Valkiria Network

Terminal Główny Militarnej Sieci Valkiria to miejsce gdzie znajdziesz najnowsze informacje ze świata ogólnie rozumianej rozrywki, fantastyki i gier wideo. Poznaj nową... Lepszą Rzeczywistość! Chcesz wiedzieć więcej?

Slaider 01

Federacja V-Sieci

Valkiria Network skupia wiele stron tematycznych o różnorodnej tematyce, w tym: grach wideo, technologii, historii, literaturze i fantastyce. Chcesz wiedzieć więcej?

Slider 02

Dołącz do V-Sieci

Zarejestruj się w Valkiria Network! Przeglądaj i komentuj publikacje, dołącz do V-Game, zostań współpracownikiem lub redaktorem MSV. Chcesz wiedzieć więcej?

Slider 03

Zagraj w V-Game

Każdy użytkownik MSV w swoim profilu znajdzie zaimplementowaną grę przeglądarkową w klimacie V-Sieci. Załóż mundur i ruszaj na misję. Chcesz wiedzieć więcej?

Slider 04

Holy Potatoes!

Nasze bohaterki to ziemniaki, a cała galaktyka to jeden wielki warzywny targ. Dobry humor, kosmos, walka, dobra fabuła, to właśnie Holy Potatoes! We're in Space?!

Slider 05

Torment: Tides of Numenera

Mógłbym pisać długo o Torment, szczegółowo opisując jego fenomenalnie rozbudowany świat, przyrodę, postaci, czy fabułę, ale po co, skoro Wy sami możecie tego doświadczyć.

Slider 06

Legendarne Auta PRL

Zobacz zapowiedź nowej serii kolekcjonerskiej "Auta PRL" z klocków COBI. Wyjątkowe modele w skali 1:35 to idealny prezent dla każdego fana motoryzacji!

Slider 07

Necropolis: Brutal Edition

Ta gra to totalny, bezgraniczny i nieprzebrany skarbiec FE-NO-ME-NAL-NEJ zabawy, który otwiera się tak naprawdę dopiero w grze wieloosobowej.

Slider 08
Państwo bez stosów?
12-09-2005, 11:22 | 11439 x przeczytano | MMochocki
Rzeczpospolita szlachecka cieszyła się niegdyś w pełni zasłużoną opinią oazy tolerancji. Byliśmy krajem wolnym od szalejącego w Europie zbrodniczego fanatyzmu, którego ofiarą padały setki tysięcy osób oskarżonych o herezję i/lub czary. W Rzeczypospolitej znajdowali schronienie przedstawiciele wszystkich prześladowanych mniejszości religijnych: protestanci niemieccy i francuscy, katolicy angielscy, rosyjskie odłamy prawosławne, bracia czescy, holenderscy mennonici i wiele mniejszych, dziś już zapomnianych sekt. Do Rzeczypospolitej ściągali też nieprawomyślni uczeni, teolodzy czy filozofowie, którzy nie mogli swobodnie głosić swych poglądów we własnych ojczyznach. Państwo, w którym nie płonęły stosy, w którym nie karano ani za poglądy, ani za odmienną wiarę, zyskało w oczach współczesnych sławę „azylu heretyków” - sławę dla fanatyków wielce podejrzaną, lecz dla ludzi rozsądnych jak najbardziej chlubną. Epoka polskiej tolerancji stanowi jedną z najjaśniejszych kart naszej historii; ci, którzy lubią pysznić się dokonaniami swoich przodków, bez wątpienia mają się czym szczycić.
Jednak obiektywizm nakazuje powściągnąć entuzjazm i wziąć pod uwagę pewien niezbyt szczytny fakt, o którym Polacy - wiedzeni skłonnością do idealizowania własnej historii - wolą nie pamiętać. I nie mówię tu bynajmniej o pojedynczych drastycznych aktach nietolerancji, które zdarzały się sporadycznie nawet w sławnym „azylu heretyków” (będzie jeszcze o tym mowa). Owszem, słynna polska tolerancja nigdy nie była nieskazitelna, ale wiadomo powszechnie, że ideałów nie ma. Próżno by oczekiwać stuprocentowej, niczym nie zachwianej tolerancji w szesnastowiecznym państwie; należałoby się raczej zachwycać, że w Polsce tego okresu zabójstwa za herezję i czary można by policzyć na palcach, a przy tym spotykały się one nieodmiennie z powszechnym oburzeniem. Faktem, który kładzie się cieniem na sławie polskiej tolerancji, jest jej krótkotrwałość. Rzeczpospolita szlachecka przetrwała trzy stulecia. Epoka chlubnej tolerancji - zaledwie jedno. Nie przekreśla to bynajmniej doniosłości tej epoki ani szlachetności ludzi, którzy ją ukształtowali, ale nie wolno nam zapominać o późniejszych wypadkach, które niemal zupełnie wymazały wspomnienie „oazy tolerancji” z pamięci innych narodów.


Chrześcijaństwo, przyjęte w 996 roku, było na ziemiach polskich stosunkowo młode, słabiej ugruntowane niż w krajach Europy Zachodniej. Jest to jeden z czynników, dzięki którym polska tolerancja mogła w ogóle zaistnieć. Oczywistym jest, że od oficjalnego przyjęcia chrztu przez władcę i dwór daleka wiedzie droga do chrystianizacji całego państwa. Stąd jeszcze w XI i XII i wieku znaczne połacie kraju „tonęły w mrokach pogaństwa”, a religijność warstwy rządzącej i samego kleru była dość powierzchowna, co poznać chociażby po tym, że uczone duchowieństwo zajmowało się głównie prawem kanonicznym zamiast teologią, albo po tym, jak niewielu polskich rycerzy brało udział w wyprawach krzyżowych, na które ciągnęły zastępy zakutych w stal zbrojnych z zachodniej części Europy. (Rzecz jasna, krzyżowcami nie powodował czysty święty zapał, lecz głównie chęć zdobyczy materialnych, ale czynnik religijny nie był tu bez znaczenia.) Leszek Biały potrafił nawet odpowiedzieć papieżowi, że nie chce jechać na krucjatę, ponieważ w Ziemi Świętej... nie ma miodu i piwa! Trudno było o fanatyzm religijny w kraju, gdzie chrześcijaństwo jeszcze się na dobre nie zadomowiło. Mało tego, późniejsze lata przyniosły konflikt z powołanym do szerzenia wiary zakonem krzyżackim, cieszącym się poparciem Ojca Świętego i „całego chrześcijańskiego świata”. Podnosząc miecz przeciwko Krzyżakom, Polak godził pośrednio w autorytet papieża. Nie wahał się tego uczynić. Co więcej, uczynił to w sojuszu z półdzikim, pogańskim Litwinem.
Właśnie. Z Litwinem. Związek z Litwą uważam za jeden z najważniejszych filarów „państwa bez stosów”. Pierwsze kontakty Polaków z Litwinami sięgają XI wieku, ale dopiero na początku XIII stulecia stały się częstsze, a sprowadzały się do grabieżczych najazdów litewskich na wschodnie ziemie Polski. Jednak polsko-litewskie zmagania nigdy nie przekształciły się w prawdziwą wojnę; zawziętymi wrogami Litwy były natomiast Moskwa i państwo krzyżackie. I dzięki wspólnemu wrogowi, jakim był Zakon, ścieżki Polaków i Litwinów splątały się mocno i na długo. A zanim Jagiełło przyjął chrzest z rąk polskich (1386), Litwa była ostatnim krajem pogańskim w Europie - zawarliśmy więc sojusz z poganami przeciwko chrześcijańskim rycerzom! Pragmatyzm, nie fanatyzm dominował wówczas w polskiej polityce.
Co do tolerancji, to nie było jej dla pogańskich wierzeń. Przyjmując tron polski, Jagiełło zobowiązał się je wyplenić. Akcja chrystianizacyjna na Litwie cieszyła się pełnym poparciem władz i aparatu państwowego, aczkolwiek dzika, błotnista, trudna do przebycia kraina aż do XVII wieku dawała schronienie ostatnim skupiskom pogaństwa w Europie. Lecz jeśli przymusowo chrystianizowano lud litewski, to muzułmańscy Tatarzy oraz starozakonni Żydzi witani byli przez kniazia Witolda z otwartymi rękami. Dodajmy, że również w Polsce Żydzi cieszyli się swobodą kultu i pewną autonomią sądowniczą. Pokrzywdzone zostało litewskie bojarstwo prawosławne, bowiem rozliczne przywileje szlacheckie nadawane po unii zastrzeżono tylko dla katolików – lecz i tak chwalebnym jest, że faworyzowanie katolików było jedyną niesprawiedliwością doznaną przez prawosławie. Jednak szanowanie odrębności religijnej tych ludzi leżało w interesie państwa, nie mówiłbym więc tu jeszcze o oświeconej tolerancji, a jedynie o braku fanatyzmu (czy nawet o indyferencji religijnej) młodego jeszcze chrześcijaństwa. Nie bez przyczyny rycerze chrześcijańscy z całej Europy ściągali pod Grunwald jak na krucjatę przeciwko niewiernym.
Wiek XV przyniósł wielkie przeobrażenia na Litwie (zapoczątkowane już w poprzednim stuleciu), upodabniając ją do monarchii zachodnich: powstała sieć kościołów i szkół, rozwinął się system feudalny, podniosła kultura umysłowa, postąpiła urbanizacja i agraryzacja, a co nas najbardziej interesuje, oficjalnie zapanowało chrześcijaństwo. W Polsce wszystkie te procesy przebiegły wcześniej, teraz zaś silniej się ugruntowały. A jednak polskie chrześcijaństwo nie weszło w fazę fanatyzmu, wciąż nie prześladowano muzułmanów, Żydów, ani prawosławnych. Jakkolwiek niechęć, wrogość, ostracyzm społeczny występowały lokalnie, zwłaszcza wobec Żydów, to nie było mowy o pogromach ani samosądach. W XV wieku na terenach etnicznie litewskich (północno-zachodnia część Litwy: Żmudź, Aukszota i Zaniemenie) zagnieździł się już mocno katolicyzm, natomiast ziemie etnicznie ruskie (większość obszaru Wielkiego Księstwa), które przyjęły chrzest w obrządku wschodnim na długo przed tym, zanim zostały podbite przez pogańskich Litwinów, nadal pozostały przy prawosławiu. Aczkolwiek uprzywilejowanie bojarów katolickich zaczynało przynosić efekty, więc i tam Kościół rzymski notował pewne postępy.
Był to dla Jagiełły duży sukces polityczny, bowiem na wielkim soborze w Konstancji, gdzie rozsądzano m.in. spór polsko-krzyżacki, Krzyżacy głośno oskarżali Litwinów o pozorne, fałszywe przyjęcie chrześcijaństwa, a Polaków o sprzyjanie poganom i schizmatykom. Wtedy to w Konstancji pojawiła się delegacja świeżo nawróconych Litwinów i Żmudzinów, sławiąca pod niebiosa Polaków, którzy przynieśli im światło prawdziwej wiary - podczas gdy od Krzyżaków doznawali samych nieprawości, których przywieźli zresztą obszerny, szczegółowy wykaz. Spór polsko-krzyżacki przybrał w Konstancji formę wojny ideologicznej, w której Krzyżacy twardo stali na stanowisku nawracania ogniem i żelazem, gdy Polacy głosili koncepcję pokojowej perswazji – a wspomniana delegacja jasno wykazała skuteczność metody polskiej. Paweł Włodkowic posunął się nawet do napisania traktatu dowodzącego, że poganie również mają prawo do posiadania i obrony własnego terytorium, a jeśli ich państwo zostanie najechane przez chrześcijan, sprawiedliwość nakazuje stanąć po stronie pogan...
W Konstancji w 1415 r. rozstrzygnęły się też losy rebelii husyckiej szerzącej się w Czechach 1 – sobór oficjalnie potępił ruch husycki jako herezję, a jego przywódca i czołowy ideolog Jan Hus, mimo żelaznych listów gwarantujących mu nietykalność, został spalony na stosie. Kwestia husytyzmu była dla Polski szczególnie istotna z racji na wspólną granicę z Czechami, podobieństwo języka i ożywione kontakty środowisk intelektualnych Krakowa i Pragi. Wszystko to znakomicie ułatwiało przepływ prądów umysłowych. Do 1415 husytyzm był tylko jednym z nurtów reformy Kościoła, radykalnym i na milę pachnącym herezją, ale nie zakazanym. Kaznodzieje husyccy działali więc swobodnie na ziemiach polskich, prowadzili dysputy z uczonymi Akademii Krakowskiej i znaleźli na prowincji licznych zwolenników. Odkąd jednak sobór powszechny jednoznacznie uznał husytyzm za herezję, Jagiełło porzucił tolerancyjne stanowisko. Wydano w Polsce edykty królewskie wymierzone przeciw sympatykom Husa, grożące im surowymi karami. Sądzić należy, że Jagiełło uczynił to jedynie ze względu na opinię społeczności chrześcijańskiej, gdyż zbyt często był już oskarżany o pozorny chrzest i trzymanie z wrogami Kościoła. Wskazuje na to fakt, że za srogimi edyktami nie poszły ze strony króla żadne represje. Tym niemniej oficjalnie i król i polski episkopat i Akademia Krakowska odrzuciły naukę Husa jako heretycką, a niektórzy biskupi zaczęli gorliwie tępić jej zwolenników. Nie obyło się bez nawracania przemocą, a kilku husyckich księży spłonęło na stosach. Lecz mimo wrogiego stanowiska "czynników oficjalnych", społeczeństwo polskie pozostało tolerancyjne. Nieobca była nam nawet myśl o unii ze słowiańskimi braćmi Czechami przeciw Krzyżakom i Niemcom! Polityka królewska wobec Czechów wahała się od nieudanej próby sojuszu/unii pod pozorem chęci pokojowego nawrócenia heretyków, przez ostrożną neutralność, aż do deklaracji udziału w krucjacie przeciwko husytom. Popularność koncepcji unii z Czechami wśród społeczeństwa, realna próba takiej unii podjęta przez Jagiełłę i Witolda w 1422 oraz sojusz wojskowy przeciw Krzyżakom zawarty w 1433 pozwalają sądzić, że Polacy potrafiliby żyć z husytami w atmosferze pokoju i tolerancji, podobnie jak od lat żyli z prawosławnymi. Że tak się nie stało, zadecydowały racje polityczne, nie wyznaniowe.
Sławna era polskiej tolerancji wyznaniowej rozpoczęła się w XVI wieku. Gdy bowiem po 1517 dotarła do Polski fala reformacji, tępieni we wszystkich krajach katolickich heretycy na ziemiach polskich czuli się całkowicie bezpiecznie. Jakkolwiek Zygmunt Stary zabronił w 1520 sprowadzania do Polski książek protestanckich, nie poszły za tym żadne represje. Płomień reformacji ogarnął więc rzesze szlachty i mieszczan, szczególnie licznych wyznawców zdobywając wśród warstw wykształconych. Prześladowani na Zachodzie protestanci, kaznodzieje, a nawet znienawidzeni przywódcy ruchów kacerskich (np. Faust Socyn, twórca doktryny arianizmu) chronili się w Polsce, mogąc tu nadal prowadzić swą działalność. Oczywiście, Kościół katolicki nie pozostał obojętnym i aktywnie zwalczał nowe trendy. Ale w czasie, gdy Europą Zachodnią wstrząsały krwawe wojny i prześladowania religijne, gdzie na skutek wyznaniowych sporów płonęły stosy i spływały krwią katowskie pniaki, u nas walczono na traktaty i polemiki, a kaznodzieje wszystkich odłamów chrześcijaństwa wiedli zawzięte publiczne dysputy. Mało tego, w 1573 roku sejm Rzplitej podjął uchwałę (tzw. konfederację warszawską), która uczyniła tolerancję wyznaniową powszechnie obowiązującym prawem i zobowiązywała wszystkich obywateli, również katolików, do aktywnego przeciwstawiania się jakimkolwiek próbom naruszenia wolności religijnej. Akt ten, świadectwo głębokiej kultury i dojrzałości politycznej narodu szlacheckiego, wyprzedzał swą epokę o dobre dwieście lat. I za to należy się naszym przodkom głębokie uznanie.
Przełomową datą w historii obu narodów jest rok 1569, w którym dotychczas związane tylko unią personalną kraje połączono w jeden organizm państwowy, w Rzeczpospolitą Obojga Narodów, która to właśnie zasłynęła jako tytułowe „państwo bez stosów”. Historycy dogłębnie analizowali polityczne, gospodarcze, kulturowe aspekty unii lubelskiej, ja zaś tutaj podkreślę kwestię wyznaniową. Unię lubelską zawarł kraj katolicki z krajem prawosławnym – bowiem znaczna większość terenów ówczesnego Wielkiego Księstwa to ziemie ruskie, zamieszkałe przez ludność obrządku wschodniego, i prawosławna była wciąż większość litewskich bojarów. I oto Polska oficjalnie dopuściła prawosławnych do udziału w rządach, do zaszczytów i urzędów, do wszystkich przywilejów stanowych i gospodarczych. Trzeba tu dodać, że równą swobodą cieszyli się już w Polsce protestanci. Polsko-litewska unia stworzyła więc wielonarodowe, wielowyznaniowe i demokratyczne państwo federacyjne z silnymi partykularyzmami dzielnicowymi. Jedynie tolerancja (unifikacja z racji na słabość władzy królewskiej była niemożliwa) mogła uchronić je przed pogrążeniem się w wewnętrznych walkach, grożących rozerwaniem tworu państwowego na kawałki. Jedynie tolerancja mogła zapewnić Rzeczypospolitej spokój wewnętrzny, a w dalszej perspektywie egzystencję państwa jako całości. I dzięki rozsądkowi i prawości obywateli okazało się to możliwe.
Ale już pod koniec szesnastego wieku, wskutek nasilającej się kontrreformacji, duch tolerancji zaczyna w narodzie polsko-litewskim stopniowo zanikać. Po części był to skutek rozwoju sieci szkół jezuickich kształtujących światopogląd przyszłych obywateli, po części zaś świadomej polityki Zygmunta III (1588-1632), który wbrew prawu przy rozdawnictwie honorów, urzędów i majątków wyraźnie faworyzował katolików. Skończyły się czasy, gdy w sejmie Rzplitej katolicy stanowili zdecydowaną mniejszość. Kontrreformacja zwyciężała. Na drodze nie całkiem sprawiedliwej, ale bezkrwawej. Wiązało się to również ze słabością polskiej reformacji, która była raczej przejściową modą intelektualną niż głębokim zrywem religijnym, o czym świadczy m.in. właśnie szybki jej odwrót przed kontrreformacją. Mocno popieraną, podkreślmy, przez państwo już od czasów Zygmunta III.
Pierwszy prawdziwy wyłom w polskiej tolerancji stanowi rok 1596, w którym zawarto tzw. unię brzeską, na mocy której polski kościół prawosławny uznał zwierzchnictwo papieża. Decyzja ta, podjęta przez kilku biskupów prawosławnych, wstrząsnęła ortodoksyjnymi wyznawcami, zwłaszcza ludem ruskim, którego wielka część sprzeciwiła się unii. Jednak Zygmunt III gorąco popierał Cerkiew unicką, a na „dyzunitów” spadły prześladowania. Nie było, oczywiście, mowy o stosach, tym niemniej odbierano przemocą świątynie, wywierano naciski na opornych popów i zdelegalizowano całą hierarchię prawosławną, która odmówiła podporządkowania się unii. Powstające tu i ówdzie zamieszki tłumiono siłą. Mamy tu więc już do czynienia z prześladowaniem oficjalnie wspieranym przez państwo, z zamierzonym zwalczaniem mniejszości religijnej. Nie ogniem i mieczem, tylko przepisami prawnymi, ale jednak. W porównaniu np. z wojnami hugenockimi we Francji nadal byliśmy krajem arcytolerancyjnym, lecz wspominając czasy Stefana Batorego czy Zygmunta Augusta zauważamy, że tolerancja ta chylić się poczęła ku upadkowi.
W pierwszej połowie XVII stulecia proces ten jeszcze się nasilił. Przemija moda na renesansowy intelektualizm i umiarkowanie, miejsce których zajmuje stopniowo barokowy mistycyzm, a ponadto kontrreformacja wyraźnie zmierza już ku zwycięstwu. Liczne rody szlacheckie i magnackie z Rusi i Litwy masowo porzucają prawosławie – nawet i unickie - na rzecz katolicyzmu, gdyż to znacznie ułatwia karierę życiową. Za unią brzeską poszły następne akty prawne skierowane przeciw mniejszościom religijnym. W 1616 pod karą śmierci zakazano nierzadkich na Litwie małżeństw mieszanych między muzułmanami a chrześcijankami; co prawda nie znamy ani jednego przypadku wyekzegwowania tej uchwały, ale sam fakt pozostaje. W 1638 zamknięto słynną ariańską szkołę i drukarnię w Rakowie. Poczytnością cieszyły się paszkwile antymuzułmańskie i antyżydowskie. Prawosławie w oczach katolików i protestantów stawało się „chłopską wiarą”, czemu niejednokrotnie dawano już wyraz. Akty wandalizmu przeciw świątyniom i cmentarzom innowierczym – za Batorego nieliczne i surowo tępione przez króla – za rządów Zygmunta III występują nieporównanie częściej, przy zupełnej obojętności władz państwowych. Czy zatem w pierwszej połowie XVII wieku Rzeczpospolita jest jeszcze krajem tolerancyjnym? W porównaniu z poprzednim stuleciem zdecydowanie nie – utrudnianie dostępu do urzędów, zamykanie szkół, prześladowanie prawosławnych, odbieranie kościołów, wreszcie milcząca akceptacja dla aktów przemocy stanowią brzydkie rysy na obrazie polskiej tolerancji. A jednak w porównaniu z toczącym krwawe wyznaniowe wojny Zachodem nadal błyszczeliśmy jako oaza wolności i swobody. Można więc powiedzieć, że nadal byliśmy oazą tolerancji – ale już tylko relatywnie.
Ostatecznie zaś tolerancja załamała się po połowie XVII wieku. Lata 1648-67 przyniosły ciężkie wojny z Kozakami, Moskwą, Siedmiogrodem i Szwecją – czyli ze schizmatykami i heretykami, których postrzegać zaczęto jako wrogów państwa, zwłaszcza, że wielu z nich sprzyjało szwedzkim najeźdźcom. A trzeba pamiętać, że przez cały XVII wiek (a dokładnie od czasów bitwy z Austriakami pod Byczyną w 1588 r.) walczyliśmy tylko i wyłącznie z heretykami, schizmatykami i muzułmanami. Nie dziwi więc coraz silniejsza w XVII w. wizja Rzeczypospolitej jako bastionu katolicyzmu, zewsząd zagrożonego przez nieprzyjaciół Kościoła. Nie dziwi wygnanie za granicę wszystkich arian (1658), sekty najbardziej radykalnej i będącej świetnym kozłem ofiarnym. Nie dziwi nasilający się fanatyzm katolicki i coraz częstsze akty przemocy wobec różnowierców. Polak = katolik. Koniec z tolerancją. Koniec z państwem bez stosów. Przed nami rodzące jeszcze większy fanatyzm wojny z muzułmańską Turcją (od 1672) i nieszczęsny wiek XVIII, czasy europejskiego Oświecenia, w których ciemne, ksenofobiczne, sfanatyzowane społeczeństwo Rzeczypospolitej już dawno zapomniało, co to tolerancja. W XVI wieku nawet publiczne podeptanie hostii uchodziło protestantowi na sucho. W XVII wystarczyło zaledwie skrytykować oddawanie czci opłatkowi wobec idącej przez miasto procesji, by zasłużyć na wyrwanie "bluźnierczego" języka rozpalonymi obcęgami, a potem ćwiartowanie...
Ze sławą „państwa bez stosów” wiąże się również kwestia procesów czarownic. I pod tym względem równie korzystnie wyróżnialiśmy się na tle Europy. W czasach średniowiecza, wbrew powszechnemu mniemaniu, procesy o czary występowały nader rzadko, a karano wówczas za konkretne szkody wyrządzone za pomocą czarów lub praktyk znachorskich, a nie za kumanie się z diabłem. W wyższych sferach oskarżenie o czary służyło zaś jako narzędzie walki politycznej. Masowe tępienie wiejskich czarownic jako wspólniczek Szatana poczęło się dopiero w drugiej połowie XV stulecia, z wydanym w 1486 r. sztandarowym dziełem "Malleus maleficarum" 2. Tymczasem w XVI wieku, gdy u naszych zachodnich sąsiadów psychoza na tle domniemanych szatańskich knowań doprowadziła tysiące kobiet do śmierci na stosach, w Polsce królował renesansowy zdrowy rozsądek, szukający racjonalnych, zrozumiałych przyczyn dla chorób i nieszczęść. Mało tego, w 1529 roku w prawach W. Ks. Litewskiego znalazła się uchwała o obłąkanych, uznająca ich za ludzi chorych i zasługujących na godne traktowanie – podczas gdy na Zachodzie zaburzenia psychiczne były dowodem opętania, a sposoby „leczenia” tegoż sprowadzały się do tortur i egzorcyzmów. Procesy o czary występowały więc u nas tylko sporadycznie, a na litewskich ziemiach prawosławnych - wcale.
Nie bez znaczenia jest tu fakt, że w Polsce nie było Inkwizycji, a procesy o czary leżały w kompetencjach sądów świeckich, nie kościelnych. A ówczesne Ławy miejskie miały mizerne pojęcie o teologii i demonologii chrześcijańskiej. I znowu wracamy tu do słabego ugruntowania chrześcijaństwa w Polsce - nie nauczyliśmy się jeszcze utożsamiać praktyk magicznych z kultem Szatana, podczas gdy związek ten był oczywisty dla rzymskich, francuskich czy niemieckich teologów (i przejęty został przez społeczeństwa protestanckie). Rzeczpospolita przez cały wiek XVI stanowiła tu chlubny wyjątek, nie tylko dlatego, że wschodnia część kraju pozostawała pod wpływem kultury ruskiej i religii prawosławnej (w której praktyki magiczne traktowano bardzo liberalnie), ale również dzięki atmosferze tolerancji wyznaniowej. Bowiem procesy o czary były w Europie często używanym narzędziem zwalczania herezji i wywodziły się z tego samego fanatyzmu; wszak wiedźmy posyłali na stos ci sami ludzie, którzy kazali palić heretyków. U nas zaś stosów nie było. Jeszcze nie. Pierwszy znany przypadek skazania kobiety na śmierć za konszachty z diabłem przypada na rok 1511, lecz w XVI wieku są to przypadki wyjątkowe - na całe XVI stulecie przypada ok. 5% ogólnej liczby wyroków skazujących na śmierć za czary 3.
W wieku XVII jednak fala osławionych procesów czarownic ogarnęła nas również. Zwyczaj ten przyszedł z Niemiec, pojawił się więc najpierw w Wielkopolsce i w Prusach, tj. na obszarach utrzymujących z krajami niemieckimi bliskie kontakty, z dużym odsetkiem niemieckiej ludności, a wreszcie z najliczniejszymi i najstarszymi miastami osadzonymi na prawie magdeburskim. 4 I właśnie w siedemnastym stuleciu doczekaliśmy się dzięki temu stosów. Co prawda w dużo mniejszym wymiarze niż na Zachodzie 5, choćby dlatego, że niezłomne przywileje stanowe chroniły u nas szlachtę, której nie wolno było ani brać na tortury, ani sądzić prawem magdeburskim; prof. Tazbir odnalazł jeden jedyny przypadek w historii Rzplitej (1702 rok), gdy pod zarzutem czarów stracono szlachcica. W pewnym stopniu przywileje szlacheckie chroniły również ludność chłopską, bowiem chłop podlegał tylko i wyłącznie sądownictwu swego pana – a trudno oczekiwać, że szlachcic posyłać będzie na stos własnych poddanych, z których pracy żyje.
Aczkolwiek kontrreformacja na tyle otumaniła już ludzkie umysły, że zdarzały się przypadki, w których szlachcic – płacąc sędziom ciężkie pieniądze! – naprawdę wzywał sąd z miasteczka, każąc szukać czarownic w swojej wiosce. Z pewnością czasami był to sprytny zabieg mający na celu pozbycie się ze wsi jednostek krnąbrnych i szkodliwych, ale i zwykły zabobon również zbierać począł swoje żniwo. Bowiem kiedy już niewykształceni, często niepiśmienni, a zwykle pijani panowie ławnicy nauczyli się dostrzegać wszędzie diabelskie knowania, „udowodnione” przy tym wymuszonymi na torturach zeznaniami, proces kończył się najczęściej wyrokiem śmierci dla czarownicy. Zwłaszcza, że głęboko przekonane o szkodliwości czarów pospólstwo niechętnie akceptowało uniewinnienie wiedźmy, więc niejednokrotnie sędziowie pod presją "opinii publicznej" skazywali podsądne na stos bez dowodów, z obawy przed rozruchami. Koniec ze sławą „państwa bez stosów”. Zapłonęły gęsto i płonęły długo.
Pod koniec XVII wieku Europa już oprzytomniała, ale u nas stosów było coraz więcej. W następnym stuleciu role zupełnie się odwróciły. W Zachodniej Europie procesy o czary zdarzały się coraz rzadziej, w Rzeczpospolitej zabobon srożył się nadal, i to w sposób absurdalny. Mimo tego, że nawet duchowieństwo zaczęło ostro występować przeciwko procesom czarownic, sądy miejskie nadal robiły swoje, uważając się za bardziej kompetentne w sprawach diabła i czarów niż biskupi i księża. Do warstw wykształconych, czyli m.in. do osób piastujących ważne funkcje we władzach państwowych dotarł już oświeceniowy racjonalizm, ale ani uczone traktaty, ani polemiki, ani płomienne (sic!) kazania z ambony, ani nawet zejście z ambony i nałożenie panom ławnikom po pyskach (autentyczne!) nie były w stanie ugasić płonących stosów. Nie było mocnych. 6
Dopiero w 1776 r. sejm ostatecznie zakazał procesów o czary (i zarazem stosowania tortur do wymuszania zeznań) i odtąd sytuacja zaczęła się poprawiać – bo nie należy sądzić, że uchwała sejmowa zakończyła sprawę od razu. Uchwałę podjął sejm szlachecki, nieliczna grupka ludzi o stosunkowo szerokich horyzontach i wykształceniu, których stanowisko bynajmniej nie pokrywało się ze zdaniem przesądnych "mas ludowych". Sądy miejskie zgodnie z ustawą z 1776 formalnie zaprzestały palenia czarownic na stosach, ale procesy o czary zdarzały się nadal, zwiększyła się też liczba samosądów na wsiach i w miasteczkach. Raz ugruntowany zabobon nie dawał się wyplenić ze świadomości prostego ludu jeszcze i w głębokim XIX wieku. I był to dla zaborców doskonały dowód na zacofanie i głupotę polskiego narodu, któremu nie można było pozwolić na samodzielne rządy...


1 husytyzm – czeski ruch społeczno religijny, założony w 1419 przez Jana Žižkę spośród zwolenników Jana Husa (przed 1420 zwani byli wiklefistami). Husyci uznawali jedynie Pismo Święte jako źródło objawienia. Odrzucali kult obrazów, sakramenty, spowiedź, ostatnie namaszczenie, naukę o przeistoczeniu, o czyśćcu, o wstawiennictwie świętych, relikwie, pokutę i wszystkie święta kościelne z wyjątkiem niedzieli.
2 "Malleus Maleficarum" czyli "Młot na czarownice" to napisany na zlecenie papieża przez dwóch inkwizytorów dominikańskich podręcznik dla sądów inkwizycyjnych, opisujący procedury śledcze i zasady postępowania z opętanymi, wiedźmami i czarownikami. Księga zawierała także szczegółowe wiadomości na temat natury różnych rodzajów demonów, czarownic, diabłów i ich sposobów działania. "Der Hexenhammer" wywarł ogromny wpływ na przebieg szesnastowiecznych procesów o czary. W księdze tej rozczytywali się "łowcy czarownic" w całej Europie, nie tylko katoliccy inkwizytorzy, ale i sędziowie protestanccy. W kwestii czarów i diabła dzieło to stało się niekwestionowanym autorytetem.
3 Według B. Baranowskiego wyroki śmierci dla czarownic rozkładały się następująco: XVI wiek – 4 %; XVII wiek – 46 %; XVIII wiek – 50 %. Publikacje Baranowskiego spotkały się ze słuszną krytyką z racji na niewystarczające badania źródłowe. Pan Bohdan przejrzał archiwa sądowe ledwie kilku miast Wielkopolski, więc trudno na tej podstawie generalizować w skali kraju, tym niemniej proces nasilania się zbrodniczego zabobonu na przestrzeni trzech stuleci jest niezaprzeczalny.
4 Przypominam, że w Polsce procesy o czary leżały właśnie w kompetencji sądów miejskich, stosujących przyjęte z Niemiec surowe prawo „majdeburskie”.
5 Trudno jest podawać jakiekolwiek liczby. Początkowe szacunki historyków mówiły o kilku milionach spalonych w Europie czarownic, późniejsze badania zmniejszyły tę liczbę do rzędu kilkuset tysięcy, obecnie zaś i owe kilkaset tysięcy zdaje się być liczbą dość przesadzoną...
6 Zachowała się obszerna, szczegółowa relacja naocznego świadka, opisująca rzekomo przeprowadzony w 1775 roku w Doruchowie proces o "zadanie kołtuna" żonie właściciela wsi. Skazać wówczas miano na śmierć aż czternaście kobiet, z których część zmarła na torturach, a resztę spalono. Większość badaczy, m.in. specjalista Baranowski, uznała ową relację za wiarygodną, stąd w każdej pracy zajmującej się dziejami procesów czarownic w Polsce znajdziemy informacje o tragedii doruchowskiej. Ukuto nawet termin "Polskie Salem". Dopiero prof. Tazbir w 1994 roku wskazał fakty, pozwalające uznać ową relację za falsyfikat. Co nie znaczy, że w Doruchowie nie spalono żadnych czarownic – spalono sześć, choć nie w 1775 roku – ale warto wiedzieć, że ta akurat historia, będąca sztandarowym polskim przykładem okrutnego procesu o czary, została od początku do końca zmyślona.

Informacje dodatkowe:
 

Ocena artykułu:
Ten artykuł jak dotąd oceniło 6 żołnierzy, średnia ocena: 5.7.
 


 
03-02-2012, 15:34 | Zerwikaptur | Komentarzy w sumie: 1
Świetny artykuł, wszelako jeden błąd wyłapałem. Otóż Polska chrześcijaństwo przyjęła w 966 roku, a nie 996 :)


Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.