Valkiria Network

Terminal Główny Militarnej Sieci Valkiria to miejsce gdzie znajdziesz najnowsze informacje ze świata ogólnie rozumianej rozrywki, fantastyki i gier wideo. Poznaj nową... Lepszą Rzeczywistość! Chcesz wiedzieć więcej?

Slaider 01

Federacja V-Sieci

Valkiria Network skupia wiele stron tematycznych o różnorodnej tematyce, w tym: grach wideo, technologii, historii, literaturze i fantastyce. Chcesz wiedzieć więcej?

Slider 02

Dołącz do V-Sieci

Zarejestruj się w Valkiria Network! Przeglądaj i komentuj publikacje, dołącz do V-Game, zostań współpracownikiem lub redaktorem MSV. Chcesz wiedzieć więcej?

Slider 03

Zagraj w V-Game

Każdy użytkownik MSV w swoim profilu znajdzie zaimplementowaną grę przeglądarkową w klimacie V-Sieci. Załóż mundur i ruszaj na misję. Chcesz wiedzieć więcej?

Slider 04

Holy Potatoes!

Nasze bohaterki to ziemniaki, a cała galaktyka to jeden wielki warzywny targ. Dobry humor, kosmos, walka, dobra fabuła, to właśnie Holy Potatoes! We're in Space?!

Slider 05

Torment: Tides of Numenera

Mógłbym pisać długo o Torment, szczegółowo opisując jego fenomenalnie rozbudowany świat, przyrodę, postaci, czy fabułę, ale po co, skoro Wy sami możecie tego doświadczyć.

Slider 06

Legendarne Auta PRL

Zobacz zapowiedź nowej serii kolekcjonerskiej "Auta PRL" z klocków COBI. Wyjątkowe modele w skali 1:35 to idealny prezent dla każdego fana motoryzacji!

Slider 07

Necropolis: Brutal Edition

Ta gra to totalny, bezgraniczny i nieprzebrany skarbiec FE-NO-ME-NAL-NEJ zabawy, który otwiera się tak naprawdę dopiero w grze wieloosobowej.

Slider 08
Przypadki szeregowca Abramsa
09-11-2007, 23:26 | 4213 x przeczytano | Islam Gerej III
Jesień 2043
Cieszyłem się jak dziecko, gdy na wiosnę powiedziano nam, że wykopali jakieś składowisko broni dla nowotworzonych na kilka lat przed wojną pułków. Ja to jeszcze nic, ale oficerowie omal nas nie zaczęli chwalić w przypływie euforii. Każdy sobie wyobrażał, jaką to pukawkę wysępi dla siebie. Jeszcze nic nie było pewne, a już za łyk wódki sprzedawano naboje do tych wyglancowanych zabawek. Pamiętam to jak dziś, podszedł do mnie Franc i tymi swoimi przećpanymi oczami zapytał, czy reflektuję na pancerzownicę, bo jest do opchnięcia za działeczkę. Kazałem mu puknąć się w główkę i, kurna, nie myślałem, że odbierze to dosłownie. Do dziś budzę się w nocy zlany potem i mam przed oczami Franca z przestrzelonym czołem. Podobno walnął sobie z magnuma. Gdy przez następny miesiąc, a potem też drugi i trzeci z południa nie nadjeżdżał żaden konwój ze sprzętem, sceptycznie stwierdziłem, że znów ktoś robił sobie z nas jaja. Jednak dopiero, gdy wartość tuzina granatów spadła do symbolicznego „dżisa” udało mi się przekonać większość chłopaków z plutonu, że w następnej walce dalej będziemy posługiwać się wysłużonymi kałaszami. Bo tak jest: M4 się zatnie, Glock wypnie na ciebie dupsko, a moździerz się zwyczajnie rozpieprzy i tylko AK będzie ci bratem do końca.

Nadal ’43 (chyba grudzień)
To się musiało tak skończyć - w listopadzie uciekł pierwszy z nas. Do tej pory cały pluton trzymał się razem, nikt nawet nie wspominał o dezercji. Po obronie tej zakichanej fabryki ciągników morale znacznie upadło. Gniliśmy tam cały tydzień, a stary zapewniał, że lada chwila przybędzie 6-ta i 14-ta z świeżymi siłami. Gówno prawda, myślę, ale i tak naparzam, ile wlezie. Tanio skóry nie sprzedam, nie pod kołami traktora, to w rowie pełnym zwłok oberwę tą pisaną mi kulę. Gdy szóstego dnia do naszych pozycji przedarł się jeden człowiek naprawdę na chwilę uwierzyłem, że to posłaniec od nadciągających tu głównych sił. Frajerzy!
„Serwus jestem Joe, choć mama zawsze mi mówiła skarbie, potrzebujecie pomocy?”. Dzieciak okazał się ochotnikiem, któremu burza hormonów i chyba owsiki w dupie kazały coś ze sobą robić. No to wziął i poszedł na front. W puchowej kurtce i rybaczkach wyglądał naprawdę komicznie, jednak dopiero gdy nasi dali mu automata myślałem, że zeszczam się ze śmiechu. Jak tak dalej pójdzie to nasz pluton przemianują na I Batalion Przedszkolno-Skautowy.

Świeżak – bo tak go nazwaliśmy – ma dziś dopiero 16 lat i więcej zniszczeń maszyn na koncie niż ja i pół naszego plutonu razem wzięci. Jak przeczesywaliśmy zeszłej zimy jedno miasteczko, to trafiłem na gazetę i zanim ją zhajcyłem przeczytałem kącik porad. Spec wyjaśniał w nim, że dziś młodzież szybciej dorasta i dojrzewa – ale żeby, kurwa, cztery Ścigacze jednego dnia?!

Kwiecień roku następnego
Pamiętam, że Fernando miał fulla, potem ja dwa razy z rzędu wyciągnąłem po cztery walety i zgarnąłem trochę fantów. Chcieliśmy już kończyć, bo nazajutrz czekał nas forsowny marsz i okopywanie się w pobliskim lesie. Zawijam się w spleśniały koc, kiedy do piwnicy schodzi jakaś postać. Świeżak jeszcze chował karty, więc latarka była włączona, poświecił nią na przybysza. Długie nogi, spódniczka zrobiona z dresiarskiej bluzy i jeansowa kurtka narzucona na podkoszulek z napisem „Independence”. Nawet nie przyjrzałem się buzi, by zrozumieć, że tej nocy może uda się nam zapomną o świszczących pociskach i monotonnych wybuchach rakiet. Gadka szmatka i okazało się zajęliśmy jej chatę – a raczej piwnicę czy też jak wolała to określać – apartament. Głupia sprawa, bo panienka jest jedna, a nas prawie dwudziestu. Nawet jakby nie wylazł ze mnie zwierz i chciał być miły, to i tak nie mogę ręczyć za moich kumpli, którzy w młodości na pewno wierszy nie czytali, a rozmowa z kobietami ograniczała się tylko do ”Dobra za skarpetki biorę”. Dziewczyna nie wydawała się speszona, nawet można powiedzieć, że nie była zmartwiona obecnością żołnierzy w swoim lokum. Jeszcze chwila, a zapyta czy nie przygotować wam kolacji. Niestety kamraci woleli „aperitive” czy jak to mówią przystawki.

Płakałem jak dziecko, gdy stojący obok Hans zmieniał magazynek. Ledwo żywa kobieta czołgała się w moją stronę, na śniegu pozostawał szeroki strumień krwi, gdyby nie wrzaski i chichoty kumpli to pewnie usłyszałbym jej jęki i stękania. „Dobra, teraz nie ma prawa się zaciąć” – stwierdził nieformalny przywódca plutonu (pod nieobecność oficerów rzecz jasna) ponownie przykładając klamkę do głowy dziewczyny. Chciałem zaprotestować, ale stwierdzałem że dla niej to chyba i lepiej, nasi by ją tak zostawili. Mie my, to inni by ją wykończyli. A wielce prawdopodobne. że na nasze miejsce wkroczą tu jutro mutki. Po wszystkim. gdy kumple zajęli się już czymś innym. przeniosłem ze Świeżakiem zwłoki do małej wnęki przy schodach, przysypałem ją gruzem i nakryłem solidnymi kawałkami żelastwa. Przynajmniej tyle…

Styczeń albo coś w ten deseń
Obudziła nas eksplozja. Po niej były następne, ale wtedy my kończyliśmy już zwijać manatki.
Minutę później dwudziestu chłopa zbiegało po stromym zboczu w kierunku skąd dochodziły odgłosy wybuchów i strzałów. Już z daleka było widać, że to chłopaki Granda wpadli w zasadzkę (nikt na północ od Detroit tak obficie nie klnie). Ale żeby doświadczony i zdolny dowódca dał się tak łatwo podejść, za linią frontu i w pustym terenie? Kilka ciężarówek stało już w płomieniach. Co chwila z którejś wyskakiwał jakiś nieszczęśnik w ognistym przyodziewku. Chciałem zwymiotować, gdy w machającego do nas żołnierza trafił pocisk. Kiedy weszliśmy do walki wyrównaliśmy mniej więcej straty poniesione przez Granda w początkowej fazie starcia. Nie było czasu na wyjaśnienia ani na przeanalizowanie sytuacji. Hans kazał ustawić karabin maszynowy, więc pospiesznie wykonałem jego rozkaz. Od czasu gdy Tony i Skorupiak wpadli na minę to ja tacham to cholerstwo. Czołgałem się za jakąś osłonę, by nie oberwać za szybko, duży kamulec był w sam raz. Rozstawiłem karabin i dopiero wtedy przypomniałem sobie że w całym tym zamieszaniu chyba nikt nie zabrał amunicji z obozowiska. Próbowałem dać na migi znak Hansowi, ten jednak tylko odpowiadał gestem, który można interpretować jednoznacznie. Podrzynanie gardełka. Pierdol się stary capie, pomyślałem i wyciągnąłem z kabury pistolet. Na wiele taka broń się w bitwie nie zda, ale lepsze to niż obgryzać paznokcie jak to robiłem na samym początku wojny. Po 15 minutach było po wszystkim, nie mam ochoty opisywać teraz jak wyglądało pobojowisko i znów jakie odruchy fizjologiczne mną targały. Straciliśmy sześciu ludzi i gdyby nie poświęcenie kapitana Marlowa to pewnie wszyscy byśmy byli już w zastępach anielskich. Skurczybyk zakopał się w śniegu i czekał. Gdy minęły go Ścigacze oraz mobilna wyrzutnia rakiet poprzylepiał do tylnych pancerzy tych ścierw ładunki wybuchowe. Sam zginął, ale uratował nasze tyłki i, co najważniejsze, objaśnił nam w praktyce nową i skuteczną taktykę walki z maszynami.

Wigilia Św. Januarego od Beretty
Na niewiele jednak zdała się ta nauka. W pole poszło kolejnych trzech naszych, po wypadku z miotaczem ognia w czasie marszu zbiegło następnych dwóch. Do jesieni ’45 zostało nas w plutonie 6 ze starej ekipy. Dowódca zarządzał co jakiś czas pobór albo jak określali to okoliczni mieszkańcy przymusowe wcielanie do batalionu skazańców. Ale żołnierz, który kilka lat żył na froncie nie zostanie zastąpiony przez wieśniaka, który cały swój bagaż doświadczeń może skondensować w puszce po konserwie. Rozłożył mnie tekst facia, który na pytanie starego o kontakty z bronią i czy umie się nią posługiwać odparł: „Panie, jak ty żeś jeszcze w pieluchy… to ja z kijem od szczotki sztuki walki ćwiczyłem”.

Coś czuję, że za rok (o ile dożyję) to podstawą naszego uzbrojenia będą przenośne drągi i lekkie kije baseballowe.

Ofensywa Molocha chwilowo się zatrzymała. Podobno kilka naszych oddziałów nieźle dało w kość jego niezliczonej hordzie maszyn. Mamy wolne. Tylko to teraz się liczy. Tylko co ci, człowieku, z urlopu na tyłach frontu? Czym to się różni od codzienności na pierwszej linii? Mogę się wysypiać do południa? Na gołej ziemi? Dziękuję bardzo! Mogę w spokoju napić się? A nie wiesz czasem, skąd mam wziąć coś mocniejszego niż deszczówka? Nie oberwę granatem? Ale za to zadźgają mnie w nocy lokalni szabrownicy, na tyłach nikt już nie patrzy żeś mundurowy. Jak to dobrze, że jutro wracamy na szpicę.

Tydzień później
Z Świeżakiem wysłano nas po cos do żarcia. Nawet te cuchnące konserwy były teraz na wagę złota. Według mojej rachuby głodny nie byłem ostatnio w zeszłym miesiącu, podobnie chłopaki – odkąd spłonęła nam skrzynka z prowiantem naprawdę ledwo dychamy. Chuck wczoraj zemdlał i - póki co - się nie obudził, więc po wyciągnięciu najkrótszych słomek ruszyliśmy coś znaleźć. Albo raczej podpieprzyć. W jakiejś sypiącej się hali montażowej – choć głowy nie dam co to jest (ruina jakich mało) - trafiliśmy na masowy grobowiec. Dziesiątki zmasakrowanych ciał oraz trochę Molochowego sprzętu. Nasi musieli rozpaczliwie się bronić. Przeczesując rumowisko trafiłem na skrzynkę, ucieszyłem się bo wyglądała podobnie do tych które dźwigamy do cekaemu. może będzie choć jedna taśma. Nic z tego, tylko jakieś pożółkłe papierzyska. Zmęczony przysiadłem. Wzrok sam skierował się na tekst.

4 września
Patrol nie wrócił. Obawiamy się zmasowanego ataku, okopujemy się i budujemy barykady. Brakuje wszystkiego, kopiemy hełmami.
Ktoś wkleił tutaj zdjęcie, to na pewno to samo miejsce sprzed napaści. Robi wrażenia, teraz już wiemy że składali tu samochody.
7 września
Nad ranem na horyzoncie pojawiły się pierwsze maszyny. Od razu przypuściły atak. Karabiny maszynowe trajkotały do południa, przyduszeni ogniem nie mogliśmy nawet zająć pozycji. Straciliśmy łączność, w radio uderzył pocisk. Pod wieczór odpaliliśmy pierwszą minę, gdy podjechały amfibie. Moloch stracił dwie maszynki.

Autor tych słów miał szczególne zdolności plastyczne. Pod tekstem widniał szkicowany na szybko rysunek płonącej maszyny, w tle wiwatowali żołnierze. „Dobre złego początki” - wyrwał mnie z letargu Świeżak.

15 września
Do rana skonali wszyscy, którzy wczoraj oberwali chemikaliami, 19 ludzi zadusiło się własnymi wymiocinami. Ich twarze przypominały gąbki, a kończyny zamieniły się w wątłe żelki. Major nie chce słuchać o odwrocie, dostaje kulkę w czerp – komendę przejmuje jego brat. Nie wierzę w to, ale poszła plotka że, starego zabił umyślnie właśnie jego krewniak w trakcie zamieszania, gdy do szturmu poszły maszyny kroczące.
18 września
Nie mamy już min – między nami a Molochem został tylko pięćdziesiąt metrów spalonej ziemi. Do wczoraj w walkach zginęło 76 naszych. Dzisiaj, gdy znosiliśmy rannych eksplodował kartacz w środku naszych umocnień. Dobiliśmy do setki zabitych.

Teraz czytałem już na głos – kartka po kartce. Nawet Świeżak się dosiadł i chłonął każde słowo, choć oboje mieliśmy ochotę rzucić to wszystko w diabły i wracać do chłopaków. A nuż będzie trzeba skopać tyłki Molochowi.

Nim się obejrzeliśmy zaczęło zmierzchać, a ja byłem przy ostatnim wpisie.

21 września
Od kilkunastu godzin mamy spokój. Chyba się przegrupowują, słychać tylko ryk silników i chrobotanie gąsienic o wyschnięta ziemię. Czuć siarkę…
Wczoraj koło 17.30 wystrzeliłem swój ostatni nabój… Nic nie znacząca 7,62-ójka pomknęła w świat, wątpię by coś trafiła, nie mówiąc już o jakimś doraźnym efekcie. Kumpel podzielił się swoim sprzętem, dostałem granat fosforowy… Bóg ma nas w swojej opiece. Gdyby mi go nie oddał, już teraz byśmy byli po tamtej stronie. Minutę potem oberwał szrapnelem, grad kul na pewno rozerwał by fosforówkę wśród naszych…
Huk się nasila, musimy przeczekać zaprawę artyleryjską by wychylić nosa poza schrony. Świat wariuje, wszystko drga. Eksplozja spowodowała zasypanie naszego szpitala – ktoś próbował ich ratować, ale zaraz podzielił ich los. Nie ma już nadziei, tutaj zginiemy. Zaprawdę dziwne, że człowiek który jest w takiej sytuacji nie myśli o ratunku, staje się absolutnie bierny. Nikt nie zdezerterował… no, chyba że do niebios.
Okopy na lewej flance już nie istnieją – płoną. Po prawej stronie rozgorzała walka wręcz. Nasi wystrzelali wszystko co mięli, a teraz bagnetami sieką wylewająca się z transporterów fale robotów-szturmowców. Zabawne! Towarzysze ostatnich miesięcy giną, a ja nadal piszę…w drugiej ręce obracam granat. Ciągle się waham czy nastał już ten odpowiedni moment. Nie. Centrum jeszcze się trzyma, mamy na oko jakieś pięć minut. Zmieniłem pozycję, kucam teraz koło skrzynki na naboje - pustej oczywiście. Dalej już się nie poruszę, jakieś żelastwo przygwoździło mi nogę. Nawet bardzo nie boli… pieką mnie tylko plecy, chyba miotali jakimiś kwasami w szklanych pojemnikach. Zabawne!
Tak skończył 64 Pułk Obrony Wybrzeża przemianowany w '27 na VI Specjalny Regiment Strzelców Gwardii. Tak umiera chorąży Matt Polanski odznaczony Gwiazdą Służby…

Tyle. Wiedzieliśmy, komu trzeba oddać te zapiski. Po powrocie do bazy podałem książkę Bobowi. Ten z początku się wykręcał, że nie ma czasu – że woli przeczyścić karabin niż marnować czas na jakieś piśmidła. Przekonałem go. Po kilku godzinach Hans wołał do wymarszu, tylko Bob był jeszcze nie gotowy, wyglądał na załamanego, przygnębionego – nie dziwię mu się. Szkoda, że Hans tak na niego napadł: „Do jasnej cholery! Ruszysz swoje Jaśnie Oświecone gnaty czy trzeba ci dopomóc szeregowy Polanski?!”

Roku pańskiego 2045, koło maja
Lało, od kilku dni lało jak z cebra. Nikomu nie chciało się nosa wyściubiać poza prowizoryczną chatkę, jaką skleciliśmy z chłopakami przedwczoraj. Na pierwszej linii trudno o budulec, nie mówiąc już o wybrzydzaniu odnośnie jego gatunku. Więc gniliśmy sobie, dygotając z zimna i zagryzając tony chipsów, jakie znaleźliśmy niedawno w pobliskim miasteczku - przynajmniej tyle. Chłopaki zaczęli je przyrządzać na tryliony sposobów, przekładane z cebulą, podsmażane na ogniu, posypane solą czy wreszcie maczane w roztopionym smalcu. Ale już i te kombinacje nam zbrzydły.

Już się pogubiłem, jest koło 39 stopni w cieniu (sierpień?)
Nie lubię brudu, nigdy się nie mogłem do niego przyzwyczaić. A już najbardziej walczę z tym na mnie. Gdy kule świszczą na głowami, to się nie myśli czy ma się łupież czy też te flaki się spierze z kurtki. Jednak gdy zgiełk bitwy milknie zaczynam się drapać i usilnie starać o jakiś nadregulaminowy przydział czystej wody. Wkurza mnie broda, z nią zawsze są kłopoty…

Siedzę na warcie, przysypiam więc by się czymś zająć gole się przy świetle naftowej latarenki. Zaciąłem się kilka razy jednak dzięki temu nie kimnę tak łatwo. Nagle w lusterku zobaczyłem jakąś sylwetkę, na pewno to nikt z naszych bo ci smacznie śpią jak te susły. Nie było sensu jednak rozmyślać nad jego tożsamością czy pochodzeniem obróciłem się i cisnąłem bez pytania kawałkiem lusterka. Szkło ma to do siebie że jest skurwysyńsko ostre. Wystarczyło więc że trafię. Niestety! Zamiast intruza oberwał słup, który zapewne 50 lat temu służył zakochanym jako oparcie i rzucał nieco światła w nocy.

Szczęściem to wystarczyło. Na nogi poderwał się cały oddział. Wskazałem palcem na znikającą w mroku sylwetkę, a kompani otworzyli ogień. „Zginął prowiant, są ślady!” - wrzeszczeli koledzy. Widząc rozrzucone rzeczy nie mogłem nie przyznać im racji. Czyli jednak przysnąłem? No to mam przekurwione! Albo się wykręcę i wytłumaczę (nikomu to się jeszcze nie udało) albo szybko zrekompensuję moje zaniedbanie i pokażę, że to był tylko jednorazowy występek.

Coś mnie natchnęło, wewnętrznie kopnęło w tyłek…

Mknęliśmy przez jałowy step tyralierą. Wiedzieliśmy, że są blisko, co chwila było słychać pojedyncze strzały oddawane w naszą stronę. Po drugiej stronie małego zagajnika rozłożeni byli jacyś ludzie – bandyci, szmuglerzy, handlarze, najemnicy, koczownicy? Nikt o to nie pytał. Staliśmy się dzikimi bestiami nie znającymi litości mordercami. Nikt nie dał odpocząć swoim palcom, okolicą wstrząsnęły monotonne „traaatatatatta, traaatatattata”.

Po pierwszej salwie, gdy magazynki były puste skoczyliśmy do sponiewieranego ogniem obozowiska. Wśród stratowanych namiotów leżeli zabici, wielu konało w konwulsjach. Ktoś uczepił mi się nogi, nawet nie spojrzałem w dół. Strzeliłem w potylicę z browninga. Wydusiłem ostatnie naboje i wyciągnąłem zza pasa myśliwski nóż. Nasi napawali się już rzezią. Bagnetami, kolbami, sztyletami i saperkami zabijali kolejne osoby. Jakaś kobieta uciekała w moją stronę, kilka kroków przede mną znieruchomiała, z ust ciekła jej gęsta posoka. Upadła twarzą do ziemi. Z pleców wychodził jej trzonek siekiery. Nim się otrząsnąłem do zabitej podczołgało się dziecko. Chłopczyk, na oko jakieś pięć lat. Morderca kobiety mierzył do niego już z rewolweru, wpadł chyba na lepszy pomysł. Jednoznacznie spojrzał na mnie chcąc powiedzieć: „No, pokaż, na ile cię stać” .

Co miałem robić? Zamachnąłem się ostrzem i ciąłem malucha na wysokości barku, chciałem trafić w tętnicę. Wszystkiemu winne nerwy. Chłopiec przetrwał cios, ale strasznie cierpiał. Wył przebijając się wrzaskiem ponad odgłosy jatki. Plan szybkiej śmierci dla niczego niewinnego dzieciaka spalił na panewce. Zaczął się motać więc i kolejny cios utkwił tylko w udzie. Chwyciłem go wreszcie i zakleszczając przejechałem błyskawicznie po gardle. Koniec.
Z jednej strony czułem że już nigdy nie spojrzę w lustro z drugiej jednak czułem dumę. Taki obrót sprawy sprawił, że nim wszystko wokół umilkło wykończyłem kilku typków i jedną kobietę. Z nią też nie postąpiłem lekko – rękojeścią wybiłem jej szczękę ze stawów i przeciąłem ścięgna Achillesa. „Męcz się, suko!” – wrzasnąłem.

10 minut i życie straciło pół setki wygłodzonych i przerażonych cywilów. Nie mieli co jeść, tylko taka ich wina, ale my przecież nie zgromadzenia brata Alberta, by wszystkich karmić. Tak próbowałem sobie tłumaczyć tamte wydarzenia.

Dalej 2045r.
Minął miesiąc od tamtych wydarzeń, a nie ma nocy by nie śnił mi się ten chłopczyk i ta kobieta próbująca uciec. Słyszę ten szyderczy śmiech i rozbrzmiewający rechot, gdy oglądaliśmy próby powstania tej dziewczyny. Podświadomość sama maluje mi dalszy ciąg jej historii. Gdy odchodziliśmy jeszcze dychała – i o to nam chodziło. „Nigdzie nie odchodź!” – drwili kamraci – „Nie przemęczaj się, laluniu”.

W snach kobieta była powolutku nadjadana przez wilki i ptactwo. Nie umarła. Wszystko kojarzyła i czuła. Okropna śmierć. Teraz zazdroszczę Polanskiemu.
 
22 październik 2045r. Przedpołudnie
Czuję, że mój czas pomału się kończy. Poeta pisałby, że latarnia jego życia gaśnie, że drzewo jego żywota obumiera i liczyć może tylko na dorodne owoce jego twórczości. Non omnis moria. Powiedz to tym, którzy będą mnie zakopywać. Co może jeszcze zawiadomienie rodzinie wyślą? Liczę tylko na łagodna śmierć. Nie chciałbym tylko się zhańbić i pod koniec uciec czy po prostu posrać się ze strachu. Modlę się, żebym miał siły wyciągnąć zawleczkę, gdy wybije godzina śmierci.

Jesteśmy zmęczeni, chorzy, ranni i całkowicie ogołoceni z zaopatrzenia. Nie ma amunicji, oddział ostatni raz pancerzownice widział zeszłej zimy a leki to taki sam rarytas co świeża bielizna. Dwa dni temu Moloch przebił się na odcinku 22-giej, teraz pewnie obchodzi i naszą pozycję. Stary mówił coś o wycofaniu się na wzgórza, ja jednak nie widzę w tym sensu. Tylko się niepotrzebnie przed zejściem namęczymy. Chłopaki chcą już tu zostać, a ja najbardziej za tym przemawiam. To mój ostatni wpis, więc będę się streszczał, jeszcze bym się popłakał i zamoczył kartki. Żałuję, że nie mam komu wysłać tych kartek. Stworzyłem więc przesłanie przyszłym, tylko czy komuś coś z nich przyjdzie czy może w ogóle będzie miał kto je czytać. Jeśli więc to czytasz, znaczy, że umarłem, najprawdopodobniej zginąłem zeżarty przez jakieś świństwo tego pieprzonego Molocha. Kurwa, trzy lata babrania się w tym syfie i co mi za to przyszło? Dobra finito, coś się zaczyna, wszyscy są poruszeni. Idą! Stary każe się trzymać za wszelką cenę. Dziękuje za wszystko nam i życzy powodzenia – swój chłop z niego swoją drogą. Listy zamknąłem w skrzynce po amunicji do cekaemu i zakopałem wśród pozycji obronnych żołnierzy walczących o Stany Zjednoczone.

Cześć! Łapię za broń i ruszam, wolę atakować niż być atakowanym….

***

Starszy szeregowy William Abrams (awansowany na niego na tydzień przed śmiercią za uszkodzenie sekatora) zginął kilkadziesiąt godzin po napisaniu ostatnich słów swojego pseudo-pamiętnika. Trafiony przypadkiem przez swojego kolegę w brzuch męczył się do końca nie otrzymując żadnej pomocy medycznej. Nie udało się pochować jego ciała. Pozycja została stracona, wróg przedarł się na całej linii na szerokości prawie 10km. W bitwie zwanej bitwą Sześciu Brygad zginęło 457 żołnierzy USA. Żadna z sześciu biorących udział w walce brygad nie zachowała sprawności bojowej. Przez 3 kolejne dni ich resztki broniły się na farmie kilka kilometrów dalej. Całą kampanię oddziału Abramsa przeżyło tylko trzech żołnierzy, w tym dwóch w kilku kawałkach. Ocalały objął dowództwo nad nowo formującym się Legionem Ochotników. Do dziś stacjonują w północnej Wirginii.
 
       - fragment książki „Na północy bez zmian” – zbioru wspomnień i relacji z frontu wydanej dzięki pomocy kilkuset weteranów z Hospicjum Wuja Sama w Vegas w 2054r.

Redakcja: Hendley

Informacje dodatkowe:
 

 


 
09-03-2008, 18:40 | Left | Komentarzy w sumie: 9
Bardzo rzadko zdarza mi się komentować czyjąś twórczość. Tutaj po prostu nie mogę się oprzeć. Opowiadanie jest bardzo płynnie napisane, wręcz filmowo.. Nie tracisz czasu na zbędne pierdoły mogące odciągnąć czytelnika od głównego wątku.
Przyjmij moje gratulacje za świetny tekst.


 
04-03-2008, 20:25 | von kessel | Komentarzy w sumie: 2
tekścik fajny nie powiem!! mi sie podobał bardzo...


 
21-11-2007, 18:52 | Hendley | Komentarzy w sumie: 266
Tylko odnośnie tematu "A co my możemy wiedzieć..." No właśnie nie możemy za bardzo wiedzieć. Dlatego to sobie wyobrażamy. I są te wizje różne. I pewnie każdą z nich można by lepiej lub gorzej uzasadnić. I pewnie zawsze znalazł by sie ktoś, kogo nawet te gorsze argumenty by przekonały. I już ;)

Yo, Islam, może coś tu napiszesz, co? :p


 
20-11-2007, 15:14 | Andrei Yergov | Komentarzy w sumie: 11
Hendley, rany boskie.

Pamiętnik to nie jest tekst, który zaczyna się od "drogi pamiętniczku...". Pamiętnik to tekst pisany w pierwszej osobie liczby pojedynczej (zazwyczaj, ostatnio czytałem fragmenty pamiętnika jakiegoś amerykańskeigo oficera z Korei, który pisał o sobie "on"). Jest zapisem subiektywnym, rozciągniętym na pewnej przestrzeni czasu.
Islam zdecydował się na coś, co nazywamy chyba "kartki wyrwane z pamiętnika", czyli fragmenty niezwiązane, ale dające obraz całości.
I to kompletnie spaprał.

Jeśli chodzi o pytanie: a co my możemy wiedzieć o wojnie? Jeśli uważasz że nic, to niech cię zapytam: a co możemy wiedzieć o życiu w Stanach Zjednoczonych trzydzieści lat po katastrofie nuklearno/biologiczno/informatycznej, która nastąpi za niespełna 13 lat?

Z wojną to jest jeszcze łatwo - wojen było już multum. Jest o tym pięć milionów filmów, pierdyliard kwadratowy książek, wspomnień, pomników, są kombatanci z którymi można pogadać, opracowania historyczne, geograficzne, socjologiczne, psychologiczne i w ogóle wszystko, czego sobie można zażyczyć.

Nie muszę ci mówić, że nieco uboższy jest dostęp do wiedzy o postapokalipsie - na przykład jeszcze nikt nie napisał wspomnień, prawda?
Ale jakoś w tę Neuroshimę gramy.

Idąc tym tropem zdaje mi się, że jako autor opowiadania, gracz, mistrz gry - zawsze "wczuwamy się", "wyobrażamy sobie", jak zachowałaby się taka postać w takich okolicznościach.

Podobny jest MG do autora - preparuje wydarzenia, których nie ma i nie będzie. Jeśli chce coś zrobić, to musi to wymyśleć. A w tym celu wypada jak najwięcej się na ten temat dowiedzieć, żeby przy używaniu wobraźni mieć jak najwięcej danych.

Moim zdaniem Islam Gierej III zrobił w tym tekście od groma mniejszych i większych błędów warsztatowych i do tego jeszcze jeden poważny błąd autorski, polegający na nieprzemyśleniu i niedopracowaniu sceny zbiorowego gwałtu ze szczególnym okrucieństwem i morderstwem, która przez samą swoją nazwę nie może być tylko jakimś przerwynikiem, musi być porządznie przemyślana, świetnie napisana i doskonale uzasadniona.

Jak się chce coś takiego napisać to można obejrzeć "Mechaniczną Pomarańczę", "Carmichela", przeczytać odpowiednie rozdziały "Czarnej księgi kobiet", przejrzeć artykuły (dostępne przecież w internecie) na temat zbrodni wojennych.
Do pisania siada się przygotowaym. Do pisania takich rzeczy siada się zajebiście przygotowanym. Nie tylko merytorycznie, ale też mentalnie, bo będzie ciężko.

I jak siada jełop i pisze co mu na palce i klawiaturę wykapie przy okazji fantazji o zbrodniach wojennych, to nie powiem że opowiadanie jest dobre. Bo na przykład końcówka jest niezła. Tyle że początek jest żałosny.


 
20-11-2007, 13:25 | Hendley | Komentarzy w sumie: 266
Wiesz Andrei, na tej zasadzie, możemy sobie postawić pytanie "A co my możemy wiedzieć o wojnie?". Skąd mamy wiedzieć co czują ludzie, którzy walczą i zabijają, nieważne czy jest to walka o przetrwanie czy w imię jakichś ideałów czy po prostu dlatego, że nie mają żadnego wyboru. Bo i co ma robić taki człowiek wyrwany ze świata NS? Taki bez wykształcenia? Chyba ciężko jest komuś takiemu cokolwiek tworzyć, nie? A zabijać i niszczyć może każdy. Z kolei nie trzeba być wykształconym, żeby mieć sumienie, żeby się zastanawiać nad tym, co się dzieje wokół i co samemu się zrobiło. Więc cóż w tym dziwnego, że takim kimś targają sprzeczne uczucia? Że są takie rzeczy, które go całkiem nie ruszają, ale są też takie, które budzą w nim żal, smutek i rozpacz, a potem znowu złość?
Jak dla mnie nie ma co się tak oburzać. Ot, wizja autorska. A samo słowo "pamiętnik" pojawia się, jeśli jeśli się nie mylę, raz, więc chyba nie warto się go czepiać. Dziennik to to w końcu też nie jest :p


 
19-11-2007, 01:21 | Andrei Yergov | Komentarzy w sumie: 11
Poświęciłem temu opowiadaniu pół godziny mojego życia i postanowiłem mu poświęcić jeszcze chwilę, bo recenzja mu się należy.

To i owo z Remarque'a zrozumiałeś - że człowiek (żołnierz) w sytuacji bitwy zachowuje się tak, że później tego żałuje. To, że próbuje się jakoś przed sobą tłumaczyć. To że śmierć człowieka nie jest bohaterstwem, tylko szansą na przeżycie dla innych.

Ale spieprzyłeś dokumentnie jedną, zupełnie podstawową rzecz - napisałeś to w formie pamiętnika, zupełnie nie wiedząc, jakimi on się rządzi prawami.

Po pierwsze, pomieszałeś czasy - pamiętnik pisze się po wydarzeniach. Dlatego nazywa się to "pamiętnikiem", że jest "zapisem pamięci", czyli osoba pisząca odtwarza wydarzenia tak, jak je zapamiętała. W twoim opowiadaniu zdarzają się fragmenty, gdzie w pamiętiku są opisy jak z normalnego opowiadania:
"Rozstawiłem karabin i dopiero wtedy przypomniałem sobie że w całym tym zamieszaniu chyba nikt nie zabrał amunicji z obozowiska. Próbowałem dać na migi znak Hansowi, ten jednak tylko odpowiadał gestem, który można interpretować jednoznacznie. Podrzynanie gardełka.*cenzura*się stary capie, pomyślałem i wyciągnąłem z kabury pistolet."

Po drugie, kompletnie pomieszałeś narrację. Czy nie dlatego napisałeś to w formie pamiętnika, że daje ci to możliwości opisania bohatera takim jakim jest, a nie takim, na jakiego się kreuje (w tym przypadku - przed swoim plutonem)?
Najpierw pojawia się ładna dziewczyna, trwa chwila namysłu. A chwilę później już czołga się we krwi, można było usłyszeć jej "jęki i stękania". Czytelnikowi pozostaje się domyśleć, co też szer. Williams miał na myśli, mówiąc "apertive, czy jak to mówią przystawki".
Ano miał na myśli dwudziestu facetów gwałcących i torturujących dziewczynę. To są gierejowskie "przystawki". Chciałeś pokazać totalnie znieczulonego wojną faceta, to ci się udało.
Tylko jakim cudem ten sam facet w jednym zdaniu opisuje gwałt jako "apertive, czyli przystawki", a w następnym mówi, że "płakał jak dziecko"?

Powiem ci jakim cudem - na siłę ubarwiasz swoje opowiadania. "Apertive" brzmi lepiej niż "gwałt zbiorowy". Dopiero kiedy postanowisz się wczuć w postać, której pamiętnik piszesz, to facet "płacze jak dziecko".

A dla czytelnika te dwa akapity napisał a.) ten sam facet b.) po wydarzeniu.

Po trzecie - skoro odwołujesz się do Remarue'a - dlaczego nie pociągniesz tej narracji do końca? Skoro twój Williams pisze barwnie, to dlaczego dalej leci, jakby mu się spieszyło? Dlaczego nie napisał "odnieśliśmy krwawiącego trupa długonogiej, gwałconej i torturowanej przez trzy godziny (20 chłopa x 10 minut) dziewczyny, w resztkach koszulki z napisem "NIEZALEŻNOŚĆ". Tylko pomyśl - skoro płakał jak dziecko, to dlaczego? Przecież nikt nie płacze z powodu przystawek do obiadku. W tym miejscu szer. Williams jest niewiarygodny. Remarque opisywał potworne oblicze wojny ze szczegółami, jakąś totalną znieczulicą. Na tym polega siła jego książki - zawsze perspektwa jest "ze środka", nie ma moralizowania. U ciebie wszystko się miesza. Raz jesteś ty i twoje - niepotrzebne moim zdaniem - ubarwianie, raz jest wojak z frontu z wyrzutami sumienia, później wojak z frontu bez wyrzutów sumienia.

Podsumowując
a.) dlaczego pamiętnik?
b.) dlaczego ta scena, skoro nie dałeś sobie z nią rady?
c.) po co ubarwiasz coś, czego ubarwiać nie ma sensu?
d.) jaki jest ten Williams - bezduszny czy wrażliwy?

Jak to ładnie ujął jeden z polskich autorów fantasy "Żaden autor nie epatuje okrucieństwem nie mając po temu bardzo poważnych powodów. Od tego są brukowce".


 
11-11-2007, 10:00 | Islam Gerej III | Komentarzy w sumie: 111
Dzięki, starałem się :)


 
10-11-2007, 00:09 | Hendley | Komentarzy w sumie: 266
Znakomite opowiadanie, Islam. Naprawdę sądzę, że to najlepszy Twój tekst. Ma świetny, zarazem poruszający i mroczny, brutalny klimat, do tego dochodzi wspaniałe nawiązanie do powieści Remarque'a. Kawał dobrej roboty! :)


Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.