bardzo byli natarczywi. Nie przyszłam tutaj na podryw. Po moim pierwszym chłopaku Dannym straciłam ochotę na randki. Jeśli facet był żywy, zupełnie mnie nie interesował. Nic dziwnego, że nie miałam żadnego życia miłosnego.
Po kolejnych trzech drinkach postanowiłam znowu przejść się po klubie, skoro nie poszczęściło mi się w roli przynęty. Zbliżała się północ i do tej pory nic – oprócz alkoholu, narkotyków i tańców.
W drugim końcu sali znajdowały się boksy. Kiedy je mijałam, poczułam tchnienie naładowanego powietrza. Ktoś był blisko. Albo raczej coś. Zatrzymałam się i rozejrzałam, wykonując powolny obrót.
W półmroku zobaczyłam czubek głowy mężczyzny. Jego włosy były prawie białe w błyskających światłach, ale na twarzy nie miał zmarszczek. Zagłębienia i kontury zmieniły się w rysy, kiedy podniósł wzrok i zobaczył, że go obserwuję. Brwi miał wyraźnie ciemniejsze niż włosy, które okazały się jasnoblond. Oczy też były ciemne, zbyt głęboko osadzone, żebym mogła dostrzec kolor. Kości policzkowe wyglądały jak wyciosane z marmuru, a pod kołnierzykiem koszuli dostrzegłam nieskazitelną kremową skórę.
Bingo. Przywołałam na twarz fałszywy uśmiech, nieśpiesznym, przesadnie chwiejnym krokiem podeszłam do nieznajomego i usiadłam naprzeciwko niego.
– Cześć, przystojniaku – powiedziałam swoim najbardziej uwodzicielskim głosem.
– Nie teraz.
Rzucił te słowa z naciskiem i wyraźnym brytyjskim akcentem. Wybałuszyłam oczy i pomyślałam, że może jednak wypiłam za dużo i źle go zrozumiałam.
– Słucham?
– Jestem zajęty. – Mówił ze zniecierpliwieniem i lekką irytacją.
Całkiem zgłupiałam. Czyżbym się pomyliła? Żeby się upewnić, wyciągnęłam rękę i przesunęłam lekko palcem po jego dłoni. I jakby poraził mnie prąd. Oczywiście, że to nie człowiek.
– Zastanawiałam się, eee... – Jąkając się, szukałam w myślach właściwych słów.
Szczerze mówiąc, nigdy wcześniej coś takiego mi się nie zdarzyło. Zwykle tacy jak on byli łatwą zdobyczą. Nie wiedziałam, jak w tej sytuacji poradziłby sobie prawdziwy zawodowiec.
– Masz ochotę na bzykanko?
Aż się przeraziłam, słysząc te słowa. Z trudem powstrzymałam odruch, żeby zakryć dłonią usta. Nigdy wcześniej nie mówiłam takich rzeczy.
Mężczyzna odwrócił się do mnie z powrotem, krzywiąc wargi w grymasie rozbawienia. Spojrzenie ciemnych oczu przesunęło się po mnie taksująco.
– Zła pora, skarbie. Musisz poczekać. Bądź grzeczną dziewczynką i zmykaj. Sam cię znajdę.
Odprawił mnie pstryknięciem palców. Wstałam potulnie i odeszłam, kręcąc głową, kompletnie oszołomiona takim obrotem wydarzeń. I jak teraz miałam go zabić?
Nadal zdezorientowana, ruszyłam do łazienki, żeby obejrzeć się w lustrze. Mimo jaskrawego karmazynowego koloru włosy były w porządku. Poza tym miałam na sobie swój szczęśliwy top, dzięki któremu dwóch ostatnich facetów spotkał zasłużony los. Wyszczerzyłam zęby do swojego odbicia. Nic się do nich nie przykleiło. Potem uniosłam ramię i powąchałam pachę. Nie śmierdziała. Więc o co chodziło? A jeśli... ten facet by gejem?
Przez chwilę rozważałam tę myśl. Wszystko jest możliwe... sama byłam tego najlepszym dowodem. A gdybym go poobserwowała? Zobaczyła, kogo spróbuje poderwać: mężczyznę czy kobietę? Powziąwszy decyzję, wyszłam z łazienki z nową determinacją.
Nieznajomy zniknął. Stolik, przy którym siedział, był pusty. W powietrzu też nie wyczułam jego wibracji. Z rosnącą niecierpliwością przeszukałam wzrokiem salę, parkiet do tańca, boksy. Ani śladu. Musiałam za dużo czasu zmarnować w łazience. Przeklinając w duchu, poszłam do baru i zamówiłam nowego drinka. Alkohol nie przytępiał mi zmysłów, ale picie przynajmniej było jakimś zajęciem, a w tym momencie czułam się zupełnie bezproduktywna.
– Piękne panie nie powinny pić same – usłyszałam obok czyjś głos.
Odwróciłam się, żeby zgasić intruza, ale ugryzłam się w język, kiedy zobaczyłam, że mój adorator jest martwy jak Elvis. Jego blond włosy były o cztery tony jaśniejsze niż u tamtego pierwszego, oczy turkusowe. Do diabła, to moja szczęśliwa noc.
– Rzeczywiście nie znoszę pić sama.
Facet uśmiechnął się, pokazując ładne kwadratowe zęby. Żebym lepiej mógł cię gryźć, moja droga.
– Jest pani sama?
– A chciałby pan? – Zalotnie zatrzepotałam rzęsami. Na Boga, ten mi się nie wymknie.
– Bardzo bym chciał. – Uśmiechnął się szerzej, obniżył głos. Boże, ale oni mieli tembr. Większość z nich mogłaby dorabiać sobie w sekstelefonie.
– Byłam sama, ale teraz jestem z panem.
Kokieteryjnie przekrzywiłam głowę, demonstrując szyję. Facet zagapił się na nią i oblizał wargi. Bardzo dobrze, jest głodny.
– Jak masz na imię, śliczna pani?
– Cat Raven. – Skrót od Catherine i od koloru włosów pierwszego mężczyzny, który próbował mnie zabić. Widzicie? Jednak jestem sentymentalna.
Jeszcze szerszy uśmiech.
– Jakie niezwykłe nazwisko.
On przedstawił się jako Kevin. Miał dwadzieścia osiem lat i był architektem. Przynajmniej tak twierdził. Niedawno się zaręczył, ale narzeczona go rzuciła i teraz on po prostu szukał miłej dziewczyny, żeby się ustatkować. Jakimś cudem udało mi się nie zakrztusić drinkiem. Ale kit! Za chwilę facet zacznie kreślić obraz podmiejskiego domku ze sztachetowym płotem. Oczywiście nie pozwoli mi wezwać taksówki. Jakie to niegrzeczne, że moi znajomi wyszli z klubu beze mnie. I jakie miłe z jego strony, że chce mnie odwieźć do domu. A przy okazji, ma mi coś do pokazania. Cóż, ja również.
Doświadczenie nauczyło mnie, że dużo łatwiej pozbyć się samochodu, w którym nikogo nie zabito. Kiedy więc facet wykonał swój ruch, otworzyłam drzwi od strony pasażera i z krzykiem udawanego przerażenia uciekłam z jego volkswagena. Jak większość z nich ten palant też wybrał odludną okolicę, więc nie musiałam się martwić, że jakiś Dobry Samarytanin usłyszy moje wrzaski.
Podążył za mną nieśpiesznym, odmierzonym krokiem, w przeciwieństwie do mojego chwiejnego i niezdarnego. W pewnym momencie udałam, że się potykam. Kiedy zamajaczył nade mną, pisnęłam dla większego efektu. Jego twarz się zmieniła zgodnie z prawdziwą naturą. Groźny uśmiech obnażył kły, których wcześniej nie było, niebieskie oczy rozjarzyły się strasznym zielonym blaskiem.
Zaczęłam się cofać, jednocześnie ukradkiem wsuwając rękę do kieszeni.
– Nie rób mi krzywdy!
Mój prześladowca ukląkł i chwycił mnie za kark.
– To będzie bolało tylko chwilę.
I wtedy zaatakowałam. Moja ręka wystrzeliła w górę wyćwiczonym ruchem, broń przeszyła serce napastnika. Przekręciłam ją dwa razy, aż jego twarz zwiotczała, a z oczu zniknęło światło. Dźgnęłam ostatni raz, odepchnęłam trupa od siebie i wytarłam o spodnie zakrwawione dłonie.
– Miałeś rację. – Byłam zdyszana z wysiłku. – Bolało tylko przez chwilę.
***
W drodze powrotnej do domu pogwizdywałam. Noc jednak nie okazała się zupełnie stracona. Jeden uciekł, ale drugi już nigdy nie będzie grasował w ciemności nocy. Matka spała w naszym wspólnym pokoju, więc stwierdziłam, że opowiem jej wszystko rano. W weekendy to było pierwsze pytanie, które mi zadawała. „Dopadłaś któregoś, Catherine?”. O, tak, dopadłam! I to bez żadnych obrażeń ani zatrzymania przez policję. Czy można prosić o więcej?
Byłam w tak dobrym nastroju, że postanowiłam następnej nocy spróbować w tym samym klubie. W okolicy działała niebezpieczna pijawka, a ja musiałam ją powstrzymać, tak czy nie? Dlatego przez cały dzień ze zniecierpliwieniem zajmowałam się zwykłymi domowymi pracami. Matka i ja mieszkałyśmy z dziadkami w skromnym piętrowym domku, który kiedyś był stodołą. Stał na odludziu, otoczony akrami ziemi, co było mi na rękę. Wyszłam o dziewiątej.
W klubie znowu panował tłok, jak to w sobotnią noc. Muzyka była równie głośna, twarze równie puste. Pierwsza rundka po sali nie przyniosła żadnych rezultatów, co trochę zepsuło mi humor. Ruszyłam do baru. Tym razem nie usłyszałam ostrzegawczego trzeszczenia powietrza, tylko od razu głos.
– Gotowa na to, żebym cię przeleciał?
– Co?
Odwróciłam się gwałtownie, żeby zrównać z ziemią bezczelnego typa, i zamarłam. To był on. Na moją twarz wypłynął rumieniec, kiedy sobie przypomniałam, co mówiłam zeszłej nocy. Najwyraźniej facet też to zapamiętał.
– A, tak... cóż... – Jak właściwie można zareagować na taki tekst? – Uhm, może najpierw drinka? Piwo czy...?
– Nie kłopocz się – przerwał mi bezceremonialnie i przesunął palcem po mojej brodzie. – Chodźmy.
– Teraz? – Rozejrzałam się, kompletnie zaskoczona.
– Tak, teraz. Rozmyśliłaś się, skarbie?
W jego oczach widziałam wyzwanie i błysk, którego nie potrafiłam rozszyfrować. Nie chciałam ryzykować, że znowu go zgubię, więc sięgnęłam po torebkę i wskazałam na drzwi.
– Prowadź.
– Nie. – Uśmiechnął się niepokojąco. – Panie pierwsze.
Wyszłam z klubu, kilka razy oglądając się przez ramię. Na parkingu facet spojrzał na mnie wyczekująco.
– Idź po auto i wynośmy się stąd – powiedział.
– Auto? Ja... ja nie mam auta. A gdzie jest twój samochód? – Starałam się zachować spokój, ale w środku cała się trzęsłam. Było inaczej niż zwykle i wcale mi się to nie podobało.
– Przyjechałem motocyklem. Masz ochotę się przejechać?
– Motocyklem? – Nie, nie miałam ochoty. Potrzebowałam dużego bagażnika. Nie zamierzałam przewozić ciała na kierownicy. Poza tym nie umiem prowadzić motoru. – Hm, weźmiemy mój pojazd. Stoi tam.
Ruszyłam do furgonetki, pamiętając o tym, żeby się zataczać i iść chwiejnym krokiem. Facet powinien myśleć, że się upiłam.
– Myślałem, że nie masz auta! – zawołał za mną.
Zatrzymałam się w pół kroku i odwróciłam. Cholera.
– Przypomniałam sobie, że jednak mam – rzuciłam. – Chyba za dużo wypiłam. Chcesz prowadzić?
– Nie, dzięki – odparł natychmiast. Z jakiegoś powodu jego brytyjski akcent zaczął działać mi na nerwy.
Spróbowałam jeszcze raz. On musiał prowadzić. Broń miałam w prawej nogawce spodni, bo wcześniej zawsze siedziałam na miejscu pasażera.
– Naprawdę uważam, że ty powinieneś prowadzić – stwierdziłam z krzywym uśmiechem. – Kręci mi się w głowie. Nie chcę wpakować nas na drzewo.
Nie podziałało.
– Jeśli chcesz tylko gadać przez całą noc...
– Nie!
Słysząc nutę desperacji w moim głosie, facet uniósł brew.
– To znaczy, jesteś taki przystojny i... – Co się, do diabła, mówi w takim momencie? – Naprawdę bardzo tego chcę.
Nieznajomy stłumił śmiech, jego ciemne oczy rozbłysły. Na koszulę z kołnierzykiem miał niedbale narzuconą kurtkę dżinsową. W świetle ulicznych latarni jego kości policzkowe były jeszcze bardziej wydatne. Nigdy wcześniej nie widziałam takich cyzelowanych rysów.
Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów, językiem przesunął po dolnej wardze.
– No dobrze, ruszajmy. Ty prowadzisz.
Bez słowa zajął miejsce pasażera.
Nie miałam innego wyjścia, jak usiąść za kierownicą. Ruszyłam w stronę autostrady. Minuty mijały, a ja nie wiedziałam, co mówić. Cisza była denerwująca. Mężczyzna się nie odzywał, ale czułam, że przesuwa po mnie wzrokiem. W końcu nie mogłam dłużej znieść milczenia i napięcia, więc wyskoczyłam z pierwszym pytaniem, jakie przyszło mi do głowy.
– Jak masz na imię?
– A czy to ważne?
Zerknęłam w bok i napotkałam jego spojrzenie. Oczy miał tak ciemne, że prawie czarne. Znowu dostrzegłam w nich wyraz chłodnego wyzwania, niemej prowokacji. Było to co najmniej deprymujące. Wszyscy jego poprzednicy chętnie wdawali się w pogawędki.
– Po prostu chciałam wiedzieć. Ja mam na imię Cat. – Zjechałam z autostrady na żwirową drogę prowadzącą do jeziora.
– Cat, hm? Z tego miejsca wyglądasz mi bardziej na Kitten.
Szybko odwróciłam głowę i łypnęłam na niego z irytacją. Poczekaj, ja też się zabawię.
– Cat – powtórzyłam twardo. – Cat Raven.
– Jak sobie życzysz, Kitten Tweedy.
Gwałtownie wcisnęłam hamulce.
– Masz jakiś problem?
Uniósł ciemne brwi.
– Żadnego, słonko. Zatrzymaliśmy się na dobre? Tutaj mam cię zerżnąć?
I znowu ten nieznośny rumieniec po jego dosadnej odzywce.
– Eee, nie. Trochę dalej. Tam jest ładniej. – Wjechałam głębiej w las.
Zaśmiał się cicho.
– Nie wątpię, kochanie.
Zaparkowałam furgonetkę w moim ulubionym miejscu randek i spojrzałam w bok. Facet siedział bez ruchu. W żaden sposób nie mogłam sięgnąć po niespodziankę ukrytą w spodniach. Odchrząknęłam i wskazałam na drzewa.
– Nie chcesz wyjść i... mnie zerżnąć? – To słowo dziwnie smakowało w moich ustach, ale było chyba lepsze niż „pieprzyć”.
Lekki uśmiech rozjaśnił jego twarz.
– O, nie. Wolę tutaj. Lubię to robić w furgonetce.
– Cóż... – Cholera, co teraz? Nie uda się. – Tu jest za mało miejsca. – Zaczęłam otwierać drzwi.
Nieznajomy nawet nie drgnął.
– Całkiem dużo, Kitten. Ja zostaję.
– Nie nazywaj mnie Kitten – warknęłam tonem ostrzejszym, niż dyktowałby rozsądek, ale byłam już poważnie zaniepokojona. Im szybciej ten typek będzie naprawdę martwy, tym lepiej.
– Zdejmij ubranie – polecił krótko. – Zobaczmy, co tam masz.
– Słucham? – Tego było już za wiele.
– Chyba nie zamierzałaś pieprzyć się ze mną w ubraniu, Kitten? – rzucił drwiąco. – Ale może wystarczy, jak zdejmiesz majtki. No, dalej. Nie zmarnujmy całej cholernej nocy.
Jeszcze tego pożałuje. Miałam nadzieję, że wtedy za­boli jak diabli. Popatrzyłam na niego z wyniosłym uśmiechem.
– Ty pierwszy.
Facet błysnął w uśmiechu normalnymi zębami.
– Nieśmiała ptaszyna? Nie przypuszczałem, że taka jesteś, sądząc po tym, jak mnie zaczepiłaś i bez ogródek oznajmiłaś, czego ode mnie chcesz. Może w takim razie rozbierzemy się równocześnie?
Drań. Było to najbrzydsze słowo, jakie zdołałam wymyślić, kiedy zaczęłam majstrować przy guzikach dżinsów, zarazem obserwując go czujnie. Facet nonszalancko rozpiął spodnie i zdjął koszulę, obnażając twardy, gładki, jasny brzuch.
Nigdy wcześniej nie pozwoliłam, żeby sprawy zaszły tak daleko. Byłam zakłopotana, że ręce mi się trzęsły, kiedy ściągałam dżinsy, jednocześnie sięgając do kieszeni.
– Popatrz, skarbie, co tu dla ciebie mam.
Zerknęłam w dół i... czym prędzej uciekłam spojrzeniem. Już prawie trzymałam w dłoni broń, potrzebowałam jeszcze jednej sekundy...
Załatwiła mnie własna wstydliwość. Kiedy odwróciłam wzrok, żeby na niego nie patrzeć, nie zauważyłam, że facet zaciska dłoń. Jego pięść z niewiarygodną szybkością zetknęła się z moją głową. Zobaczyłam rozbłysk światła i poczułam przeszywający ból. Potem zapadły ciemność i cisza.


 
Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   

Witamy w terminalu Militarnej Sieci Valkiria. Wszystkim rekrutom przypominamy o obowiązku rejestracji swych danych w celu podjęcia służby w siłach zbrojnych MSV.

Życzymy owocnej służby!!

* * *
Zaciągnij się do jednostki lub zostań jej dowódcą!

* * *

Szukasz kontaktu z V-Sztabem? Napisz do nas: kontakt[at]valkiria.net

* * *

Wrogą propagandę należy zwalczać! Do tego najlepiej nadaje się rakieta naprowadzana VX456.

* * *


Gdy zostaniesz ranny na polu bitwy, pamiętaj by wzywać Podsystem Medyczny tylko w przypadku bezpośredniego zagrożenia wszystkich funkcji życiowych. Nieuzasadnione wezwania będą karane!

* * *

W przypadku utraty łączności z Terminalem Głównym nie zapominaj o Podręcznym Zestawie Samobójczym!

* * *












Ulubiony film
Mangowy Wiedźmin
Love Hina
Najbardziej odjechane anime
W co teraz gracie?
Jakie auto kupić ?
V-skojarzenia
Studia - jakie?
Aerostaty
Wakacje...


Profil użytkownika
Pseudonim

Hasło

Zapisz login

Przypomnij hasło!
Rejestracja

Na służbie:
Żołnierze: 0

Cywile: 30

Statystyki wizyt:
Wizyty: 2921403
Dziś gości: 51
Ten miesiąc: 4271
Rekord gości: 2237
Gości wczoraj: 233




Tako milczy Zaratustra - plansze


Saga o Atlasie i Axisie #3 - plansze


Ralph Azham #8: Nie pochwycisz płynącej rzeki - plansze


Ostatki - plansze


Layers of Fear - screeny


Najnowsze pliki

Interior #1
Interior jest biuletynem z fanowskimi materiałami do gry fabularnej...
Ja, Diablica - fragment
Ymar - fragment
Nowa Fantastyka 08/2010 - zapowiedź
Powrót do Katedry Szkarłatnych Witraży - raport z sesji Klanarchii

$$5#3... transmisja przerwana...

Newsletter
Zapisz się do naszego newslettera
Magazyn Valkiria
Propaganda
V-Game
E-mail
Imię
Format

-->