Valkiria Network | V-Game | Gry komputerowe | Ogniem i Mieczem | Gry fabularne | Dzikie Pola | Neuroshima | Świat Mroku | Warhammer
Film | Star Wars | Literatura | Andrzej Pilipiuk | Jacek Komuda | Zmierzch | Komiks | Planszówki | Karcianki | Wędrowycz | Bitewniaki | II wojna światowa
Valkiria - Polub nas na Fejsie
  
Shadow of the Colosus - recenzja (PS2)
 15-01-2009, 09:21
 Xaplan
 5472 x przeczytano

Jeszcze w czasach podstawówki grałem w niemal wszystkie co ciekawsze gry komputerowe – uwielbiałem to, zawsze jak tylko mogłem odpalałem jakąś grę i spędzałem przy niej długie godziny. Z czasem jednak okazało się, że ewolucja poszła trochę w złą stronę. Kiedyś gra miała to coś w sobie, co przykuwało na długie godziny do monitora – nie wyglądała najlepiej, ale nie musiała, miała grywalność – taki magnes. Zazwyczaj chodziło o całkiem prosty pomysł. Z czasem gry stały się ładne, piękne i śliczne, ale traciły zbyt wiele, aby się nimi nadal interesować – brakowało im tego czegoś, tej magii, która spowodowałaby, że nagle nie chcesz wyłączać komputera, dowiedzieć się, co dzieje się dalej, albo co możesz jeszcze zrobić. Teraz, zazwyczaj kończy się to tym, że wszystko wygląda pięknie, ale jest nudne, wtórne i przez to nie ma za grosz głębi. Niestety.

Na szczęście zdarzają się odstępstwa od nowej mody i w przeciągu ostatnich lat znajdzie się ich nawet kilka, ale jeśli miałbym wymienić tylko trzy, to niech będą to: Fallout, Wiedźmin i Shadow of the Colossus. Te trzy tytuły to perełki. To jednak ten ostatni jest brylantem, moją grą wszechczasów.

O Shadow of the Colossus usłyszałem dawno temu. Jeszcze przed wydaniem gry w 2005 roku widziałem pierwsze filmiki – grywalne fragmenty z produkcji. Pamiętam, że już wtedy zrobiło to na mnie niemałe wrażenie, ale odstawiłem ją na półkę, gdyż wiedziałem, że nigdy nie będę posiadaczem Playstation 2 i nigdy nie zagram w Cień Kolosa. Jak to mawiają: „Nigdy nie mów nigdy”.

Otóż w 2007 roku stałem się posiadaczem małej, czarnej Stacji Grającej 2 i pięknego Digipacka z Cieniem Kolosa. To była chwila.

Nigdy nie przepadałem za japońskimi RPG/Action adventure – te duże oczy, przeogromne miecze i dziwne stwory nie wywoływały we mnie żadnych ciepłych uczuć – odrzucały mnie. Tak samo, jak wszelakie mangi, czy anime – Czarodziejki z księżyca, czy Dragonballe. Nie, to na mnie nie działa. Dlatego też zastanawiałem się niosąc pudełko do domu co mnie czeka po odpaleniu płyty i rozpoczęciu gry. Wcześniejsza znajomość (aczkolwiek nie był to dokładny research) pozwalała się domyślać tego i owego, ale tak naprawdę wszystko było dla mnie niespodzianką. Pewnie dlatego też zrobiło to na mnie wrażenie takie, a nie inne.

Historia zaczyna się w niewiadomym miejscu – podróżnik na koniu wędruje przez świat odwiedzając różne, malownicze miejsca: przejeżdża drogą na skraju urwiska, przedziera się przez las, podróżuje poprzez bagna. I tutaj pierwsze uderzenie: wygląd świata. Mamy rok 2005, czyli jakieś 4 lata wstecz, grafika oszałamia. Drzewa wyglądają jak żywe, woda na mokrą, a siąpiący deszcz powoduje, że razem z nieznajomym schowalibyśmy się pod skałą, aby przeczekać złą pogodę i wyruszyć dalej jak tylko przestanie padać. W ucho wpada miły, chóralny utworek, który wręcz wyśmienicie pasuje do tego, co widać na ekranie – ogromne, piękne, puste przestrzenie. No właśnie – puste. Tak jest, poza wędrowcem, jego koniem i tajemniczym pakunkiem przerzuconym przez siodło nie spotykamy ani jednej żywej duszy (nie wliczając w to fauny i flory). Nasz bohater nie napotyka nikogo, nie rozmawia z nikim, jest sam, zupełnie sam. Świetnie to widać podczas sceny przekraczania potężnych wrót i samej chwili wjazdu na długi na kilkadziesiąt kilometrów most – ogromna przestrzeń, niemalże nienaruszona ludzką ręką. Niemalże, ponieważ pod koniec intra Wanda (nasz podróżnik) dociera do monumentalnej świątyni, gdzie w jej centrum składa na katafalku tajemnicze zawiniątko, które wiózł cały czas ze sobą. Po chwili okazuje się, że zawiniątkiem tym jest niewiasta. Młoda, piękna dziewczyna odziana w zwiewną, białą sukienkę, sprawiająca wrażenie śpiącej. Po złożeniu ciała podróżnik klęka, jakby modlił się do jej ciała. Mija kolejna chwila, kiedy to kamera świetnie pokazuje nam wnętrze świątyni – schody prowadzące na dziedziniec, długi korytarz, którym Wanda przybył na podwyższenie, w końcu sam ołtarz i znajdującą się na nim „śpiącą królewnę”. Ta chwila zapada w pamięć na zawsze – jeden z najpiękniejszych (jeśli nie najpiękniejszy) moment w grach komputerowych. Zdezorientowany widz (bo jeszcze nie gracz) z zapartym tchem obserwuje to, co dzieje się wokół zadając sobie w głowie dziesiątki pytań. W końcu jednak odzywa się głos – kamera szybko zwraca się ku górze, skąd padają słowa – nie ma tam nikogo. Głos pochodzi z nieba. Nie da się niczego zrozumieć ze słyszenia, ale  z pomocą przychodzą nam napisy. Mówca oświadcza Wandzie co ten musi zrobić, aby ożywić leżące na katafalku dziewczę.

Oglądając to wszystko, cały czas mamy wrażenie, że ktoś uderzył nas obuchem w głowę – widzimy piękny, aczkolwiek opustoszały świat, promienie słońca stale oświetlające leżącą na kamiennym piedestale dziewczynę, widzimy gołębia, który przysiadł na skraju kamiennego „łoża”, widzimy w końcu jak sukienka unosi się lekko poddana podmuchom wiatru. Wszystko to także słyszymy – dźwięki i delikatna muzyka dobrane są idealnie – wiatr gna przez monumentalną świątynię. Stukot kopyt o kamienną podłogę odbija się echem, wyciągany z pochwy miecz wydaje metaliczny zgrzyt, który przez chwilę niesie się po świątyni. Gdzieś w oddali słychać spadające kamyki. Miękkie, skórzane buty Wandy lekko tupią po kamieniach. Jeśli się dobrze wsłuchać, można usłyszeć nawet szelest płaszcza, który podróżnik nosi na plecach. Twórcy zadbali o wszystko, absolutnie każdy element oprawy audiowizualnej stoi na najwyższym poziomie, a co najważniejsze – zaskakuje, bo jak często słychać w grach takie szczegóły jak szeleszczący płaszcz, czy widać naturalnie falujący na wietrze materiał sukienki? Nawet dzisiaj (przy wielokrotnie większej prędkości i mocy obliczeniowej komputerów) trudno o taką naturalność. Sztuka. 

Mówca – bóg, czy demon, kimkolwiek by nie był w dosyć enigmatyczny sposób oświadcza nam, że jeśli pokonamy kilkunastu kolosów (o których nadal nie mamy żadnego pojęcia) mamy szansę wyzwolić moc, która być może pozwoli na wyrwanie dziewczyny ze szponów śmierci. Do niepewności, do braku pojęcia, gdzie jesteśmy, dochodzi jeszcze fakt, że nie wiemy, czy nasza misja da oczekiwany rezultat. Nadal czujemy się obco, nieswojo, i to może nawet bardziej, niż wcześniej. Po chwili bezradnego rozglądania się wokół siebie czas wyruszyć – gdziekolwiek, przed siebie. Nikt, absolutnie nikt nie powiedział nam dokąd musimy pójść. Głos z niebios powiedział co mamy zrobić, ale nie powiedział, gdzie mamy się udać. No więc – wychodzimy ze świątyni. Wiatr uderza nas potężnym podmuchem, koń leniwie stąpa za nami, co chwila parskając nerwowo. Pierwsze wrażenie – wielkość. Wszędzie dookoła jest przestrzeń, która powoduje, że człowiek czuje się jakby stał na szczycie góry – wszystko widać, wszędzie można dotrzeć, brakuje tylko skrzydeł. Jesteśmy w miejscu, które stoi pośrodku świata – świątynia, wokół której na przestrzeni kilkudziesięciu mil nie ma niczego, co byłoby zbudowane ręką ludzką, co przypominałoby choćby ludzką działalność – jedno wielkie, wielokolorowe pustkowie. Piękne pustkowie trzeba dodać. Graficznie ta gra pochłania i zgniata nawet dzisiaj. Nawet przy takich cudach, jak Bioshock, Crysis, czy Assasin’s Creed. To nie jest ultra szczegółowa grafika, to nie jest grafika, która jest niemal fotorealistyczna, nie ma w niej przecudownych efektów świetlnych, wodnych, pięknego cieniowania, tłustych tekstur, 150 milionów poligonów na postaci. To nie ta bajka. Wyobraź sobie, że bardzo zdolny malarz namalował obraz. Wyobraź sobie, że ten obraz żyje. Tak jest właśnie z Cieniem Kolosa. Tej gry nikt nie narysował, ona została namalowana – lekko wyblakłymi, spranymi kolorami, z mdłym oświetleniem. I Ty tam jesteś, Ty, jako Wanda (Wander, Wandrer – zależnie od źródła) ze swoim wielkim zadaniem.

Pierwsze wrażenie mamy już za sobą. Ale czy na pewno? Nie, to jest właśnie urok tej gry – tutaj pierwsze wrażenie utrzymuje się do samego końca. Grając, a raczej biorąc w tym udział podziwiasz, zachwycając się co chwila małymi smaczkami pojawiającymi  się ot tak – znikąd, na które w innej grze nie zwracasz uwagi, a które tutaj robią na Tobie wielkie wrażenie. Za przykład niech posłużą ptaki, które dają odczucie oderwanych od tego, co robisz, ale jeśli tylko zaczniesz koncentrować się na czymś innym – zauważysz, że podpatrują Cię i latają za Tobą. Jeśli trafisz na odpowiedni moment możesz unieść się w powietrze chwytając przelatującego tuż nad Twoją głową orła. Podobnie jest z rybami w wodzie – możesz chwycić się płetwy i popłynąć w głąb, dopóki starczy Ci powietrza. Piękne.

Pierwsze pół godziny zabawy gracz poświęci zapewne na okrążenie świątyni, rozejrzenie się po świecie, naukę jazdy na niesamowicie inteligentnym Argo (koń, nasz jedyny towarzysz poprzez całą grę) a także na naukę strzelania z łuku czy wypróbowanie kilku ciosów mieczem (do dyspozycji mamy łuk i krótki miecz). W końcu przyjdzie chwila, kiedy zechcemy poznać naszych przeciwników – Kolosy. Pierwsze zetknięcie z nimi nastąpiło już jakiś czas temu - co ciekawsi widzieli piętnaście potężnych posągów w świątyni, w której złożyliśmy na ołtarzu naszą „uśpioną” towarzyszkę. Każdy z tych posągów, to przedstawienie Kolosa, z którym przyjdzie się nam zmierzyć. Aby jednak dotrzeć do każdego z nich należy dobyć miecz i poszukać promieni słonecznych – te odbiją światło wskazując nam miejsce, do którego musimy się udać, aby znaleźć naszego przeciwnika. I tutaj pojawiło się coś, co niesamowicie mnie zaskoczyło, otóż zadawałem sobie pytanie, czy podróżując przez te rozległe łąki, pustynie, góry, kaniony, wyżyny i niziny, mając za towarzysza jedynie konia nie umrę z nudów. Nie mam pojęcia jak to się udało, ale ani chwili nie poczułem się zmęczony jazdą przez ten malowniczy świat. Ani razu nie odniosłem wrażenia, że tutaj jest nudno – to nie jest przejażdżka PKP przez środkową Polskę i oglądanie tylko pól i dróg, czasami wiosek, czy miasteczek. W Shadow of the Colossus każde miejsce, które odwiedzimy zdaje się opowiadać swoją własną historię. Każdy kamień widział rzeczy, które się nie śniły śmiertelnikom, a każde drzewo opowiada szumem liści historie, które potrafią zrozumieć wyłącznie bogowie zamieszkujący te krainy przed latami.

Najmocniejsze skojarzenie, jakie Cień wywołał we mnie, to Muminki. Bajka, która lata temu pojawiła się na TVP i zakrólowała w moim sercu. Muminki zawsze były pełne dla mnie niewiadomej – ogromne połacie lasów, w których mieszkały najcudowniejsze istoty na świecie, nigdy nie widziane ludzkim okiem. Góry – pnące się do chmur, kryjące w sobie tajemnice. Strumienie umykające w ziemi, w których strach szukać własnego odbicia, gdyż zawsze można zobaczyć coś, czego się najmniej spodziewamy. I jedno, jedyne bezpieczne miejsce – dom Muminków, a w SotC świątynia, położona w centrum świata.

To jest właśnie piękno tej gry, tej sztuki. Miejsca, które odwiedzamy, historie, które sami sobie opowiadamy w głowie przebywając tutaj, emocje, które odczuwamy będąc tam i ta taka dziwna, uczuciowa zależność, która wiąże nas z Wandą i Argo. Od chwili ich poznania.

Kiedy już przebrniemy przez kolejną piękną krainę (nie nękani przez nikogo) czas na spotkanie z przeznaczeniem – Kolosem. Jak już wspomniałem mamy do czynienia z szesnastoma (tylko i wyłącznie!) przeciwnikami. Jak to się ma do siekanek typu Diablo, czy Loki nie muszę chyba mówić. I tutaj znów pojawia się pytanie, czy aby piętnastka (szesnasty Kolos jest ukryty i dostęp do niego można otrzymać tylko po odpowiednim ukończeniu gry) przeciwników to nie za mało? Ani trochę. Oczywiście nie narzekałbym, gdyby w grze znalazło się ich drugie tyle, ale piętnastka  jest liczbą całkiem zadowalającą. Tym bardziej, że niektóre pojedynki potrafią trwać i pięć minut, a niektóre zajmą nam dwie – trzy godziny. 

No dobrze, ale kim są Kolosy? Na pierwszy rzut oka przypominają potężne, bezmyślne istoty wyrzeźbione z kamienia, obrośnięte roślinami. Ale to tylko pierwsze wrażenie. Po dokładniejszym przyjrzeniu się Kolosom można śmiało stwierdzić, że każdy z nich przypomina jakieś zwierzę lub istotę humanoidalną – dla przykładu mamy byka, mamy też centaura, ptaka, węgorza, w końcu mamy Kolosa z brodą jak u starca i maczugą jak u ludzi pierwotnych. Esencja życia Kolosa znajduje się w (zazwyczaj) kilku runicznych punktach, które trzeba przeszyć mieczem, aby przeciwnik wyzionął ducha (dosłownie) i przekazał nam część swojej mocy. I tutaj jest właśnie pies pogrzebany – aby zabić przeciwnika czasami wystarczą zręczne palce i świetne wyczucie czasu, czasami potrzeba cierpliwości, czasami sposobu, aby zwrócić na siebie uwagę, czasami umiejętności strzeleckich, aby Kolos w ogóle zbliżył się do nas. I co najciekawsze, sposobów na pokonanie wrogów jest wiele, a to powoduje, że zwykła historia o księżniczce zamkniętej w wieży, strzeżonej przez Kolosa przestaje być taka zwykła i da się ją opowiedzieć na kilka sposobów. Wzbudza to w nas chęć ponownego przejścia gry i zobaczenia, sprawdzenia innej możliwości.

Każda walka jest bardzo efektowna, dynamiczna, wymaga od nas dużego refleksu i pełnego wczucia.  Zazwyczaj wymaga się od nas wspięcia na przeciwnika, znalezienia odpowiedniego miejsca i wbicie tam miecza. Wydaje się to proste, jednak w konfrontacji z rzeczywistością jest całkiem inaczej. Istota kilkanaście – kilkadziesiąt razy większa od nas nie stoi, niczym nasza świątynia i nie czeka, aż ją zadźgamy na śmierć. Kolosy pomimo swojej ogromnej, ociężałej wręcz budowy bronią się z zaskakującą zwinnością. To, co wtedy dzieje się na ekranie wywołuje ciarki na całej długości kręgosłupa – filmowa akcja, niesamowite rozmycie, słabnące ręce Wandy, który kurczowo trzyma się, aby nie oderwać się od Kolosa i nie spaść tuż pod ważącą setki ton kamienną stopę. W takich chwilach ręce wczepione w pada momentalnie się pocą, a co potęguje jeszcze wrażenie – pad od PS2 – Dual Shock, który z każdym krokiem, każdymi obrażeniami zadanymi lub otrzymanymi wibruje z różną mocą – czasami niczym małe zwierze, które próbuje wyrwać się z uścisku naszych rąk. 

Wszystkie pojedynki są wspaniałe, ale największe brawa należą się za walkę z ostatnim Kolosem – Malusem. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć – efekt burzy, silnego wiatru i Olbrzyma, który ciska w nas błyskawicami po prostu zwala z nóg. Panująca wokół ciemność, zacinający deszcz i niesamowita oprawa dźwiękowa wręcz zatykają.  Gra wspina się wtedy jeszcze wyżej, niż podczas „normalnej” rozgrywki i przekazuje nam potężną dawkę energii i emocji. Jest wspaniale.

Tak, jak nie da się opisać ostatniej walki, tak opisanie muzyki z Shadow of the Colossus jest zadaniem niemalże niewykonalnym. Dlaczego? Bo tak, jak wszystko inne w tej grze jest ona niesamowita. Przepiękne aranżacje symfoniczne, połączone z mieszanką instrumentów ludowych, przy wsparciu chóru zwalają z krzesła. Widoki na ekranie telewizora straciłyby zbyt wiele ze swojej magii, gdyby pozbawić tą opowieść części dźwiękowej. Muzyka z Shadow of the Colossus do dzisiaj jest grana przez orkiestry na świecie, odtwarzające najważniejsze utwory z najlepiej udźwiękowionych gier. Jeśli muzyka Kowa Otani (w różnych źródłach podaje się różne wariacje imienia i nazwiska, ale chodzi o tego samego kompozytora) miałaby być soundtrackiem w filmie pewien jestem, że dostałaby Oskara.

Tak powoli wypadało by kończyć ten przydługi pean na cześć najlepszej gry komputerowej na świecie. Pozwolę sobie przytoczyć za Wikipedią definicję pewnego wyrazu, który doskonale opisuje Shadow of the Colossus:

Sztuka - dziedzina działalności ludzkiej, uprawiana przez artystów. Nie istnieje jedna spójna, ogólnie przyjęta definicja sztuki, gdyż jej granice są redefiniowane w sposób ciągły, w każdej chwili może pojawić się dzieło, które w arbitralnie przyjętej, domkniętej definicji się nie mieści. Sztuka spełnia rozmaite funkcje, m.in. estetyczne, społeczne, dydaktyczne, terapeutyczne, jednak nie stanowią one o jej istocie.
Sztuka narodziła się wraz z rozwojem cywilizacji ludzkiej. Można przypuszczać, że na początku miała przede wszystkim funkcję związaną z obrzędami magicznymi, którą zachowała u ludów pierwotnych.


Powyższa definicja w idealny sposób opisuje to, czym jest Cień Kolosa. Shadow of the Colossus swą epickością, monumentalnością i wielkością spowoduje szybsze bicie serca u każdego, kto zechce choć na chwilę zawędrować do tego magicznego, onirycznego, baśniowego świata, gdzie samotny, młody i odważny rycerz udaje się w zgubną misję w imię wyższych celów. Jak się ta misja kończy? Zakończenia nie mogło być lepszego! 

Pozostaje tylko jedno pytanie: Dlaczego Cień Kolosa nie rzucił całego świata gier komputerowych na kolana i nie stał się absolutnym hitem? Na to dosyć ciekawe pytanie pozwolę sobie nie odpowiadać. Sami pewnie już wiecie.


Autor: Robert „Xaplan” Gala
Redakcja: Marcin „Sharn” Byrski

Tytuł: Shadow of the Colosus
Gatunek: RPG/Action adventure
Kategoria wiekowa: od 12 lat
Wersja językowa: angielska
Platforma: PS2
Wydanie / seria: edycja premierowa


Informacje dodatkowe:
 
Wydawca  
Dystrybutor  
Premiera  
 Luty 2006
 

Ocena:
 
Ogólna
100%
 
Ocena końcowa: 100%
 

Komentarze:


 
21-01-2009, 12:03 | Bartek | Komentarzy w sumie: 104
no wkońcu jakaś dobra recenzja na arenie gier :) przeczytałem z przyjemnością. Powiem szczerze, że początek gry jest... wielką zagadką. Miałem do tej gry 4 podejścia, z czego przy dwóch usnąłem jak Wanda jechał i jechał na tym koniu :D potem po rozmowie z tym bogiem za pierona nie wiedziałem gdzie jechać, gdzie spotkać kolosa. Wielką niewiadomą było też szukanie promieni świetlnych mieczem. No ale suma sumarum wkońcu podążyłem za nimi i spotkałem pierwszego przeciwnika. To niesamowite jaką PS2 jest w stanie wygenerować grafikę. Moment gdy mały człowieczek sobie biegnie a tu jeeeeeb obok stopa kolosa - obraz się trzęsie, pad się trzęsie, piekny obraz i dźwięk 5.1 robi swoje i odrazu klimat ogarnia mnie całego. Ehhh :)


 
15-01-2009, 10:54 | Xaplan | Komentarzy w sumie: 98
świetne, odczep się pan, bo i na Ciebie się teczka znajdzie! :D


 
15-01-2009, 09:25 | Sharn | Komentarzy w sumie: 1071
Jak dla mnie to ta recenzja jest zajebista, chociaż cholernie długa. Piękny, wręcz poetycki język zwala z nóg i czuje się wszystko, co opisujesz. Rewelacja!!!!!!

Nie wybaczę Ci tylko, że wspomniałeś o tych wrednych, małych, śmierdzących trollach :P



Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   



Witamy w serwisie II Wojna Światowa.

wwii.valkiria.net

* * *

Zapraszamy do zapoznania się z najnowszą aktualizacją serwisu II Wojna Światowa:

"Historia drugiej wojny światowej 1939-1945" - recenzja książki




Profil użytkownika
Pseudonim

Hasło

Zapisz login

Przypomnij hasło!
Rejestracja

Szukaj

Nowości w V-Sklepie



Czy zauważyłaś/eś zmianę w szybkości działania serwisu?

Tak. Działa znacznie szybciej.
8  Głosów (36%)
Tak. Jest OK.
3  Głosów (13%)
Nie. Działa tak samo.
2  Głosów (9%)
Nie. Działa wolniej.
4  Głosów (18%)
Nie mam zdania.
5  Głosów (22%)

Ankieta wygasła

Archiwalne

Na służbie:
Żołnierze: 0

Cywile: 59

Statystyki wizyt:
Wizyty: 3500148
Dziś gości: 61
Ten miesiąc: 32268
Rekord gości: 43842
Gości wczoraj: 210