Valkiria Network

Terminal Główny Militarnej Sieci Valkiria to miejsce gdzie znajdziesz najnowsze informacje ze świata ogólnie rozumianej rozrywki, fantastyki i gier wideo. Poznaj nową... Lepszą Rzeczywistość! Chcesz wiedzieć więcej?

Slaider 01

Federacja V-Sieci

Valkiria Network skupia wiele stron tematycznych o różnorodnej tematyce, w tym: grach wideo, technologii, historii, literaturze i fantastyce. Chcesz wiedzieć więcej?

Slider 02

Dołącz do V-Sieci

Zarejestruj się w Valkiria Network! Przeglądaj i komentuj publikacje, dołącz do V-Game, zostań współpracownikiem lub redaktorem MSV. Chcesz wiedzieć więcej?

Slider 03

Zagraj w V-Game

Każdy użytkownik MSV w swoim profilu znajdzie zaimplementowaną grę przeglądarkową w klimacie V-Sieci. Załóż mundur i ruszaj na misję. Chcesz wiedzieć więcej?

Slider 04

Holy Potatoes!

Nasze bohaterki to ziemniaki, a cała galaktyka to jeden wielki warzywny targ. Dobry humor, kosmos, walka, dobra fabuła, to właśnie Holy Potatoes! We're in Space?!

Slider 05

Torment: Tides of Numenera

Mógłbym pisać długo o Torment, szczegółowo opisując jego fenomenalnie rozbudowany świat, przyrodę, postaci, czy fabułę, ale po co, skoro Wy sami możecie tego doświadczyć.

Slider 06

Legendarne Auta PRL

Zobacz zapowiedź nowej serii kolekcjonerskiej "Auta PRL" z klocków COBI. Wyjątkowe modele w skali 1:35 to idealny prezent dla każdego fana motoryzacji!

Slider 07

Necropolis: Brutal Edition

Ta gra to totalny, bezgraniczny i nieprzebrany skarbiec FE-NO-ME-NAL-NEJ zabawy, który otwiera się tak naprawdę dopiero w grze wieloosobowej.

Slider 08
SQN prezentuje:
07-03-2012, 13:30 | 3113 x przeczytano | paulina wasik
7 marca nadszedł, a wraz z nim premiery. Nakładem Wydawnictwa Sine Qua Non na księgarniane półki trafiły dzisiaj dwa nowe tytuły: Ja, Ibra oraz Moja historia. Na zachętę, poniżej znajdują się pierwsze rozdziały tych właśnie książek. Zapraszamy do czytania!

Ja, IBRA
Zlatan Ibrahimović, David Lagercrantz

ROZDZIAŁ 1

Pep Guardiola – trener Barcelony, ten ubierający się w szare garnitury, o zamyślonym wyrazie twarzy – podszedł do mnie i sprawiał wrażenie zakłopotanego. To było zanim zaczęliśmy wojnę. Wtedy uważałem, że on jest okej, może nie taki jak Mourinho czy Capello, ale jest porządnym człowiekiem. Była jesień 2009 roku, a ja spełniałem swoje marzenie. Grałem w najlepszej drużynie świata i kilka miesięcy wcześniej zostałem powitany przez 70 tysięcy kibiców na Camp Nou. Byłem wniebowzięty. No dobrze, może nie do końca: gazety pisały, że jestem niezłym dupkiem, że jestem bad boy itd. Krótko mówiąc, trudny ze mnie typek. Tak czy inaczej byłem tam. Moja żona Helena i dzieci czuli się dobrze . Mieliśmy piękny dom w Esplugues de Llobregat, a ja byłem zadowolony. Co mogło pójść nie tak?
– Posłuchaj – powiedział Guardiola. – Tu, w Barcelonie, twardo stąpamy
po ziemi.
– Świetnie – odparłem. – Dobrze!
– Dlatego tutaj na treningi nie przyjeżdżamy Ferrari albo Porsche.
Przytaknąłem, zostawiając z boku jakiekolwiek aroganckie zachowanie w stylu: co się wtrącasz do moich samochodów? Tak naprawdę pomyślałem sobie: „Czego on chce? Jakiego rodzaju wiadomość mi wysyła?”.
Uwierzcie mi. Nie muszę się afiszować, prowadząc jakieś kosmiczne auto i parkując na chodniku. To nie tak. Ja jednak uwielbiam samochody! Są moją pasją. Wyczułem, że za tymi słowami kryje się coś innego. Coś w rodzaju: nie wyobrażaj sobie, że jesteś nie wiadomo kim.

Wtedy zrozumiałem, że Barcelona jest trochę jak szkoła, jak kolegium. Piłkarze byli fantastyczni, wszystko robiono z myślą o nich, a poza tym był tam też Maxwell, mój stary kompan z Ajaksu i Interu. Jednak żaden z chłopaków nie zachowywał się jak supergwiazda i to było dziwne. Messi, Xavi, Iniesta i cała ta szajka wyglądali jak uczniacy. Najlepsi piłkarze świata stali tam, żeby się kłaniać, a ja w ogóle tego nie rozumiałem. To było śmieszne. Jeśli we Włoszech trener mówi „skacz”, mistrzowie pytają się: „Że co? Dlaczego?” Tutaj skakali wszyscy, na najmniejsze skinienie, jakby byli tresowanymi psami. Ja się w ogóle w tym nie odnajdowałem. Ale pomyślałem: „Musi ci się to spodobać! Nie potwierdzaj ich uprzedzeń!”. Dlatego zacząłem się dostosowywać. Stałem się potulny jak baranek. To było wariactwo. Mino Raiola, mój agent i przyjaciel, mówił mi: „Co się, do diabła, z tobą dzieje, Zlatan? Nie poznaję cię”.

Nawet ja sam siebie nie poznawałem. Byłem coraz bardziej przygnębiony, a musicie wiedzieć, że pod koniec gry w Malmö miałem swoją filozofię, zakładającą, by trzymać się własnego stylu. Nie przejmuję się tym, co ludzie sobie myślą i nie czuję się swobodnie pośród tych wszystkich grzecznych typków. Mnie podobają się chłopcy, którzy przejeżdżają na czerwonym świetle. Rozumiecie, co mam na myśli? Jednak teraz, cholera, nie mogłem mówić tego, co chciałem. Mówiłem to, co uważałem, że powinienem powiedzieć. To było absolutnie niedorzeczne.

Jeździłem klubowym Audi i beznamiętnie przytakiwałem, tak jak wtedy, kiedy chodziłem do szkoły albo raczej jak powinienem robić, kiedy chodziłem do szkoły. Już nawet nie wkurzałem się na kolegów z drużyny. Stałem się nudny. Zlatan nie był już Zlatanem, a nie zdarzyło mi się to od czasów, gdy moja noga postała w Borgarskolan i, widząc dziewczyny w bluzach Ralpha Laurena, byłem prawie cały mokry, kiedy miałem zaprosić jedną z nich na randkę.

A jednak sezon rozpocząłem znakomicie. Strzelałem gola za golem. Wygraliśmy Superpuchar Europy. Ja brylowałem, dominowałem. Jednak mimo wszystko byłem inny. Coś się wydarzyło. Nic poważnego, jeszcze nie teraz, ale w każdym razie… Miałem zaklejone usta, a to u mnie niebezpieczne. Więcej: bardzo niebezpieczne. Możecie mi wierzyć: muszę być wściekły, żeby grać dobrze. Muszę krzyczeć i robić dym. Natomiast teraz wszystko trzymałem w środku. Może powinienem zrobić coś z ciśnieniem, które we mnie narastało? Nie wiem.

Mój transfer był drugim najdroższym w historii, a gazety pisały, że jestem trudnym i problematycznym dzieckiem. W sumie bzdury, ale być może ja czułem ciężar tego wszystkiego. „Tu, w Barcelonie, nie afiszujemy się”. Chyba chciałem pokazać, że nawet ja nie będę. Najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem!

Na boisku byłem jeszcze silny, ale już się nie cieszyłem. Rozważałem nawet porzucenie futbolu. Nie żebym myślał o zerwaniu kontraktu, jestem profesjonalistą, ale straciłem zamiłowanie. Później nadeszła bożonarodzeniowa przerwa. Wyrwaliśmy się do Are1, wypożyczyłem skuter śnieżny. Gdy tylko życie się zatrzymuje, ja mam ochotę działać. Zawsze jeżdżę jak wariat. Pędziłem 325 km/h moim Porsche Turbo, uciekając gliniarzom. Robiłem tak szalone rzeczy, że nawet nie chcę o nich myśleć. A w tamtych wolnych dniach, tam w górach, na skuterze, złapałem odmrożenia i świetnie się bawiłem.

Wreszcie trochę adrenaliny! Wreszcie stary Zlatan! I nawet pomyślałem: dlaczego nadal muszę w tym tkwić? Pieniędzy mi nie brakuje. Nie muszę tak się męczyć przez tego imbecyla – trenera. Mogę się za to dobrze bawić i zajmować moją rodziną.

To był piękny czas, ale nie trwał długo. Kiedy wróciliśmy do Hiszpanii, nastąpiła katastrofa. Może nie od razu, zbliżała się krok po kroku, ale już wisiała w powietrzu...

Była absurdalna burza śnieżna. Tak jakby Hiszpanie nigdy przedtem nie widzieli śniegu. Obok nas, na wzgórzu, samochody stały dosłownie wszędzie, a Mino, ten tłusty idiota – ten cudowny tłusty idiota, muszę dodać, żeby przypadkiem nie zrozumiano źle, co myślę o moim agencie – umierał z zimna w swoich letnich butach i cienkiej kurtce, i przekonał mnie, bym wziął Audi. Istniało ryzyko, że coś się spieprzy. No i na zjeździe straciliśmy kontrolę, uderzyliśmy w betonowy mur i kompletnie zniszczyliśmy prawą oś samochodu.

Wielu piłkarzy z zespołu miało wypadki w taką pogodę, ale żaden nie był tak spektakularny, jak mój. Wygrałem także w tej konkurencji, było mnóstwo śmiechu. Istotnie, czasami byłem nawet sobą, nie byłem już tak bardzo przybity. Jednak później zaczął gadać Messi. Lionel Messi jest silny. Niesamowity piłkarz. Nie znam go zbyt dobrze, jesteśmy kompletnie różni. Przyszedł do Barcelony w wieku 13 lat. Dorastał w tej kulturze i nie ma żadnego problemu z całym tym gównianym kolegium. W drużynie gra kręci się wokół niego w zupełnie naturalny sposób. On jest wielki, ale teraz przyszedłem ja i strzelam więcej od niego. Poszedł więc do Guardioli i powiedział: „Nie chcę dłużej grać na prawym skrzydle. Chcę grać na środku”.

Na środku grałem już ja, ale Guardiola miał to gdzieś i zmienił system. Z 4–3–3 przeszedł na 4–5–1 ze mną jako wysuniętym napastnikiem i Messim ustawionym zaraz za mną. Wszystkie piłki posyłano do Messiego, a ja nie mogłem już grać swojego. Na boisku muszę być wolny jak ptak. Należę do tych, którzy chcą robić różnicę na wszystkich poziomach, ale Guardiola zdecydował się mnie poświęcić. Taka jest prawda. Zamknął mnie tam na górze. Okej, mogę nawet zrozumieć jego sytuację. Messi to gwiazda, złoty chłopiec, Guardiola był zobligowany do słuchania go. Ale bez przesady! Strzelałem gola za golem, grałem fantastycznie. On nie może dostosowywać całej drużyny do tylko jednego zawodnika. Chciałem powiedzieć: po kiego diabła mnie sprowadzaliście, co? Nikt nie płaci takich pieniędzy, żeby zahamować mój rozwój jako piłkarza.
Guardiola powinien myśleć o nas obu, więc oczywiste, że w tej sytuacji atmosfera stała się nerwowa. Byłem największą inwestycją, jakiej kiedykolwiek dokonano w tym klubie, a nie czułem się swobodnie w nowym schemacie. Jednak ktoś, za kogo zapłacono tyle pieniędzy nie powinien znosić niewygód. Txiki Beguiristain, dyrektor sportowy, nalegał, żebym porozmawiał z trenerem: „Wyjaśnij z nim tę sprawę!”.

Nie miałem ochoty, bo jestem piłkarzem, który akceptuje sytuację, no ale dobrze, okej, zrobiłem to. Jeden z moich przyjaciół powiedział mi: „Zlatan, to tak jakby Barςa kupiła Ferrari i jeździła nim jak Cinquecento”. Pomyślałem, że to jest dobra argumentacja.

Guardiola przekształcił mnie w piłkarza bardziej „normalnego” i gorszego. Straciła na tym cała drużyna. Poszedłem z nim porozmawiać. Działo się to na boisku, podczas treningu, a ja przysiągłem sobie jedno: nie mogę z nim walczyć. Powiedziałem mu to:
– Nie chcę się kłócić. Nie szukam wojny. Chcę jedynie porozmawiać.
On przytaknął. Sprawiał jednak wrażenie, jakby trochę się obawiał, dlatego powtórzyłem:
– Jeśli myślisz, że będę urządzał sceny, pójdę sobie natychmiast. Chcę tylko pomówić.
– W porządku! Lubię rozmawiać z piłkarzami.
– Posłuchaj – ciągnąłem dalej – nie wykorzystujecie moich umiejętności. Jeśli chcieliście mieć zawodnika, który tylko finalizuje akcje, powinniście kupić Inzaghiego albo kogoś innego. Ja potrzebuję przestrzeni, muszę być wolny. Nie mogę jedynie biegać w górę i w dół przez cały czas. Ważę 98 kilogramów. Nie mam tego rodzaju budowy ciała.

On rozmyślał. Boże, rozmyślał zawsze...
– Uważam, że sobie poradzisz.
– Nie, teraz będzie lepiej, jeśli posadzisz mnie na ławce. Z całym szacunkiem, rozumiem cię, ale poświęcasz mnie dla innych piłkarzy. To nie jest w porządku. Tak jakbyś kupił Ferrari i jeździł nim jak Cinquecento. Zastanawiał się jeszcze chwilę.
– Okej, może popełniłem błąd. To mój problem. Muszę go rozwiązać.

Byłem zadowolony. Powinien załatwić tę sprawę. Spacerowałem trochę lżejszym krokiem, lecz później nasze stosunki zdecydowanie się ochłodziły: jego oczy prawie mnie nie dostrzegały. Nie jestem typem człowieka, który rozmyśla nad czymś takim, w żadnym wypadku. A poza tym moja nowa pozycja na boisku była znakomita. Strzelałem kolejne gole, choć nie tak piękne jak tamte, które zdobywałem we Włoszech. Byłem zbyt osamotniony na środku. Nie byłem już tym samym „Ibrakadabrą”, ale jednak…

W marcu graliśmy w Champions League z Arsenalem na Emirates Stadium. Panowała tam gorąca atmosfera. Pierwsze dwadzieścia minut drugiej połowy było absolutnie niesamowite, strzeliłem dla nas oba gole i pomyślałem: „Odpierdol się, Guardiola! Gram swoje i już!”. Później jednak zostałem zmieniony i wtedy Arsenal zaczął odrabiać straty, doprowadzając do remisu. Katastrofa…

W dodatku doznałem urazu łydki. Normalnie trenerzy przejmują się podobnymi rzeczami. Taki kontuzjowany Zlatan to poważna sprawa dla każdej drużyny. Jednak Guardiola był niewzruszony. Nie wypowiedział nawet jednej sylaby. Nie mogłem grać przez trzy tygodnie i ani razu nie przyszedł, żeby zapytać: „Jak się czujesz, Zlatan? Myślałem, że będziesz mógł zagrać w najbliższym meczu”. Nie mówił nawet dzień dobry. Nie odzywał się. Unikał mojego spojrzenia. Jeśli wchodziłem do jakiegoś pomieszczenia, on z niego wychodził. Zastanawiałem się, o co chodzi. „Może coś mu zrobiłem? Chodzi o włosy? A może dziwnie mówię?”. Zaczynała boleć mnie głowa. Nie mogłem spać.

Stale o tym wszystkim myślałem. Nie, żebym potrzebował miłości Guardioli. Proszę bardzo, niech mnie nienawidzi z całego serca. Nienawiść i odwet mnie pobudzają. Jednak teraz nie mogłem się na niczym skupić i zacząłem o tym rozmawiać z kolegami. Żaden nic nie rozumiał. Zapytałem Thierry’ego Henry’ego, który teraz siedział na ławce. Thierry Henry, najlepszy strzelec w historii reprezentacji Francji. Jest wielki. Cały czas był niesamowity.
– Guardiola nawet się ze mną nie wita. Nie patrzy mi w oczy. Co mogło się wydarzyć?
– Nie mam pojęcia – odpowiedział.

Od tamtej chwili zaczęliśmy żartować: „Hej Zlatan, dostałeś dziś jakieś spojrzenie?”. „Nieee, ale widziałem jego plecy!”. „Gratulacje, jest postęp!”. Tego rodzaju wygłupy, które trochę pomagały. Cała ta sprawa zaczęła mnie w końcu naprawdę irytować. Każdego dnia, każdej godziny pytałem siebie: „Ale co ja zrobiłem? Co złego?”. Nie znajdowałem żadnej odpowiedzi.

A może ten chłód w jakiejś mierze zawdzięczałem swemu wywodowi odnośnie mojej pozycji? Innego wyjaśnienia nie było. W takim razie byłoby to jednak absolutnie szalone. Prowadził ze mną psychologiczną wojnę z powodu naszej pogawędki na temat pozycji na boisku?!

Szukałem konfrontacji, spotkania i skrzyżowania z nim spojrzenia. Wyślizgiwał się. Wydawało się, że jest przestraszony. Tak, zgoda, powinienem ustalić spotkanie i zapytać go wprost: „Co to za historia?”. Po moim trupie. Miałem już dość czołgania się u jego stóp.

To był jego problem, ale nie wiedziałem, czego dotyczy. Do tej pory tego nie wiem, a może jednak tak… Myślę, że ten typ nie znosi silnych osobowości. On woli stać na czele uczniaków, wręcz ucieka od swoich problemów. Nie chce stanąć z nimi twarzą w twarz, a to tylko pogarsza sprawę.

I sprawa rzeczywiście się pogorszyła.

Pojawiła się chmura pyłu znad islandzkiego wulkanu. Wszystkie loty w Europie zostały odwołane, a my mieliśmy zagrać z Interem na San Siro. Do Mediolanu wyruszyliśmy autokarem. Jakiś orzeł z Barcelony stwierdził, że to dobry pomysł. Ja byłem wtedy już zupełnie zdrowy, ale podróż okazała się prawdziwą katastrofą. Jechaliśmy szesnaście godzin i na miejsce dotarliśmy wykończeni. Do tamtego momentu był to najważniejszy mecz sezonu, półfinał Champions League, a ja byłem przygotowany na gwizdy, które mogłem usłyszeć na moim starym stadionie. Nie był to jednak dla mnie żaden problem, przeciwnie: takie rzeczy jeszcze bardziej mnie motywują. Jednak co do reszty, sytuacja wyglądała okropnie i uważam, że Guardiola cierpiał na kompleks niższości w konfrontacji z Mourinho.

José Mourinho jest gwiazdą. Wygrał już Ligę Mistrzów z FC Porto, był moim trenerem w Interze. Jest wielki. Kiedy po raz pierwszy spotkał Helenę, przysunął się do niej i szepnął jej na ucho: „Helena, ty masz do wypełnienia tylko jedną misję, jeśli chodzi o Zlatana. Daj mu jeść, pozwól mu spać i spraw, żeby był szczęśliwy!”. Ten facet mówi to, co chce. Podoba mi się. Jest królem, dowódcą armii, ale wszystkimi się interesuje, troszczy się. Kiedy grałem w Interze, zawsze pytał, jak się czuję. Jest przeciwieństwem Guardioli. Jeśli Mourinho rozświetla jakieś pomieszczenie, Guardiola jest tym, który spuszcza zasłony. A teraz łatwo było się domyślić, że Guardiola szukał z nim konfrontacji. „Nie
gramy przeciwko Mourinho, tylko przeciwko Interowi”, mówił nam, a później zaatakował tą swoją filozoficzną przemową.

Prawie jej nie słuchałem. Dlaczego niby miałbym to robić? To były te same bzdury w oparciu o krew, pot i łzy. Nigdy nie słyszałem trenera mówiącego w taki sposób! Bezsensowne bzdury! Jednak teraz wreszcie do mnie podszedł. Na treningu na San Siro, gdy publiczność uważnie mi się przyglądała, krzyczał coś w rodzaju: „Ibra wrócił!”.
– Czujesz się na siłach, żeby zagrać od początku? – zapytał mnie Guardiola.
– Bezwględnie tak – odpowiedziałem. – Jestem skoncentrowany.
– Ale czy czujesz się gotowy?
– Tak. Wszystko w porządku.
– Ale jesteś pewien, że jesteś gotowy?

Cały czas powtarzał te same słowa, a ja wyczuwałem złe wibracje.
– Posłuchaj, mamy za sobą podróż, o której trzeba zapomnieć, ale ja jestem w formie. Po kontuzji nie ma ani śladu. Dam z siebie wszystko.

Guardiola się wahał. Coś mi tu śmierdziało i natychmiast zadzwoniłem do Mino Raioli. Ciągle do niego telefonuję. Szwedzcy dziennikarze twierdzą, że on ma zły wpływ na mój wizerunek. Mam powiedzieć, co myślę? Mino jest geniuszem. Zapytałem go więc: „Co ten człowiek ma w głowie?”.

Żaden z nas tego nie rozumiał. Wyszedłem jednak na boisko od początku i prowadziliśmy 1:0. Później rywale zaczęli się rozkręcać i wszystko się zmieniło. Zszedłem w 60. minucie i ostatecznie przegraliśmy 1:3. Byłem wściekły.

Na początku kariery, kiedy byłem w Ajaksie, zdarzało mi się przeżywać daną porażkę tygodniami. Teraz mam Helenę i dzieci, oni pomagają mi zapominać i iść dalej, a zatem od razu skoncentrowałem się na rewanżowym meczu na Camp Nou.

Tamtego dnia atmosfera była przerażająca. Wszyscy pałali nienawiścią do Mourinho. Dziennikarze wypisywali mnóstwo głupot na temat tego, że on i arbiter poprzedniego spotkania są przyjaciółmi i nawet poszli razem do restauracji, że przegraliśmy właśnie z tego powodu: to wszystko było przesadą. Nawet ściany sprawiały wrażenie, że nam kibicują, a my musieliśmy wysoko zwyciężyć, nie tracąc gola, żeby nie odpaść z rozgrywek.

Ale potem… Nawet nie chcę o tym myśleć. Chociaż nie, chcę, bo od tamtej chwili stałem się silniejszym mężczyzną. Wygraliśmy 1:0, ale to nie wystarczyło. Zostaliśmy wyeliminowani z Champions League. Guardiola zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu, jakby wszystko to było moją winą, a ja pomyślałem: „Jesteśmy na ostatnim odcinku drogi. To koniec”.

Po tamtym meczu miałem wrażenie, że nie jestem już mile widziany w klubie i źle się czułem, kiedy siadałem za kierownicą ich Audi. W szatni czułem się jak kawałek gówna, a Guardiola patrzył na mnie wrogo, jakbym tylko przeszkadzał, był kimś obcym.

To było jak mur z betonu. Nie dostawałem od niego żadnego znaku życia i z każdą minutą, która upływała mi w drużynie, pragnąłem znaleźć się gdzie indziej. Już nie byłem jej częścią.

Kiedy graliśmy na wyjeździe z Villarrealem, Guardiola pozwolił mi zagrać pięć minut. Dosłownie kipiałem ze złości i to nie dlatego, że siedziałem na ławce. Mógłbym to nawet zaakceptować, gdyby trener był na tyle mężczyzną, by powiedzieć: „Nie jesteś wystarczająco dobry, Zlatan. Nie stajesz na wysokości zadania!”.

Guardiola nie odzywał się słowem, nic a nic. I miarka się przebrała. Czułem to w całym ciele, a gdybym znajdował się na jego miejscu, bałbym się mnie. Nie chodzi o to, że jestem człowiekiem, który szuka zaczepki! Robiłem różne głupie rzeczy, to prawda, ale trudno o to, żebym zaczynał awantury, nawet jeśli na kilku boiskach zdarzyło mi się kogoś uderzyć. Lecz kiedy się wściekam, przyznaję, jestem jak zaślepiony i wtedy lepiej trzymać się ode mnie z daleka.

Szczerze mówiąc, kiedy po meczu wróciłem do szatni, nie planowałem takiej reakcji, nie sądziłem, że puszczą mi nerwy. To oczywiste, że nie tryskałem radością, to można spokojnie powiedzieć, a naprzeciwko miałem przecież wroga, który drapał się po tej swojej łysej głowie. Co do reszty – nie było tam zbyt wielu osób. Był Touré, może ktoś jeszcze, a przede wszystkim była tam metalowa szafka, a ja cały czas siedziałem z utkwionym w niej wzrokiem. Nagle kopnąłem w nią bardzo mocno. Myślę, że przeleciała jakieś trzy metry, ale to nie był jeszcze koniec. Nawet się nie zastanawiałem. Krzyknąłem: „Nie masz jaj!” i pewnie jeszcze gorsze rzeczy, a potem dodałem: „Robisz pod siebie ze strachu na widok Mourinho. Idź do diabła!”.

Zupełnie nad sobą nie panowałem, czekałem, że może Guardiola powie parę słów w odpowiedzi, coś w rodzaju: „Uspokój się natychmiast, nie mówi się tak do własnego trenera!”. On jednak nie jest tego typu osobą. To kompletny tchórz. Ograniczył się do podniesienia z podłogi szafki, jak na uporządkowanego człowieka przystało, i nie zrobił nic więcej, nawet nie mówił ogólnie. Oczywiście wszystko się rozniosło. W autobusie wszyscy wariowali: „Co się stało? Co się stało?”.

„Nic”, pomyślałem. „Powiedziałem tylko część prawdy”. Nie miałem jednak siły o tym mówić. Byłem zbyt wściekły. Tydzień po tygodniu mój trener bojkotował mnie bez podania powodu. To było absurdalne. Wcześniej miewałem wielkie konflikty, ale dzień później zawsze załatwialiśmy sprawę i wszystko wracało do normy. Tym razem nadal panowała cisza i wojna psychologiczna, a ja pomyślałem: „Mam 28 lat. Jestem silny. Strzeliłem 22 gole i miałem 15 asyst, tutaj, w Barcelonie, a mimo to jestem traktowany, jakbym nie istniał. Muszę to jeszcze znosić? Muszę nadal się dostosowywać? Nigdy w życiu!”.

Kiedy siedziałem na ławce w meczu z Almeríą, przypomniałem sobie o tym słynnym „Tutaj, w Barcelonie, na treningi nie przyjeżdżamy Ferrari albo Porsche!”. Co za głupoty! Biorę taki samochód, jaki mi się podoba, zwłaszcza jeśli służy temu, żeby prowokować idiotów. Więc wziąłem moje Ferrari Enzo i zaparkowałem naprzeciwko ośrodka treningowego. Oczywiście wybuchło wielkie zamieszanie. Dziennikarze napisali, że ten samochód kosztował tyle, ile wszyscy piłkarze Almeríi razem wzięci. Ale mnie to nie obchodziło. Plotki w mediach nic nie znaczyły, aż do pewnego momentu. Postanowiłem oddać cios. Zacząłem walczyć na poważnie, a jest to coś, co znam bardzo dobrze. To był ciężki czas, wierzcie mi.

Dla bezpieczeństwa nie chciałem zaniedbać żadnego szczegółu, dlatego oczywiście rozmawiałem z Mino – wiele ruchów zawsze planujemy wspólnie – a później telefonowałem do starych przyjaciół. Chciałem spojrzeć na tę sprawę pod różnymi kątami i otrzymałem wszystkie możliwe rady i opinie. Chłopaki z Rosengard chcieli nawet przyjechać i wszystko roznieść. To bardzo miłe z ich strony, jednak nie uważałem, by była to słuszna strategia. Naturalnie rozmawiałem o tym z Heleną. Ona pochodzi z innego świata. Jest bardzo zdolna. Mimo że bywa bezczelna, tym razem dodała mi otuchy: „W każdym razie stałeś się lepszym tatą. Jeśli nie ma drużyny, w której czułbyś się dobrze, stwórz drużynę tutaj w domu, z nami”. A ja byłem szczęśliwy.

Grałem trochę w piłkę z chłopcami, starałem się, by wszystko było w porządku i oczywiście zajmowałem się moimi grami wideo. To dla mnie trochę jak choroba, która całkowicie mnie wciąga. Jednak po latach spędzonych w Interze, kiedy byłem w stanie grać nawet do czwartej czy piątej nad ranem i chodziłem na treningi śpiąc tylko dwie albo trzy godziny, ustaliłem sobie pewną regułę: żadnego Xboksa ani Play-Station po dziesiątej wieczorem.

Nie lubię marnować czasu, a w tamtych tygodniach starałem się na poważnie poświęcić rodzinie i opanować złość, relaksując się w naszym ogrodzie, a nawet co jakiś czas popijając Coronę. To była moja dobra strona. Jednak nocami, kiedy nie mogłem spać, albo na treningu, kiedy widziałem Guardiolę, wówczas okazywałem moje drugie oblicze. Złość pulsowała mi w skroniach, pięści się zaciskały, planowałem kontratak i rewanż. Było dla mnie jasne, że nie ma już możliwości powrotu. Nadszedł czas, żeby się podnieść i na nowo stać się sobą.

Pamiętajcie: można wyciągnąć człowieka z getta, ale nigdy getto z człowieka!




WAYNE ROONEY
Moja historia

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Zabawy rodzinne

Mało brakowało, a dostałbym na imię Adrian. Ojciec chciał,żebym tak się nazywał. Jak dla mnie to trochę za szykowne, jakoś nie najlepiej mi brzmi. Ciekaw jestem, czy miałbym inną osobowość i charakter, gdybym musiał przechodzić przez życie z takim imieniem. Na szczęście mama wyperswadowała tacie dawanie mi tak oryginalnego, jak na naszą okolicę, imienia. Miało być na cześć Adriana Heatha, jednej z gwiazd Evertonu – niedużego, bardzo szybkiego i inteligentnego zawodnika, który później został trenerem Sunderlandu. Ja też byłem jego fanem, ale dziś jestem raczej zadowolony, że nie nazywam się Adrian Rooney.

Na chrzcie dostałem więc imię Wayne. Mama nalegała, żeby pierworodny syn dostał imię po ojcu. Taka była tradycja w jej rodzinie. Natomiast rodzina Rooneyów, jak mi się wydaje, musiała przywędrować do Anglii z Irlandii, ale nie mam pojęcia kiedy dokładnie i skąd. Musiało to być dawno temu, ponieważ nikt z moich bliskich nie ma żadnych wspomnień ze Szmaragdowej Wyspy. Ktoś się jednak w końcu wziął za opracowanie drzewa genealogicznego, więc jak tylko coś ustalą, dam wam znać.

O tym, że prawdopodobnie mam irlandzkie korzenie dowiedziałem się dopiero w gimnazjum. Nauczycielka, zapoznając się z listą nazwisk nowych uczniów, komentowała to w ten sposób: „Ty musisz być z pochodzenia Szkotem, w tobie na pewno płynie walijska krew, a ty, Rooney, jesteś oczywiście Irlandczykiem…”. Wróciłem do domu i zapytałem ojca: „To my jesteśmy Irlandczykami?”. „A skąd do cholery mam to wiedzieć?” – odparł. Mój ociec zawsze był raczej mocno wyluzowany.

W rodzinie zawsze znany był jako „Duży Wayne”, podczas gdy ja byłem „Małym Wayne’em”. Kiedy skończyłem 14 lat, zaczęło mnie to irytować, bo mocno urosłem i stałem się wyższy niż ojciec – on ma tylko 170 cm, o kilka mniej niż mama, więc przerosnąć go nie było takie trudne. Jednak do dziś tak zostało, że to on jest tym Wielkim, a ja tym Małym (dziś Wayne – napastnik United – ma 178 cm – przyp. tłum.).

Tata urodził się 1 czerwca 1963 roku w Croxteth w Liverpoolu. Jego ojciec pracował dla urzędu miasta jako robotnik i pochodził z Bootle, ale to wszystko, co o nim wiemy. Nazywaliśmy go Rick, więc przypuszczam, że musiał mieć na imię Richard. Zmarł, gdy miałem 10 lat. O jego ojcu, a moim pradziadku nie wiem kompletnie nic, nawet skąd pochodził. Członkowie naszej rodziny nie przywiązywali przesadnej wagi do swej historii.

Ojciec był jednym z ośmiorga rodzeństwa. Miał czterech braci i trzy siostry. Wszyscy byli wyznania rzymskokatolickiego, ale niespecjalnie praktykującymi i raczej nieregularnie odwiedzającymi kościół, podobnie jak my. Chodził do Croxteth Comprehensive School, którą porzucił w wieku 16 lat, nie zdając żadnych egzaminów. Przez dwa lata był zatrudniony jako pomocnik rzeźnika, ale sklep splajtował. Później pracował trochę w klubie młodzieżowym, aż został robotnikiem na budowach. Często nie miał pracy, więc w naszej rodzinie nie przelewało się, kiedy dorastałem. Nie miałem jednak poczucia, że mi czegoś brakuje, chociaż kiedy byłem mały nie mieliśmy nawet samochodu. Później, kiedy w końcu rodzice zdecydowali się mieć samochody, zawsze były to rozsypujące się „kaszlaki”.

Tata był za to niezłym bokserem. Nie pierwszym w rodzinie. Wielu z klanu Rooneyów dobrze czuło się w bitce, a jeden z nich prowadził nawet klub bokserski o nazwie St. Theresa. W swoich pięściarskich czasach ojciec ważył 63 kg – dziś nie chce mi zdradzić, ile waży albo mnie podpuszcza – ale boksował w wadze lekkiej w barwach Liverpoolu, a później nawet dla całego regionu North West Counties. Mamy jego zdjęcie z pucharem, który wywalczył boksując przeciwko Navy w barwach NW Counties. Brał też udział w międzynarodowych zawodach w Finlandii, gdzie zdobył złoty i srebrny medal. Jego bracia, Ritchie, John, Eugene i Alan, też boksowali i zwyciężali w ringu, ale tata był z nich wszystkich najlepszy i jako jedyny miał propozycje przejścia na zawodowstwo, tak przynajmniej mówi. Namawiano go na karierę profesjonalnego pięściarza, ale jemu się nie chciało. Nie podobał mu się reżim treningowy, pilnowanie diety i poświęcenie, czyli wszystko to, co łączy się z zawodowym uprawianiem sportu.

Moja mama, Jeanette Morrey, urodziła się 14 marca 1967 roku. Jej rodzina nie ma irlandzkich korzeni, lecz francuskie, tak przynajmniej twierdzą jej krewni, ale było to tak dawno, że nie mogą na to przedstawić żadnych dowodów. Ona z kolei miała aż ośmioro rodzeństwa – sześciu braci i dwie siostry. Mieszkali zaledwie milę od rodziny taty, w tej samej części dzielnicy Croxteth. Podobnie jak rodzina ojca, wszyscy byli wyznania rzymskokatolickiego, ale i ich z trudem dałoby się nazwać praktykującymi.

Religią obu rodzin był za to Everton. Wszyscy byli jego prawdziwymi fanatykami. W dniu derbów, kiedy Everton grał z Liverpoolem, dekorowali fronty swoich domów niebiesko- -białymi wstęgami i plakatami.

Ojciec mojej mamy, William Morrey, był robotnikiem w Metal Box Company. Przez jakiś czas grał półprofesjonalnie w piłkę nożną w drużynie Southport. Bracia mamy także uprawiali sport. Jej starszy brat, Billie, grał w Marine, niezłej drużynie non-League3 z Crosby, a później wyjechał nawet do Australii, gdzie występował w półprofesjonalnej drużynie Green Gully z Melbourne. Po zakończeniu kariery został tam i nadal mieszka na Antypodach. Inny wujek, Vincent, zagrał nawet jeden mecz w reprezentacji Anglii do lat 15.

Kiedy Morreyowie przyozdabiali ganek domu barwami Evertonu, wystawiali też w oknach wszystkie puchary i medale, jakie zdobywali w różnych imprezach członkowie rodziny. Mama też zaliczała się do niezłych sportsmenek. Była wszechstronna, dobrze biegała, grała też w szkolnej drużynie netballa. Proponowano jej testy w drużynie narodowej, ale jej to aż tak bardzo nie kręciło, tak przynajmniej mi mówi. 3 Mianem non-League określa się w Anglii wszystkie drużyny grające poniżej czwartego poziomu rozgrywek (League Two). Najwyższą (piątą ogółem) klasą rozgrywek non-League jest Football Conference (przyp. red.).

Skończyła szkołę w wieku 16 lat, nie podchodząc do matury, a później zrobiła roczny kurs pisania na maszynie. Liczyła, że zdobędzie pracę w jakimś biurze, ale nigdy jej się to nie udało, więc poszła na bezrobocie.

Tatę poznała tuż po swoich siedemnastych urodzinach. On miał wówczas 20lat. Był wtedy jeszcze aktywnym bokserem i dużo czasu poświęcał treningom. Co wieczór trasa jego joggingu prowadziła obok jej domu na Storrington Avenue. Dziś żartuje, że biegał zbyt wolno i dał się złapać, ale tak naprawdę to on zaczepił mamę któregoś wieczoru i zaprosił na randkę. Po sześciu miesiącach chodzenia na randki mama zaszła w ciążę . Był to dla niej wielki szok, bo wcześniej ubzdurała sobie, że nigdy nie będzie miała dzieci. To przekonanie nie było bezpodstawne. Kiedy miała sześć lat, przeszła bardzo poważne zapalenie wątroby, spędziła w szpitalu ponad trzy miesiące, ponieważ infekcja rozszerzyła się na wątrobę i nerki. Wszyscy w rodzinie byli przekonani, że jest bezpłodna. Kiedy więc oznajmiła swojej mamie, że zaszła w ciążę , było to wielką niespodzianką. Mimo młodego wieku mamy wszyscy byli z tego powodu szczęśliwi. Babcia była tak zachwycona, że od razu pobiegła do kościoła podziękować Bogu za ten dar i prosić, żeby dziecko urodziło się zdrowe.

Moi rodzice mieszkali osobno, każdy u swoich rodzin, do momentu, aż mama była w siódmym miesiącu ciąży. Dopiero wówczas udało im się załatwić jednopokojowe mieszkanko na Stonebridge Lane, pod numerem 89. To był właśnie mój pierwszy dom. Nie mam stamtąd jednak żadnych wspomnień. Dziś w tym budynku mieści się centrum wychodzenia z uzależnienia od narkotyków.

Urodziłem się 24 października 1985 roku w Fazakerley Hospital. Przyszedłem na świat trzy dni przed terminem i ważyłem 3 900 g. Otrzymałem imię Wayne Mark Rooney. Mark to imię rodzinne. Ojciec, który został opisany w akcie urodzenia jako młody robotnik, był obecny przy porodzie i mówi mi, że było to dla niego wspaniałe doświadczenie. Mama opowiada, że urodziłem się z niebieskimi oczami i gęstą czupryną na głowie w aż trzech kolorach – trochę tam było blond kędziorków, trochę czarnych, a reszta mysich.

Rodzicie pobrali się dopiero siedem miesięcy po moim przyjściu na świat, w czasie kiedy mama znów była w ciąży. Nie był to ślub kościelny. Ksiądz nie zgodził się udzielić ślubu parze, która miała już dziecko i spodziewała się następnego. Ich związek zarejestrowano 21 marca 1987 roku. Z tej okazji wydali przyjęcie na 150 osób, z ciepłym posiłkiem, w pomieszczeniu nad naszym lokalnym pubem „Brewer’s Arms”. Za przyjęcie zapłaciły ich matki, ponieważ rodziców nie byłoby stać na taki wydatek. Mama nie pracowała, opiekowała się mną i szykowała do kolejnego porodu. Ojciec zarabiał w tym czasie jako robotnik 120 funtów tygodniowo, więc oczywiście nie stać ich było również na żaden miesiąc miodowy.

Graeme, mój młodszy brat, urodził się 15 października 1987 roku. Jego pełne imię i nazwisko to Graeme Andrew Sharp Rooney. Graeme Sharp otrzymał na cześć napastnika Evertonu, który był idolem taty. Innym jego ulubionym zawodnikiem w tym czasie był Andy Gray, kolejny legendarny gracz „The Blues” i reprezentacji Szkocji. Mam jeszcze jednego brata, Johna, urodzonego 17 grudnia 1990 roku. Rodzicom zawsze marzyła się córeczka, ale po Johnie nie mieli już więcej dzieci.

W styczniu 1986 roku mama i tata przenieśli się z kawalerki do trzypokojowego mieszkania przy Armill Road. Spędziliśmy tam 12 lat i to właśnie z tej chaty mam najwięcej wspomnień z dzieciństwa. Najlepsze w niej było to, że znajdowała się na tyłach piłkarskiego klubu młodzieżowego „The Gems”, w którym pracował ojciec. Mieli tam asfaltowe boisko i pamiętam, że uwielbiałem wspinać się po ogrodzeniu, żeby przeskoczyć na jego teren i pograć w piłkę.

W wieku czterech lat trafiłem do przedszkola przy Stonebridge Lane Infants School, ale nie jestem w stanie przywołać stamtąd żadnych wspomnień. Mama za to pamięta, że podczas każdego dnia sportu angażowałem się we wszystkie wyścigi – długie, krótkie, z jajkiem na łyżce czy w workach – i wszystkie wygrywałem.

Mama jest świetnym organizatorem i zawsze dbała o wszystkie rodzinne dokumenty. Do dziś przechowuje wszystkie szkolne raporty i świadectwa, moje i moich braci. Każdy zapakowany w foliową koszulkę i uporządkowany. Mój pierwszy szkolny raport pochodzi z 1992 roku, kiedy miałem 6 lat i nadal uczęszczałem do Stonebridge Lane. Jest tam napisane, że potrzebuję „dużo wsparcia w nauce czytania”, ale chwalony jestem za postępy w matematyce: „Szybko przyswaja nowe fakty i ma dobre zdolności umysłowe”.

Wykazywałem też duże zdolności techniczne: „Z upodobaniem składa modele z kart, plastiku i papieru, lubi i świetnie sobie radzi z pieczeniem ciast i szyciem”. Chciałbym wiedzieć gdzie, u diabła, zaginęły po drodze te wszystkie zdolności, gdzież one są dzisiaj?! Generalnie ocena opisowa była pełna pochwał: „Wayne jest lubiany i przez kolegów, i przez koleżanki. Ciężko nad sobą pracuje i rzadko przysparza kłopotów”.

Moje pierwsze porządne wspomnienie, które zresztą co jakiś czas do mnie wraca, pochodzi z okresu, gdy miałem 5 lat. Mój braciszek Greame nagle wybiegł z mieszkania na ulicę, a ja natychmiast za nim pognałem, żeby go sprowadzić z powrotem do domu. Wybiegłem jak stałem, bez butów, w samych skarpetkach i paskudnie otarłem sobie stopę o chodnik, tak okropnie, że paznokieć zlazł mi z dużego palca. I jeszcze dostałem za to klapsa, zdaje się, że od mamy, za to, że byłem tak niezaradny i wychodząc z domu nie włożyłem butów! Niby zwyczajne wspomnienie, ale jakoś na dobre utkwiło mi w pamięci. Mama zwykle dyscyplinowała nas jednym klapsem w tylną część ciała i zazwyczaj za to, że zachowywaliśmy się zbyt głośno. Na ogół wrabiałem braci, że to oni robią hałas. Za to ojciec nigdy nas nie bił, ale też miał u nas wielki autorytet.

Po skończeniu Stonebridge Lane przeniosłem się do katolickiej szkoły podstawowej Our Lady and St. Swithin’s przy Parkstile Lane w dzielnicy Gillmoss, do której miałem z domu 10 minut na piechotę. Musieliśmy nosić mundurki: czerwone krawaty, szare bluzy i spodnie oraz czarne buty. Noszenie adidasów czy koszulek piłkarskich było zakazane. Mama chodziła do tej samej szkoły i dwie jej dawne nauczycielki, Miss Kelly i Mrs. Guy, uczyły także mnie. Lubiłem bardzo pannę Kelly, ponieważ codziennie dawała najlepiej zachowującemu się dziecku jajko z niespodzianką. Zdarzało mi się je dostawać, choć niestety nie tak często, jak bym chciał.

Przez pierwsze dwa tygodnie w St. Swithin’s nie zamieniłem ani jednego słowa z żadnym z nowych chłopaków, gadałem tylko z dziewczynami. Nie mam pojęcia dlaczego, po prostu lubiłem z nimi przebywać. Kiedy jednak w końcu się zorientowałem, że wszyscy chłopcy grają na szkolnym boisku w piłkę, dołączyłem do nich.

Gdy miałem 6 lat, była w klasie koleżanka, która bardzo mi się podobała. Kiedyś na jej urodziny przyniosłem do szkoły pudełko czekoladowych różyczek, które kupiłem za własne kieszonkowe (a może pożyczyłem pieniądze od mamy?). Powiedziałem nauczycielce o urodzinach, a ona poprosiła, żebym wręczył dziewczynce prezent przy całej klasie. Byłem z tego bardzo zadowolony i czułem się dumny, ale tylko przez chwilę, bo chłopcy zaraz zaczęli wytykać mnie palcami, robić głupie miny i żartować: „A więc to jest twoja dziewczyna, Wayne?”. Od razu zrobiłem się czerwony, było mi głupio jak nigdy dotąd.

Mieliśmy też w klasie dziewczynkę chorą na zespół Downa. Była dwa lata starsza od nas i jako jedynej dziewczynie pozwalaliśmy jej grać z nami w piłkę. Była świetnym, twardym obrońcą, do dziś pamiętam jak mocno kopała mnie po łydkach. Któregoś dnia złapała mnie za palce i nie chciała puścić. Ciągnąłem i ciągnąłem, ale nie mogłem dać rady. Skończyło się na tym, że jeden mi złamała. Ale i tak dobrze ją wspominam, była miłą dziewczyną, czasami ją widuję albo przynajmniej słyszę, co u niej, kiedy odwiedzam Croxteth.

Uwielbiałem St. Swithin’s, wszystkich nauczycieli, nie sprawiałem większych kłopotów i przynosiłem do domu dobre oceny. Na świadectwie z lipca 1995 roku, czyli kiedy miałem 9 lat, czytam, że polubiłem muzykę klasyczną, choć nie mogę tego sobie przypomnieć. Według raportu moim ulubieńcem był Peer Gynt. Czy to ten Norweg, który grał kiedyś w Manchesterze United?

Wygląda na to, że najlepszy byłem z religii: „Wayne potrafi przywołać opowieści z życia Jezusa z wielką dokładnością i detalami. Bierze aktywny udział w dyskusjach i jest pomocny dla innych”. Och, sama prawda, cały ja.

Na świadectwie z następnego roku, kiedy miałem 10 lat, można przeczytać, że „jestem bardzo pewny siebie na matematyce, bardzo szybko i trafnie ogarniam nowy materiał”. Zawsze bardzo lubiłem matematykę. Raport z wychowania fizycznego mówi, że „Wayne jest odrobinę nieopanowany i dla własnego bezpieczeństwa powinien się nauczyć lepiej kontrolować”. Co za policzek! Uwielbiam te referencje: „odrobinę nieopanowany”. Jak oni na to wpadli?

Chociaż uczęszczałem do szkoły katolickiej, rzadko chodziliśmy całą rodziną na niedzielną mszę, raczej tylko na specjalne okazje. Pamiętam, że co tydzień odwiedzał nas ksiądz, który zbierał pieniądze. Oczywiście wierzyłem w Jezusa, rysowałem obrazki z jego życia w szkole i modliłem się do niego niemal co każdy wieczór. Głównie jednak były to modlitwy o zwycięstwa Evertonu w sobotnim meczu.

Do Pierwszej Komunii przystąpiłem w wieku dziewięciu lat. Musiałem przewiesić czerwony pas przez klatkę piersiową i założyć czerwoną muszkę, czego nienawidziłem. Ledwo tylko ceremonia dobiegła końca, wybiegłem z kościoła i zerwałem z siebie obie rzeczy.

W domu miałem to szczęście, że dostałem osobny pokój, podczas gdy Graeme i John musieli dzielić sypialnię. Wcześniej, do piątych urodzin, spałem w łóżku z rodzicami. Podobno dlatego, że bałem się duchów, które „widziałem” na parapecie w moim pokoju. Opowiedziałem o nich jednemu z moich kuzynów, a on potwierdził, że też je widział – pewnie po to, żeby mnie bardziej wystraszyć. W końcu dałem się namówić na spanie w mojej sypiali, ale zawsze zasypiałem przy włączonym telewizorze i światłach. Lubiłem też dźwięk odkurzacza, łatwo przy nim zapadałem w sen. Mama opowiada, że wieczorami często zabierałem do pokoju odkurzacz, żeby „posprzątać”, a ona pół godziny później znajdowała mnie śpiącego w najlepsze przy włączonym urządzeniu. Kiedy kuzyn dowiedział się o tym, oczywiście nie przepuścił okazji do żartów.

Jeden z przesądnych rytuałów, w który wówczas z kuzynem i pozostałymi chłopakami wierzyliśmy, polegał na tym, że jeśli w zasięgu wzroku pojawił tzw. Benny Bus (obwoźna sprzedaż lodów, słodyczy itp., oznajmiająca przybycie specjalnym sygnałem dźwiękowym – przyp. tłum.), należało natychmiast wskoczyć na najbliższy murek i zaczekać na nim, aż wóz przejedzie, inaczej czekał cię pech.

W tym czasie miałem też inną fobię. Nie mogłem siedzieć w pokoju, w którym były niedomknięte drzwi. Jeśli takie zauważyłem, podnosiłem się z miejsca i je zamykałem, nasłuchując czy zamek „kliknie”, inaczej byłem niespokojny. Czytałem, że „Gazza” (Paul Gascoigne – przyp. tłum.) miał całą masę podobnych przesądów i obsesji, kiedy był młodym chłopcem. W moim przypadku nikt się nimi zbytnio nie przejmował, ani nie traktował poważnie. Nigdy nie miałem jakichś niekontrolowanych zachowań, dobrych czy złych, i rodzice nie mieli się czym martwić.

Fajnie było mieć tylu kuzynów w podobnym wieku, którzy w dodatku mieszkali w okolicy. Zawsze miałem się z kim bawić na ulicy. A jeśli byłem w złym nastroju, czyli w moim zwykłym po sprzeczce z mamą, szedłem za róg do mieszkania babci, mamy ojca. Wpuszczała mnie do siebie i dawała słodycze. Albo odwiedzałem wujka Eugene’a. Wiedziałem, że jestem jego ulubionym siostrzeńcem; zawsze mnie rozpieszczał.

Zdarzało mi się płakać w podstawówce, zazwyczaj dlatego, że chciałem słodyczy i nie mogłem się uspokoić, dopóki mi ich nie dano. W domu nie mieliśmy „śmieciowego” jedzenia, jak batoniki czy chipsy, no – może raz na tydzień. Nie chodziliśmy na frytki czy hamburgery. Ja najbardziej lubiłem makaron, najchętniej z tuńczykiem i sałatką. Moja jedyną słabością były słodycze. Wydawałem na nie całe niewielkie kieszonkowe, starałem się też zdobywać je za darmo. Babcia miała niewielką półciężarówkę, z której sprzedawała słodycze przed domem. Gdy podrosłem, pomagałem jej, odbierając zapłatę w cukierkach.

Kiedyś podczas jazdy na rolkach z moim kuzynem, Stephenem, wywaliłem się i rozciąłem kolano. Gdy się podnosiłem z ziemi, zauważyłem leżący w rynsztoku 10-funtowy banknot. Zdecydowałem, że podzielę się znaleziskiem ze Stephenem, a drugie 5 funtów dałem mamie, żeby wydała na bingo.

W każde letnie wakacje spędzaliśmy tydzień całą rodziną w Butlins. Było nas w klanie Rooneyów tak wielu, że wynajmowaliśmy 40-osobowy autokar, żeby nas tam wszystkich zawiózł. Któregoś razu po powrocie z wakacji zastaliśmy w mieszkaniu prawdziwy potop. Pękła rura i woda zniszczyła nam całą podłogę i sufit. Mama spojrzała w górę i stwierdziła z przekonaniem, że kształt zacieku na suficie ułożył się w znak krzyża. Zdaje się, że uznała to za rodzaj cudu, podobnie jak ci ludzie z Portugalii, Hiszpanii czy skąd tam jeszcze, którzy „widzieli” twarz Jezusa albo Matki Boskiej w rzepie lub kromce chleba. Od razu pobiegła po naszego księdza i zaciągnęła go do domu, żeby sam się przekonał. On jednak był na szczęście realistą, spojrzał więc w górę i stwierdził: „To tylko zaciek, pani Rooney…”

Jako dziecko prawie wcale nie chorowałem, miałem tylko jak każdy odrę i ospę wietrzną. Ale pamiętam wypadek, kiedy rozerwałem sobie kolano prawie do kości na ostrym ogrodzeniu. Musiałem ukryć uraz przed mamą, bo wcześniej wyraźnie mi zabroniła wspinać się na nie. Do dziś pozostała mi blizna po tamtej historii.

Kiedy miałem 6 lat, szkolny lekarz orzekł, że powinienem nosić okulary, bo jedno oko „jest leniwe i nie nadąża”. Przebadano mnie i dobrano specjalne okulary korekcyjne, które miałem przez rok, jednak odmawiałem ich noszenia. Graeme także dostał okulary, ale był mniej zbuntowany niż ja i nosił szkła przez kilka lat. Problem z lewym okiem pozostał mi do dzisiaj. Mam okulary do czytania, ale prawie w ogóle ich nie używam. Wolałem szkła kontaktowe, ale powiedziano mi, że nie skorygują mojej wady, więc odpuściłem.

Kilka razy, w czasach gdy chodziłem do St. Swithin’s, wdałem się w szkolną bijatykę. Pamiętam, że jeden z chłopaków nazywał się Garry i był rok starszy i dużo większy ode mnie. Zdaje się, że walka pozostała nierozstrzygnięta. Innym razem starłem się z kolesiem o imieniu Craig, który był znanym w szkole awanturnikiem. Miał pseudonim „Psycho”, podobnie jak Stuart Pearce, były obrońca reprezentacji Anglii, ale udało mi się ominąć jego gardę i posłać niezły cios. Kłótnia wybuchła o to, czy podczas meczu był gol, czy nie. Każdy z nas tak bardzo chciał wygrać…

Za każdym razem bójkę przerywał nauczyciel, który potem posyłał po nasze matki. Na pretensje mamy odpowiadałem, że przecież robię to, co kazał tata, który powiedział mi, że jeśli mnie ktoś zaczepi, mam nie pękać, ale odpowiadać tym samym. Tak tłumaczyłem się z bójek. W czasach podstawówki byłem nieduży i szczupły, właściwie najmniejszy z rówieśników, ale potrafiłem o siebie zadbać.

Przez długie lata miałem na twarzy okropne piegi. Nienawidziłem ich i marzyłem, żeby znikły. Mama twierdzi, że raz przyłapała mnie w łazience jak próbowałem usunąć je z twarzy za pomocą szczotki drucianej. Nie pamiętam tego, ale byłoby to do mnie podobne. Chciałem się ich pozbyć, bo uważałem, że wyglądam dziecinnie, a nawet dziewczęco. O dziwo, z czasem same zaczęły znikać.

Ostatniego dnia nauki w St. Swithin’s, gdy miałem 11 lat, wszystkie dziewczyny miały łzy w oczach, kiedy żegnały się z chłopakami. Postaraliśmy się o to, żeby nigdy nas nie zapomniały, wypisując markerem nasze imiona na ich koszulkach.

Uwielbiałem chodzić do St. Swithin’s i z przykrością opuszczałem szkolne mury. W domu też czułem się świetnie. Dorastałem w biednej dzielnicy, w której mieszkało sporo ubogich rodzin, ale ja nie miałem poczucia, że moja rodzina jest uboga. Zawsze dostawałem to, o co prosiłem – słodycze, rower czy piłkę, jeśli płakałem wystarczająco długo.

Nasze osiedle już w moich czasach nie było najbezpieczniejszą okolicą, a po tym, jak się wyprowadziłem, zrobiło się jeszcze gorzej. Tak przynajmniej słyszę, bo ja sam nigdy nie miałem poczucia, że to niebezpieczne miejsce. Pamiętam tylko jeden taki przypadek, gdy policja zablokowała całą naszą ulicę. Ścigali uzbrojonego włamywacza, który ukrywał się w naszym domu. W końcu udało im się osaczyć go w budynkach klubowych na tyłach naszego mieszkania.

Moje dzieciństwo było raczej zwyczajne. Nie przydarzyło mi się nic okropnego. Zwykłe życie, jak na dzielnicę w której mieszkaliśmy. Czułem się kochanym dzieckiem, otoczonym dbającymi rodzicami i kupą krewniaków, których bardzo lubiłem. Oczywiście zdarzały się rodzinne kłótnie i spory; czasami ciotki wrzeszczały na siebie, a nawet szarpały się za włosy podczas obiadu, ale następnego dnia znów były najlepszymi przyjaciółkami. Tak to już bywa w wielkich rodzinach. Zwłaszcza irlandzkich – o ile rzeczywiście pochodzimy z Irlandii. Bliscy mogą się ze sobą spierać i kłócić, ale zawsze trzymają się razem.

Jak już wspominałem, kiedy byłem mały, musiałem zasypiać przy świetle albo przy przyjaznych hałasach. Nawet dziś zdarza mi się zapalać przed snem wszystkie lampy, włączać telewizor i… odkurzacz. A jeśli mieszkam w pokoju hotelowym i na wyposażeniu nie ma odkurzacza, zadowalam się suszarką do włosów. Muszę się przyznać ze wstydem, że spaliłem już całe mnóstwo suszarek, które nie wytrzymały pracy przez całą noc…

Coleen, moja narzeczona (dziś już małżonka i matka synka Kaia – przyp. tłum.) nienawidzi tej obsesji. Nie pozwala mi włączać odkurzacza ani nawet wentylatora, kiedy wspólnie zasypiamy. Lecz kiedy tylko zostaję sam albo wyjeżdżam gdzieś z drużyną, nie ma zmiłuj, w ruch idzie wentylator, suszarka albo chociaż klimatyzacja – każdy z tych dźwięków uspokaja mnie i pozwala zasnąć. Wiem, że może się to wam wydać głupie i, szczerze mówiąc, nie ma na to dobrego wyjaśnienia. Spotkałem w życiu tylko jedną osobę, która miała podobne zwyczaje. Był to człowiek, który jako niemowlak był noszony przez mamę w chuście. Często suszyła włosy suszarką, mając go podwieszonego na piersi, stąd to jego przyzwyczajenie – terkot suszarki przypomina poczucie bezpieczeństwa, daje komfort i pomaga zasnąć. Wydaje mi się, że wielu z nas ma jakiś głupi nawyk, sięgający dzieciństwa, na wyrośniecie z którego potrzebuje lat. Ja, mając 20 lat, na pewno potrzebuję jeszcze czasu…


 


 
07-03-2012, 15:05 | paulina wasik | Komentarzy w sumie: 5
Nie:P, na spotkaniu stwierdziliście, że "jak komu wygodnie".


 
07-03-2012, 15:03 | Narmo | Komentarzy w sumie: 382
A fragmenty nie mialy być przypadkiem jako PDFy? :>


Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   $$5#3... transmisja przerwana...